28 maja 1943 r. Pacyfikacja Leżajska

Dodano 31 maja 2016

Pacyfikacja była dziełem jednostek policji i wojska niemieckiego, które miały za zadanie zrealizować nakreślone cele polityczne, a także zastraszyć i sterroryzować społeczeństwo polskie. Niestety w wykonaniu tego zadania swój udział mieli też nieliczni ludzie z galerii miejscowych, małych przestępców wojennych. Wykazywali oni w swym działaniu wiele inicjatywy i gorliwości bez której trudne byłoby wykonanie tak wielkiej zbrodni. Ale współpraca z okupantem to także udział w komisjach kontyngentowych, kwalifikacji do służby w „Junakach” (Baudienscie) i do robót przymusowych, likwidacja i wyprzedaż sklepów pożydowskich itp.

W pacyfikacji zginęli nie tylko członkowie podziemia w wyniku zdrady ale i wielu innych z osobistych porachunków i donosów wszelkich mętów, które znalazły wspólny język z okupantem. Starsze pokolenie pamięta ich twarze, nazwiska i zdarzenia z ich udziałem.

W karty historii miasta zostały wpisane fakty. Zapewne jest to nieprzyjemne dla najbliższych, że ojciec, brat czy ktoś z rodziny z najniższych pobudek stał się zdrajcą własnego narodu i tylko los szczęścia, a może zawahanie sprawiły, że uniknęli hańbiącego lecz sprawiedliwego wyroku. Ale prawdy tej nikt nie może zmienić. Tak jak nie można zmienić faktu, że współczesna nasza tragedia rozegrała się u stóp wzniesienia, które przed laty wybrali nasi pradziadowie na miejsce, na którym miało powstać nowe miasto, a jego mieszkańcy mieli istnieć i żyć w szczęściu i spokoju. Jeszcze w okresie międzywojennym, ze szczytu wzniesienia można było ujrzeć wieże kościoła, bazylikę, kopułę cerkwi i dachy bożnic. Ten mariaż kościelno-cerkiewno-bożniczy łączący przez wiele lat na różnych płaszczyznach wszystkich mieszkańców, potrafił nagle przemienić się w konflikt i nienawiść. Stało się to między innymi za sprawą działania „ludzi” którzy na wieki przeklętymi zostali przez ich ofiary.

Lecą lata, siwieją głowy i rokrocznie coraz mniej uroczyście i coraz mniej świadków tamtych zdarzeń uczestniczy w rocznicowych obchodach. Jeszcze parę lat i wspominać będą ten epizod z historii leżajszczyzny tak jak my wspominamy dawne najazdy Tatarów, klęski pomorów i powstań przed dawnymi laty. Wśród wielu paradoksów naszego życia jeden skłania do refleksji. Po tych samych leżajskich ulicach udając, że nic o sobie nie wiedzą, chodzą wnukowie ofiar i prześladowców.

WOJNA I OKUPACJA

leżajskZapewne nikt z mieszkańców Leżajska nie przewidywał, że zbliżająca się wojna w 1939 r. będzie tak okrutna w swej formie, że śmiertelnym wrogiem może być też sąsiad, kolega z ławy szkolnej lub znajomy. Być może, że najbliższymi prawdy, w swych przewi­dywaniach byli leżajscy Żydzi bowiem pierwszego września, w piątkowy wieczór szabatowych modłów, grozę rozpoczętej wojny potęgował wydający się z miejscowych synagog krzyk nie do opisania i lament córek i synów ich narodu, który już poznał smak hitlerowskich pogromów, a czego sami doświadczyć mieli już za kilka dni. Wkrótce nad miastem ukazały się nieprzyjacielskie samoloty, zwiastuny zła. Byli też pierwsi zabici i ranni. Dramat potęgowały fale cywilnych uciekinierów będących w chaotycznej i tragicznej wędrówce do „nikąd”, a także oddziały polskiego żołnierza podążającego w przeciwnym kierunku prawdopodobnego frontu. Trzeba było uświadomić sobie, że „stało się”. W samych działaniach wojennych 1939 r. miasto nie poniosło jeszcze zbyt wielkich strat. Zanotowano nieliczne ofiary nalotów bombowych wśród mieszkańców i niewielkie zniszczenia domostw. Na czas nalotów, dziwnym zbiegiem okoliczności, malał przepływ uchodźców i wycofujących się wojsk, co zmniejszało zainteresowanie lotnictwa nieprzyjacielskiego, a zamierzone i przeprowadzone naloty były ku szczęściu mieszkańców i  miasta mało skuteczne. Próba przygotowanej przez nasze wojsko czasowej obrony przeprawy przez most na Sanie w Starym Mieście mogła mieć dla miasta fatalne skutki. Prawidłowa ocena dowództwa o minimalnych szansach powodzenia przeprawy i podjęta decyzja o opuszczeniu miasta bez walki, spowodowała uchronienie go od totalnego zniszczenia.

Wszelkimi drogami, w tumanach opadającego kurzu, wśród szpalerów popielatych przydrożnych drzew, w przepięknej słonecznej i upalnej pogodzie, w kierunku Sanu, za cofającą się naszą armią, jechali lub szli żołnierze w obcych mundurach, mówiący obcym językiem. Byli już znienawidzeni, choć czasem stwarzali pozory zwycięzców szanujących pokonanych.

