Ewelina Hajdamowicz. Ostatnia noc w Lipnikach…

Dodano 1 lipca 2017

Drewniane zabudowania kryte słomianymi strzechami płonęły. Skąpa samoobrona zdawała sobie sprawę, że wsi obronić się nie da. Kierowano więc mieszkańców do centrum wsi, żeby następnie wyprowadzić ich do odległego o 4 km majątku Zurno [gm. Berezne, pow. Kostopol], gdzie stacjonowali Niemcy. Niestety nie udało się zrealizować tego planu w pełni. Ludzie zaczęli uciekać w różnych kierunkach. Mordowano ich strasznie. Ginęli od kul, bagnetów, siekier, w płomieniach płonących domów, do których wrzucano ludzi przez okna, w studniach. Zamordowano łącznie 182 osoby.

Wybiegliśmy z całą rodziną z domu do rowu melioracyjnego, który prowadził do zagajnika. Nie uszliśmy jednak daleko, gdyż tam czekali już bulbowcy i krzyczeli: „Kuda polacka mordo, tut was wyryżem”. Nie mieliśmy więc innego wyjścia, jak wrócić do rowu. Za nami wpadli również bandyci. Strzelali i rzucali granaty. Zginęła [moja] siostra, a mój dwuipółletni syn, którego niosła płakał, że boli go rączka. Rozejrzałam się za nim i w kierunku wsi. W tym momencie kula przeszyła mi głowę. Straciłam wzrok. Słyszałam jednak wołające o pomoc dziecko. Położyłam więc młodszego siedmiomiesięcznego syna między pomordowanymi, a sama poszłam i zabrałam z rąk nieżyjącej siostry Zosi starszego, który jak się okazało był dwukrotnie ranny w rączkę. Następnie wróciłam z nim, czołgając się przez trupy i wyczuwając kilkakrotnie granaty, które nie eksplodowały, do młodszego.

W pewnej chwili usłyszałam głosy: „Tuda, tam szcze żywyje.” Nawołujący głos był znajomy. Wołał Ukrainiec z naszej wsi, jeden z przywódców. Zaczęłam go błagać, żeby nie zabijali dzieci. Poznał mnie, gdyż pracował z moim mężem w Radzie Wiejskiej. Powiedział,żebym się nie bała. Posłyszałam jednak tupot nadbiegających i słowa: „Budem perekoluwaty – pul szkoda”. Ponowiłam więc błaganie o niezabijanie dzieci. Stojący przy mnie Ukrainiec uspokoił mnie, a do nadbiegających powiedział, że tu już nie ma nikogo żywego. Odeszli, on również. Pozostałam z dziećmi wśród pomordowanych. Miałam nie tylko przestrzeloną głowę i nic nie widziałam, ale również draśniętą czaszkę i osiemnaście dziur w chustce, którą miałam na głowie.

Mieszkańcy Lipnik, którym udało się uciec do majątku Zurno, zwrócili się o pomoc do Niemców. Nie uzyskali jej. Jedynie tłumacz Polak wszedł z karabinem maszynowym na wieżę ciśnień i zaczął strzelać w kierunku Lipnik. On uratował nam życie, gdyż napastnicy uważali, że jedzie odsiecz, uciekli w popłochu ze wsi, zostawiając rannych i pomordowanych.

Mąż odnalazł nas dopiero rano. Wtedy obandażowano mi głowę ręcznikiem. Byłam sanitariuszką, pierwsza potrzebowałam jednak pomocy, zostałam bez oczu. Mnie i innych rannych załadowano na wozy zaprzężone w przygodnie złapane, spłoszone pogromem konie, i odwieziono do szpitala w Bereznem. Tam dopiero, za murami szpitala, otrząsnęłam się i zdałam sobie sprawę [z tego], co przeżyłam, jak straszną noc. Zginęli najbliżsi, nie mam oczu, a dzieci malutkie, dom spalony, nic nie zostało, grozi nam nędza.

Przeżyliśmy jednak, ale do Lipnik już nie wróciłam. Przedostaliśmy się do Kostopola, a stamtąd przesiedlono nas do Kwidzyna, gdzie wychowaliśmy trzech synów. Trzeci urodził się w Kwidzynie. Pomordowanych w Lipnikach pochowano we wspólnej mogile obok spalonego Domu Ludowego. Z najbliższej rodziny zginęli: ojciec – Adolf Bagiński (76 lat), siostra – Zofia (20 lat), bratowa – Antonina (47 lat), jej syn – Mietek (17 lat), a z dalszej rodziny około 50 osób

Komentuj...