Na miejskiej tablicy ogłoszeniowej przy ulicy Rzeszowskiej, powitał ich w całej okazałej krasie, budzący w narodzie tyle nadziei, wymowny w szacie graficznej afisz. Jego treść „Silni – Zwarci – Gotowi” w zaistniałej sytuacji była już tylko testamentem do spełnienia przez następne pokolenia. W tym zgiełku tragicznych odczuć i skojarzeń dla nas Polaków, dziwnym i niezrozumiałym był przypadek kiedy sąsiad czy znajomy radował się na widok obcego munduru. Nagle zapominał polskiej mowy bełkocząc coś nieopanowanym niemieckim lub ukraińskim językiem. Później wszystko stało się zrozumiałe.

Niemiecka okupacja rozpoczęła się w Leżajsku w środę, 13 września 1939 r. Od wczesnych godzin rannych, za ostatnimi wycofującymi się za linię Sanu żołnierzami Armii „Kraków” do miasta wjechały zmotoryzowane oddziały wojsk niemieckich. Natychmiast ujawniła swą działalność, miejscowa V Kolumna. Już 15 września, oficjalną delegację armii niemieckiej z pierwszym Komendantem Miasta przyjął wraz z miejscowymi Volksdeutscherami w Zarządzie Miasta, ubrany w mundur członka SA, inż. Weissbrott. Od 1939 r. zatrudniony był w Leżajsku przez władze wojewódzkie, w charakterze geodety jako człowiek godny zaufania i szacunku. Do współpracy przystąpili także niektórzy Ukraińcy.

W wyniku nowego podziału administracyjnego Generalnego Gubernatorstwa, Leżajsk znalazł się w starostwie jarosławskim. Przez powstałą w Jarosławiu placówkę Gestapo przeszło później wielu leżajszczan zanim trafili do więzień, obozów koncentracyjnych lub miejsc straceń. Miejscowy posterunek żandarmerii niemieckiej policji granatowej i ukraińskiej mający siedzibę w budynku sądu, przez całą okupację terroryzował mieszkańców. Stałymi gośćmi tej placówki byli znani z okrucieństwa jarosławscy gestapowcy.

Jako pierwsi skutków okupacji doświadczyli leżajscy Żydzi. 15 września spłonęły bożnice. W pierwszych dniach października poza linią demarkacyjną, przebiegającą 11 km od miasta, wypędzono większość ludności żydowskiej. Ta, która pozostała w mieście i ta która po wypędzeniu powróciła do miasta, stała się obiektem prześladowań. Praktycznie, z nielicznymi wyjątkami została wymordowana. Ostatnich dwóch Zeibli, zamieszkałych przy Placu Szkolnym zastrzelono późną wiosną 1944 r. Znaleziono ich na strychu sąsiedzkiego pożydowskiego domu zamienionego na magazyn soli, w którym ukrywali się po ucieczce z obozu pracy w Stalowej Woli.

3 listopada 1939 r. przed rocznicowym świętem niepodległości, rozpoczęły się aresztowania Polaków. Wśród nich znaleźli się nauczyciele szkół średnich i podstawowych. Była to pierwsza akcja mająca na celu zastraszenie ludności. Wprowadzono obowiązek okresowego meldowania się na Komendzie Miasta wszystkich oficerów i podoficerów byłej armii polskiej. Przez całą okupację zmuszano ludność do poniżających prac i wywożono na roboty przymusowe do Niemiec. Obowiązywał głodowy system kartkowy. Na kontyngent zabierano praktycznie wszystko. Ograniczono szkolnictwo bez podręczników. Aresztowania połączone z torturowaniem, rozstrzeliwania, stały się już rzeczą codzienną w życiu mieszkańców.

Najtragiczniejszym dla ludności polskiej był piątek, 28 maja 1943 roku. Sama nazwa represji „pacyfikacja” jest jednoznacznym określeniem przeprowadzonych działań, bez względu na ilość ofiar, była działaniem przeciwko narodowi polskiemu, przeciwko mieszkańcom zaangażowanym w działalność konspiracyjną.

Leżajsk od pierwszych dni okupacji stał się terenem konspiracyjnej, antyhitlerowskiej działalności. W późniejszym okresie, w najbliższej okolicy, zbrojne oddziały partyzanckie bardzo niepokoiły okupacyjne władze. Pierwsze ślady zorganizowanej konspiracji, to miesiąc listopad lub grudzień 1939 r. Pierwszą prasę podziemną przywoził i kolportował Adam Rycek-Koszacki. Po aresztowaniu, świadom grożącego mu niebezpieczeństwa zdecydował się na zażycie stale noszonej trucizny. Taki był koniec, nieznanego bliżej ogółowi, pierwszego żołnierza leżajskiego podziemia.

Dziś, z perspektywy kilkudziesięciu lat można wyraźniej ocenić jak trudna była to działalność w skomplikowanej sytuacji narodowościowej, bowiem w Leżajsku społeczeństwo podzielone było na cztery grupy, tj.: Polaków, Żydów, Ukraińców i Niemców z mieszanymi małżeństwami. Dokładne rozeznanie środowiska było zarówno utrudnieniem jak i ułatwieniem tak dla obrony jak i dla akcji represyjnych. Z polskiej grupy narodowościowej poza nawias społeczny zostali wyrzuceni wszyscy, ci którzy znaleźli się wśród szpicli, konfidentów, prostytutek itp. Nie ponieśli oni zasłużonej kary bo czym było ogolenie kilku głów „panienek” lub zbicie kilku tyłków i likwidacja jednego agenta Kazimierza Trybki. Dla sprawiedliwej i rzeczowej oceny tego okresu, aby nie uczynić nikomu krzywdy, koniecznym jest stwierdzenie o nieszkodliwej postawie wobec ludności polskiej kilku Ukraińców i Niemców.

PACYFIKACJA

lezajsk ssCiąg pewnych wydarzeń poprzedzających pacyfikację Leżajska był powodem różnych domysłów społeczeństwa, sztabowych narad okupanta i prawdopodobnie władz konspiracyjnych. Niewtajemniczeni byli autorami najprzedziwniejszych komentarzy. Okupant po stracie swego współpracownika K. Trybki, uaktywnił służby wywiadowcze i skutecznym uderzeniem chciał zlikwidować powstałe zagrożenie. Konspiracja, po złudnym zwycięstwie jakim była likwidacja kolaboranta zapłaciła najwyższą cenę. Jakiekolwiek usprawiedliwienia czy krytyki są dziś zbyteczne. Pozostaje natomiast wiele pytań a wśród nich: jak oceni historia konspiracyjną działalność leżajskiego dowództwa AK zaaresztowanego w najprostszy sposób. Zostali przecież zaskoczeni przez okupanta we własnych domach.

Uporządkujmy wydarzenia poprzedzające pacyfikację.
4 maja podziemie zlikwidowało Michała Wania. 4 maja Jan Raźnikiewicz ps. „Konik” w ostatniej chwili uniknął aresztowania opuszczając zagrożony teren. 20 maja na folwarku w Wierzawicach Gestapo, w nieustalonych okolicznościach, aresztowało kpt. Tadeusza Nowakowskiego ps. „Sęp”. 21 maja zlikwidowano w lesie k/Stojadła groźnego konfidenta K. Trybkę. Mimo wielokrotnych ostrzeżeń nie   zaprzestał   kolaboranckiej   działalności. Przed wykonaniem wyroku przyznał się z kim współpracował i co robił, licząc na darowanie życia. Podstawowym zadaniem agenta było sporządzanie list członków organizacji niepodległościowych, ich sympatyków i podejrzanych o współpracę z ruchem oporu. 24 maja komentowano wiadomość o zastrzeleniu też koło Stojadła Waleriana Mirka, późniejszego sprawcę pacyfikacji. W kursującej i chyba celowo podsycanej plotce powtarzano, że zabiła go organizacja wojskowa.

Podobno wiedziano, że sytuacja dla członków konspiracji była bardzo groźna a mimo tego, nie doceniano sprytu Gestapo, wierząc w szczęście i przeznaczenie. Pacyfikacja Leżajska, została przez okupanta w naj­większej tajemnicy, bardzo dokładnie przygotowana i zorganizowana, ale mimo tego kilka dni wcześniej powtarzane już były dyskretne informacje o rzekomych przygotowaniach do większych aresztowań. Informacje te chyba znowu zbagatelizowano, tym bardziej, że wiedziano już o podobnych akcjach w najbliższym sąsiedztwie gdyż np. 7 maja w skali nieporównywalnej do Leżajska spacyfikowano pobliską Giedlarowę i 8 maja Przewrotne. A przecież członkowie ruchu oporu dysponowali dokładniejszą informacją aniżeli przeciętni obywatele.

26 maja nie bez znaczenia był wyjazd w tym dniu większości niemieckiego garnizonu wojskowego stacjonującego w Leżajsku. Może liczono się z możliwością kontaktu mieszkańców z wojskiem gdyż żołnierzami byli często Polacy z Pomorza przymusowo wcieleni do wojska, Austriacy lub Ślązacy a ich stosunek do ludności był zróżnicowany. Kontakty z żołnierzami były ułatwione poprzez znajomość języka niemieckiego gdyż większość starszego pokolenia wychowywała się w byłym zaborze austriackim, a wiele młodzieży posiadało tę umiejętność dzięki nauce w tutejszym gimnazjum.

27 maja po godzinie 22 Komendant Miejskiej Straży Ochronnej Ludwik Maruszak zwolnił osobiście z po­sterunków wszystkie obywatelskie „warty nocne” (Nachwachy) pilnujące w ustalony sposób i w okre­ślonych miejscach miasto. Po godzinie 23 podwożono pod miasto samochodami z wygaszonymi światłami, z kierunków Jarosławia, Łańcuta, Rudnika i Sokołowa -jednostki Wehrmachtu, które szczelnym kordonem do godziny 1 otoczyły miasto. Gęstą tyralierą podeszli w najbliższe sąsiedztwa domów zajmując punkty obserwacyjne na drzewach, płotach itp. Tuż po północy specjalny pociąg przywiózł oddział SS, który po rozładowaniu, rozszedł się po mieście na wcześniej wyznaczone rejony działania. Do oddziału tego dołączyła kompania „Kałmuków”. Miasto podzielono na rejony wzdłuż ulic: Klasztorna, Sanowa, Rzeszowska i tor kolejowy od „czerwonego mostu” do Lip. Spodziewano się ucieczek przez kordon osób szczególnie zagrożonych. W zaroślach, ogrodach, zbożach i w gęstej zabudowie posterunki rozstawiono w maksymalnym zagęszczeniu; po dwóch żołnierzy w odstępach kilkunastu metrów, co ułatwiało wzrokową kontrolę terenu przed i za posterunkami. Zamaskowane gniazda karabinów maszynowych były uzupełnieniem szczelnego kordonu, który praktycznie był nie do przebycia. A jednak miały miejsca przypadki jego przejścia zakończone w większości przykrymi konsekwencjami. Szansę ukrycia mieli tylko ci, którzy dotarli do swych przygotowanych uprzednio kryjówek.

Nastał dzień 28 maja 1943 roku.

Akcja pacyfikacyjna przeprowadzona została siłami około 2000 żołnierzy Wehrmachtu ze 154 dywizji gen. por. Friedricha Altrichtera. Pojedyncze ugrupowania piechoty, której oddziały stacjonowały w całym dystrykcie krakowskim, szkoliły żołnierzy dla potrzeb frontu wschodniego. Pełniły one równocześnie służbę ochronną, wspierając z całym swym okrucieństwem władze policyjne w akcjach pacyfikacyjnych. Ponadto stwierdzono udział w pacyfikacji jednostki kawalerii liczącej 120 – 150 koni, kompani „Kałmuków” i SS żandarmerii ze wszystkich satelitarnych posterunków (tj. Rudnika, Sokołowa, Jarosławia, Łańcuta, Rzeszowa i Przeworska), Gestapo (z Jarosławia, Rzeszowa i Prze­myśla), miejscowego posterunku policji granatowej i ukraińskiej oraz niektórych strażników Straży Miejskiej. Łącznie w pacyfikacji uczestniczyło 2800 – 3000 ludzi. Jak dotąd nie wyjaśniono, w jakich okolicznościach nastąpił przyjazd i odjazd rozkładowego pociągu osobowego do Leżajska około godziny 4-tej z Rozwadowa do Przeworska. Na stacji wsiadło do niego 12-15 osób. Wysiadający natomiast, w większości pracownicy Huty Stalowa Wola powracający z drugiej zmiany, ostrzeżeni przez wsiadających odjechali w kierunku Przeworska. Idących do pociągu kilkakrotnie zatrzymywały patrole wojskowe i policyjne. Nie stwierdzono przypadków zatrzymania lub zawrócenia do domów. Na peronie stacji kilkuosobowy patrol żołnierzy tylko obserwował przyjazd i odjazd pociągu. Prawdopodobnie pociąg ten został odprawiony ze stacji przez dyżurnego ruchu z „przyśpieszeniem” na interwencję jednego z wsiadających. Idący do pociągu patrol żandarmerii nie zdążył wykonać planowanego zadania. Służbowy zegar w biurze dyżurnego ruchu, celowo przyśpieszony, był doskonałym alibi. Przybyły patrol zaraz opuścił stację. W ciągu dnia na przejeżdżające pociągi towarowe zdołało podobno wskoczyć kilku młodych ludzi, którzy w ten sposób uciekli z miasta.

Bezkarność   pozwalała  oprawcom   na  demonstrowanie siły. Rękawy bluz podwinięte do łokci, za pasem i cholewami butów granaty, w rękach broń gotowa do strzału. Obsługi karabinów maszynowych z taśmami naboi przewieszonymi przez ramiona, hełmy maskowane uliścionymi gałązkami. W otrzy­manych przedakcyjnych instrukcjach mieli wyłapać niebezpiecznych bandytów i ludzi ukrywających się przed robotami przymusowymi w Rzeszy.

Do budynku sądu, gdzie urzędowało dowództwo akcji, doprowadzano wszystkich zatrzymanych na podstawie sporządzonych list, zatrzymanych przy próbie przejścia kordonu na zewnątrz i tych do których miano jakiekolwiek zastrzeżenia.

Kilkanaście wieloosobowych grup, w których zawsze byli pracownicy Gestapo, systematycznie kontrolowało wszystkie domostwa i zabudowania. Nie znane są do dziś przyczyny ominięcia kilku domów w różnych częściach miasta i nie kontrolowania ich mieszkańców. Zatrzymanych, figurujących na listach odprowadzano w grupach lub odwożono do sądu. Żandarmeria i Gestapo wzmocnione żołnierzami SS w kilku grupach rozpoczęły działalność od aresztowania osób szczególnie niebezpiecznych. Do osób poszukiwanych, doprowadzani byli przez funkcjonariuszy policji granatowej, ukraińskiej i strażników Straży Miejskiej, a nawet przez przygodnych obywateli. Obmyślana i perfekcyjnie zaplanowana akcja, w pewnych przypadkach także zawodziła. Zaistniały bowiem okoliczności, które przy dozie szczęścia mogły ocalić poszukiwanych. Np. po „Lamparta” poszli bez świadków i nie wiedząc, że Rudolf Jaszowski mieszka u Heleny Kuczek, szukali go w jego domu rodzinnym. Natomiast Antoniego Śliwińskiego poszukiwali na Waldstrasse zamiast na Wallstrasse.

Akcja pacyfikacyjna rozpoczęła się około godziny 3.15 – 3.30 i miała wstrząsający przebieg szczególnie na ulicach Podzamcze (28 Maja), Wałowej i Ogrodowej. Pomimo prób zaskoczenia społeczeństwa rozpoczęta akcja wybudziła wielu mieszkańców, powodując tym samym działania zmierzające do ukrycia lub uchronienia osób najbardziej zagrożonych. Temu celowi służyły kryjówki wykonywane w przedziwnych warunkach i w różnych miejscach. W wielu wypadkach były one kunsztem robót murarskich i stolarskich. Podstawowym warunkiem, który miały spełniać, to możliwość dyskretnego dotarcia do nich, a wiedza o ich istnieniu mogła dotyczyć jak najmniejszej ilości osób. Najczęściej znane były kryjówki tylko ich właścicielom a ich istnienie utrzymywano w największej tajemnicy szczególnie przed dziećmi, bo w każdym przypadku przeszukiwań przez policję, szczególnie dzieci były o nie rozpytywane. Urządzano je najczęściej w obejściach i zabudowaniach niezamieszkałych, które były poza kręgiem podejrzeń policji, np. w lesie, ogrodach i w najdziwniejszych miejscach. W wielu przypadkach nie spełniły one swej roli, właściciel, zaskoczony przez policję nie mógł do niej dotrzeć. Tak było z „Lampartem”. Przemyślna kryjówka, zbudowana w formie ziemnego „bunkra” dokładnie zamaskowanego w ogrodzie rodzinnego domu, nie spełniła swego zadania. Z wielu innych kryjówek szczęśliwie korzystano do końca okupacji i później. Niektóre z nich pozostały do dziś jako relikty tamtych czasów.

Do wystraszonych, najczęściej uciekających strzelano, ukrytych zaś wyciągano i dołączano do konwojów, które zmierzały do sądu, siedziby komendy akcji. Tu, maltretowania nie było końca. Aresztowanych bito, zmuszając do klękania, leżenia, podnoszenia rąk itp. W tragicznym stanie doprowadzony został Rudolf Jaszowski. Mieczysław Kozyra, którego w czasie ucieczki postrzelono w brzuch, został przez współaresztowanych przyniesiony na zabranej komuś krótkiej drabinie. Tu na oczach zatrzymanych zabito go strzałami z pistoletu w głowę. Wszyscy zatrzymani od kilku do kilkunastu godzin oczekiwali na przesłuchanie przez komisję stwarzającą pozory sądu. Dziś znana jest przyczyna jej zaaranżowania. Różny był los 270 – 300 zatrzymanych w tym dniu. Wywołani na „przesłuchanie” najczęściej bici i kopani, obrzucani obelgami, musieli przejść między rzędami żandarmów i żołnierzy stojących na klatkach schodowych i korytarzach na drugie piętro budynku sądu. Tu na sali, przystosowanej do tego celu decydował się ich los. Stąd wracali już z przeznaczeniem do poszczególnych więziennych cel. Stół, przy którym zasiadała komisja w składzie 4 – 5 gestapowców i jedna niewiasta miał stanowić kamuflaż, bowiem decyzje zapadały za zasłoną wykonaną z szarego koca, która ukrywała sprawcę tragedii mieszkańców Leżajska. Był nim Walerian Mieczysław Mirek s. Jana, zdrajca kolegów, znajomych, współobywateli, narodu, własnego ojca, który też zginął z rąk tych, którym służył syn.

Wystarczyły cztery palce u podniesionej ręki, aby w umówiony sposób, stojącego rzekomo przed sądem skazać na śmierć, obóz lub lochy jarosławskiego Gestapo. Każdy doprowadzony przed oblicze komisji, często wcześniej pobity a przynajmniej zelżony, po wymienieniu swojego nazwiska został zakwalifikowany przez osobnika znajdującego się za zasłoną. Dla porządku, niewiasta, uczestniczka komisji, wypisywała kartkę z numerem 1 do 4, którą wręczano dyżurującym żandarmom. Ci, na ich podstawie, odprowadzali „zasądzonych” do odpowiednich cel więziennych. Tajemnica znaków podawanych przez osobnika za zasłoną została rozpoznana. Jeden palec – wolność, dwa palce – obóz, trzy palce -śmierć, cztery palce – do dyspozycji Gestapo. Osądu dokonywała też komisja wg własnego uznania, często na podstawie uprzednich zaleceń i sugestii otrzymywanych ze strony innych osób lub urzędów.

Dramat mieszkańców miasta rozgrywał się nie tylko w gmachu sądu, ale także na ulicach, między zabudowaniami, w ogrodach, na łąkach, jednym słowem wszędzie. Oddziały pacyfikacyjne szukały swoich ofiar. Tragiczna była m.in. ucieczka Bogusława Busia. Akcja odszukania zbiega rozegrała się na terenie położonym między torem kolejowym, a ul. Sanową, Mickiewicza i Podzamcze (28 Maja). Wydawało się, że podmokłe łąki przecięte kilkoma odwadniającymi rowami, porośnięte bujną trawą i krzakami, wierzby i olchy, stanowiły doskonałą kryjówkę tym bardziej, że w pościgu za zbiegiem uczestniczył patrol policyjny bez psów. Rzecz jasna, że przy większej liczbie przeszukującej teren, szansę ukrycia malały do zera. Zbieg okoliczności sprawił, że w tym samym rejonie nieco wcześniej ukrył się Edward Gdula. Skrył się przed idącym za nim żołnierzem. Dramat tych ludzi miał się rozegrać za chwilę, a spowodował go Franciszek Miś, człowiek o ograniczonej poczytalności. Rąbiący drzewo w obejściu Michała Gduli, który zobaczywszy zbliżających się żołnierzy zaczął uciekać do domu. Ukryty na łąkach B. Buś, prawdopodobnie uczynił to samo, biegnąc w kierunku zabudowań Gdulów. Zaczęto za nim strzelać, a prawdopodobnie jeden z pocisków ciężko ranił zupełnie przypadkowo żołnierza grupy operacyjnej, który stał na posterunku obok furtki obejścia Marii i Klemensa Szkodzińskich. Rannego żołnierza wniesiono do domu Szkodzińskich i położono na łóżku.
Bez głębnej analizy faktów posądzono, że strzał padł z domu Gdulów, i w odwecie stojące najbliżej posterunki ostrzelały dom i wrzuciły granat, powodując bardzo szybko rozprzestrzeniający się pożar. Z płonącego domu wybiegł Edward Gdula i wyprowadzono chorych Agnieszkę  i Michała Gdulów. Chciano także palić sąsiednie  domy. Równocześnie od strony łąk, w kierunku płonących  zabudowań,  kilkunastu żołnierzy kopiąc i bijąc, prowadziło i wlekło po ziemi B. Busia posądzonego również o strzelanie do żołnierzy.

Żyjący świadkowie stwierdzili, że do dnia dzisiejszego mają przed oczyma jego makabryczny wygląd i słyszą przeraźliwy krzyk będący wynikiem cierpienia i bólu. Bezbronnego człowieka, ze związanymi sznurkiem rękoma, biło kilkunastu żołnierzy parkanowymi sztachetami. Kiedy upadł straciwszy przytomność, „położyli obok palącej się stodoły, a potem trzymając za ręce i nogi wrzucili w pobliże ognia. Tu za chwilę odzyskał przytomność, zaczął znowu krzyczeć, czołgając się na brzuchu w kierunku stojących żołnierzy. Znowu zaczęli go bić. Do bijących podjechał na motocyklu gestapowiec i strzałami z pistoletu dobił leżącego. Przybyli nieco później do pożaru strażacy zmuszeni zostali do zakopania zabitego obok zgliszcz domostwa i do starannego zatarcia śladów, ale pozostawione buty pomogły w ustaleniu tożsamości. Zastrzelonego B. Busia zwłoki znalazła matka i następnego dnia, kiedy pozwolono na pochówek rozstrzelanych, odkopano i pochowano go na cmentarzu. Drugi uciekinier E. Gdula po zatrzymaniu, został doprowadzony do sądu a następnie rozstrzelany wraz z najbliższymi sąsiadami tj. z Michałem Posobcem, Marianem Pomianowskim i Władysławem Gielecińskim. W tej tragedii, zginął także Franciszek Miś, w ogniu palącego się domostwa. Kilkanaście dni po pożarze, wśród zgliszcz znaleziono resztki spopielałego ludzkiego ciała, które również przewieziono na cmentarz.

W tym dniu ludzie ginęli od wczesnych godzin rannych, ginęli w różnych okolicznościach, podobnie jak w różnych sytuacjach ratowali swoje życie. Stefan Babiarz zginął w czasie ucieczki. Antonina Czajka, u której w tym dniu spał ukrywający się Mieczysław Kozyra, zapłaciła życiem za dwa słowa „Mietek uciekaj”. Może nieświadomie, a może z najgłębszych pobudek tak zareagowała na jego ucieczkę. Podobny los spotkał Stanisławę Markiewicz, która przekonywała przybyłych żandarmów i ge­stapowców, że poszukiwany syn Zygmunt, po którym zastali jeszcze ciepłe łóżko – wyszedł do pracy. Ten zaś wraz z kolegą Karolem Kisielewiczem, kilka kroków od Niemców znaleźli schronienie w gołębniku, do którego dwukrotnie zaglądał żandarm. Zadziałało chyba przeznaczenie, że mają żyć dalej. I tak się stało bo obaj przeżyli wojnę. Dla Waleriana Gduli za kryjówkę wystarczył stojący w sieni domu szeroki komin. Marian Kozyra w czasie ucieczki, ostrzelany ogniem karabinu maszynowego i kilku pistoletów, przebiegł około 350 metrów. Przeskoczył 2 parkany i znalazł skuteczne schronienie w dole kloacznym na podwórku Marii i Michała Deców. Około 12 godzin zanurzony po szyję w fekaliach, z głową nakrytą papierami wiadomego pochodzenia, duszony fetorem zatykającym oddech – przeżył i ocalał. W tym czasie kilkakrotnie z ustępu korzystali właściciele, nie wiedzący o ukrytym człowieku. Stanisław Makosik przeżył dzięki swej kryjówce znajdującej się o krok od poszukującego go żandarma. Dzieliła ich tylko ściana pozorująca drewnianą półkę. Bogusław Buś, który zginął tak tragiczną śmiercią, rozpoczął ucieczkę wraz z bratem Zbigniewem i kolegą Stanisławem Białkowskim. Kiedy zostali ostrzelani przez posterunki pacyfikacyjne, bez uzgadniania, każdy wiedziony nieznaną siłą, wybierał dla siebie (w ich mniemaniu) najlepszą formę ratunku. Wybrane drogi rozdzieliły ich na długo. Bogusław znalazł śmierć, Zbigniew – obóz, a Stanisław wolność w okupacyjnej formie. Zatrzymana rodzina Depowskich Maria i Wojciech wraz z synem Augustynem zginęła rzekomo za znalezione w ich domu w czasie rewizji łuski od pocisków karabinowych, które rzeczywiście używane były do wyrobu zapalniczek. Przyniósł je 2 dni wcześniej Augustyn i położył w widocznym miejscu pod ścianą domu. Bardziej prawdopodobną przyczyną ich śmierci był „zatarg” między Wojciechem Depowskim a miejscowym Volkdeutschem Fryderykiem Keiperem, który publicznie odgrażał się, że musi „wsadzić” go do obozu. Zemsta czy zezwierzęcenie zaprowadziło ojca i syna przed pluton egzekucyjny, a matkę zastrzelono w kidałowickim lesie k/Jarosławia. Tak więc, w jednym dniu 18 letnia dziewczyna, córka Izabela straciła wszystkich swoich najbliższych, W sierocej doli musiały wysychać jej łzy wśród ludzi obcych ale i życzliwych.

W godzinach popołudniowych zakończyła swą działalność komisja „sądząca” zatrzymanych. W całym mieście opłakiwano już pierwszych zabitych. Władza pacyfikacyjna czyniła przygotowania do ostatniego aktu tragedii. Miejscowy Volkdeutsch Johan Keiper Inspektor Policji Miejskiej dostarczył do sądu dwa motki grubego papierowego sznurka, którym powiązano skazańców. W między­czasie gestapowcy oglądali miejsce w którym planowali rozstrzelać skazanych. Wybór padł na małą, proboszczańską łąkę u stóp wzniesienia, na którym stoi były zamek starościński. Około godz. 15.00 opuścili sąd wszyscy zatrzymani, którym w tym dniu dane było powrócić do swoich bliskich. Tuż po nich wywieziono do Pustkowa „zasądzonych” na pobyt w obozie. Natomiast Rudolfa Jaszowskiego wraz z siedmioma współtowarzyszami, wywieziono do więzienia jarosławskiego Gestapo. W różnych częściach miasta leżeli zabici, śmierć nie wybierała miejsca. W celach więziennych sądu pozostało jeszcze 28 ludzi, którzy z czynionych przygotowań mogli wnioskować co ich czeka. Pogrupowano ich po trzech lub czterech i powiązano im ręce. Na tę ostatnią drogę życia powiązano ojca z synem, teścia z zięciem, brata z bratem. Nie oszczędzono też inwalidy wojennego mjr. Tadeusza Nizińskiego z trudem chodzącego o lasce.

Około godz. 17.00, na oczach oczekujących przed sądem nielicznych członków rodzin i znajomych, wyprowadzono skazańców. Znajdowali się oni między szeregami żołnierzy i żandarmów, którzy izolowali ich od najbliższych. Odkryte samochody osobowe z karabinami maszynowymi otwierały i zamykały makabryczną kolumnę. Gdy milczący pochód skręcił z ulicy Mickiewicza w ulicę Podzamcze (obecna 28 Maja) zniknęły wszelkie złudzenia. Dodatkowy kordon zamknął dostęp towarzyszącym cywilom. Jeszcze kilkadziesiąt kroków i z drogi widzieli stojący w dolinie pluton egzekucyjny. Kilkadziesiąt metrów dalej dopalały się resztki domostwa. Każdy krok przybliżał nieubłagalny koniec ludzi, w pełni świadomych, co się stanie w najbliższych minutach. W oknach mijanych domów widzieli znajome twarze, które wyrażały – dramat, rozpacz, pożegnanie.

Między skarpą wzgórza zamkowego a plutonem egze­kucyjnym znaleźli się skazani. Ustawieni twarzą do oprawców, bohaterscy, bez płaczu, spazmów i jakichkolwiek gestów czy próśb o   darowanie   życia.  Dowódca  plutonu  egzekucyjnego  czyta kilkuwyrazową formułkę. Pierwsza salwa połączyła się z okrzykiem T. Nizińskiego „bracia, giniemy za Polskę!”. A potem już bardzo szybko następne serie i pojedyncze dobijające strzały, aby czasem los szczęścia nie pozwolił komuś przeżyć. Ktoś zapamiętuje drgające i poruszające się w agonii ciała, świst zachłystujących się krwią, ręce zaciskające źdźbła traw. Nawet ciężko ranni musieli umrzeć. Dla nich też nie było żadnej pomocy. Sącząca się krew tworzyła wśród rozdeptanej trawy rdzawe plamy. Zniknęły one dopiero po kilku dniach, po ulewnym deszczu.

Kiedy padły pierwsze strzały mieszkańcy pobliskiego domu Kochmańskich i wszyscy tam obecni uklękli i głośno się modlili. Ktoś z obecnych spojrzał na zegarek, była godzina 17.45.

Pracownicy niemieckiej firm Gebauer z zainteresowaniem oglądali egzekucję ze wzgórza zamkowego.

Jeszcze tego samego dnia do ciał pomordowanych, na miejsce egzekucji przychodziły rodziny i znajomi aby odszukać i rozpoznać swoich. Zabici byli powiązani za ręce, ciała podkurczone, wszystko zabrudzone krwią i ziemią. Małe otwory od kul na głowach świadczyły o dobijaniu rannych. Położenie zwłok Albina i Krzysztofa Zawilskich mogło sugerować, że przed egzekucją albo próbowali ucieczki, która nie mogła mieć żadnego powodzenia, albo przed dobiciem zdołali odczołgać się od pozostałych. U bardzo wielu, którzy rozpoznali najbliższych, ból po ich stracie uzewnętrzniał się tylko kilkoma łzami na policzkach.

Wieczorem jednostki pacyfikacyjne bardzo szybko opuściły miasto. Pozostały tylko siły porządkowe, żandarmeria, Gestapo i niewielki oddział SS. Nieco później w pobliskiej restauracji mieszczącej się w zabytkowym zajeździe, prowadzonej przez Kristine Szozda nieustawały śmiechy i śpiewy żandarmów i ge­stapowców. Towarzyszyły one wspólnym komentarzom o wielkiej przygodzie i handlu zrabowanymi w akcji przedmiotami (rzeczy Markiewiczów).

Przed godziną policyjną, nieliczni, ostatni członkowie rodzin pomordowanych opuścili miejsce straceń i udali się do domów. Jeszcze nie wiedzieli, że władza okupacyjna zezwoli im na przeniesienie zwłok na cmentarz. Późną porą posterunki żandarmerii wystawione przy rozstrzelanych wycofały się z tego miejsca aby nie widzieć makabrycznej sceny. Nie przeszkadzało to jednak mocno „wstawionym” żandarmom i gestapowcom, którzy po zamknięciu restauracji przyszli tu jeszcze raz aby nacieszyć oczy widokiem miejsca kaźni.

Nazajutrz, po egzekucji, władze okupacyjne zezwoliły na pogrzeb ofiar na miejscowym cmentarzu. Zastrzeżono jedynie ograniczenie uczestnictwa do 2 – 3 osób z najbliższej rodziny.

Miejscowy Volksdeutsch Friedrich Keiper zdołał przygotować na ten dzień 45 trumien. Jak cyniczne było jego zachowanie wobec żony zamordowanego Jana Kisielewicza kiedy ta przyszła do niego celem dokonania zakupu trumny. Pokazał jej pełną garść banknotów mówiąc „bodaj jeden dzień w miesiącu mieć taki”.

Białe trumny z niemalowanych desek wiezione na zwykłych konnych wozach, kołyszące się na wybojach brukowej drogi wytrzepywały ostatnie krople krwi znaczące drogę na cmentarz. Za nimi, w całkowitym milczeniu, szły tylko najbliższe rodziny osób pomordowanych. Taka była sceneria czterogodzinnej uroczystości pogrzebowej zakończonej cichą modlitwą nad otwartymi mogiłami prowadzoną przez ówczesnego proboszcza ks. Józefa Gorczycę. W pewnej chwili, zebranych na cmentarzu żałobników otoczyła grupa SS-manów i gestapowców z postrachem leżajszczyzny Schmidtem na czele. Weszli pomiędzy zebranych cywili szukając być może dalszych ofiar. „Goście” wkrótce opuścili cmentarz. Wspólnie kończono grzebanie zmarłych. Mieszkający w są­siedztwie tej tragicznej uroczystości, ze znacznej odległości słyszeli głośne dudnienie, gdy na kilkanaście trumien równocześnie spadały grudy gliniastej ziemi. Rok później tak bardzo podobne dudnienie, ale armat zbliżającego się frontu było sygnałem nieuchronnego końca niemieckiej okupacji. Oni nie doczekali.

W pierwszą rocznicę pacyfikacji, jeszcze pod okupacją na miejscu straceń kolorowym kobiercem zakwitły łąkowe kwiaty. Wśród nich, tam gdzie leżeli pomordowani, nieznane ręce położyły maleńką biało-czerwoną chorągiewkę, które zdaje się szeptała: „Niech się Polska przyśni Tobie”.

W pamięci mieszkańców miasta pozostał na długo obraz ludzkich dramatów, ale okupacja był to drobny epizod, jak innych tysiące, które zasługiwał na skromną notatkę.

Urzędowy meldunek Wehrkreiskommando Generalgouvernement stwierdzał:

28.05.1943 r. Nordwest Jaroslau gróssere Bandę duch Wehrmacht und Polizei Vernichtet. Eigene Verluste 2 Verwundete, Verluste der Bandę 39 tot, 1 Verwundet.

Tłumaczenie: 28.05.1943 r. na północny wschód Jarosławia większa banda przez wojsko i policję zniszczona. Własne straty dwóch rannych, straty bandy 39 zabitych, 1 ranny.

Był więc suchy meldunek o przeprowadzonej akcji i współudziale Wehrmachtu w zbrodni ludobójstwa, połączony z sugestią analizy faktów. Bilans „dokonań” był imponujący: straty Niemców zaledwie 2 rannych, a po drugiej stronie 39 zastrzelonych Polaków. Rannymi Niemcami prawdopodobnie byli: żołnierz z posterunku pacyfikacyjnego   obok  domostwa  Szkodzińskich   postrzelony przypadkiem, w czasie pościgu za B. Busiem oraz żołnierz, który spadł z konia w „Dołach Niemieckich” i doznał pewnych obrażeń. Wśród rozstrzelanych Polaków bez jakichkolwiek pomyłek ustalono 38 nazwisk. Pozostaje pytanie, kogo rannego zaliczyli do 39 ofiary? A może stan wywiezionego na Gestapo do Jarosławia R. Jaszowskiego pozwalał im na zaliczenie go już do nieżyjących. Pytaniem jest także kogo uznano za rannego bandytę. Mieczysława Kozyrę? – w czasie sporządzania meldunku już nie żył. Józefa Matuszko? – ranny zmarł jeszcze w czasie akcji. Mariana Kisielewicza? – został ranny w czasie ucieczki.

Po interwencji Komendanta Kripo Wołosa, który mieszkał w domu Kisielewiczów zezwolono na przewiezienie go do szpitala. A może miano na uwadze kogoś innego. Pacyfikacja Leżajska dobiegła końca. Ale zanim nastąpił koniec wojny zginęło jeszcze wielu innych mieszkańców naszego grodu.

Juliusz Ulas Urbański

Skomentuj