Fałszerze historii polsko-żydowskiej

KTO FAŁSZUJE HISTORIĘ?

Czytelnicy polscy w kraju ciągle za mało znają alarmujące ostrzeżenia głośnego autora polonijnego profesora Iwo Cypriana Pogonowskiego. Ten najwybitniejszy dziś wśród Polaków żyjących na Zachodzie znawca problematyki żydowskiej jest autorem opublikowanego już w dwóch wydaniach monumentalnego dzieła dokumentalnego „Jews in Poland”, ze wstępem znanego sowietologa żydowskiego pochodzenia – profesora Richarda Pipesa. Otóż profesor Pogonowski od kilku lat wytrwale i systematycznie ostrzega przed tym, co robią niektórzy bardzo wpływowi Żydzi zagraniczni, zwłaszcza amerykańscy, dla przyczernienia obrazu polskiej historii i upokorzenia Polaków. Zdaniem profesora Pogonowskiego, to wszystko jest tylko grą wstępną zmierzającą do ułatwienia nacisków na wypłatę przez Polskę jak największych „odszkodowań za żydowskie mienie”. To, przed czym parę tygodni temu ostrzegał wybitny żydowski politolog w USA N. Finkelsztejn w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, twierdząc, że Światowy Kongres Żydów chce szantażami zmusić Polskę do wypłaty kilkudziesięciu miliardów dolarów Żydom. W tym celu robi się wszystko, by upokorzyć Polskę, czym wprost otwarcie zagroził naszemu krajowi już parę lat temu jeden z czołowych przywódców żydowskich.

UPIORNE ZNIEKSZTAŁCENIA

Pisząc o działaniach dla wymuszenia tego ogromnego haraczu od Polaków, prof. Pogonowski twierdzi, że w tym celu „stwarza się mity o udziale Narodu Polskiego w zagładzie Żydów. Łatwiej jest ściągać odszkodowania od winnych niż od współofiar”.

Za jeden z najnowszych przejawów tego typu propagandy wymierzonej w Polaków profesor Pogonowski uznał najnowszą twórczość Jana Tomasza Grossa, zwłaszcza jego eseje „Upiorna dekada”, wydane w 1998 roku. W ocenie prof. Pogonowskiego: „Propaganda Grossa pomaga eksternistycznym ugrupowaniom żydowskim w ich próbach wymuszania od rządu polskiego haraczu za zbrodnie dokonane w Polsce przez Niemców, Sowietów i kryminalistów”.

Aby uzyskać nakreślone wyżej cele prowadzi się akcję ciągłego prowokowania Polaków przez wysuwanie kolejnych agresywnych żądań, ostatnio głównie żądania usunięcia Krzyża Papieskiego w Oświęcimiu. Podobnym celom służy stwarzanie różnego typu antypolskich „faktów prasowych”, nagłaśnianie różnych rzekomych incydentów antyżydowskich, tak jak wymyślona ostatnio afera z rzekomymi „antysemickimi” wystąpieniami na Majdanku. W tym kontekście należy też widzieć próby nagłego zaatakowania Polaków przez odpowiednio tendencyjne zniekształcenia i nagłośnienie wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat, o których, mimo ich dziś tak mocno akcentowanej wagi, sami Żydzi prawie nie mówili przez kilkadziesiąt lat. Dziś za to je odpowiednio retuszując, przypisują za wszystko co najgorsze winę oczernianym Polakom. Tak jak się stało ze sprawą publikowanego kilka miesięcy temu przez J. T. Grossa w książce „Europa Nie prowincjonalna” tekstu oskarżającego Polaków o spalenie w lipcu 1941 roku tysiąca kilkuset Żydów z Jedwabnego w Łomżyńskiem. Tekst Grossa został ostatnio nagłośniony w Internecie i dość bezkrytycznie zreferowany w „Rzeczpospolitej” (z 5 maja) przez Andrzeja Kaczyńskiego.

Przyjrzyjmy się najpierw bliżej osobie samego Jana Tomasza Grossa. Kim jest ten aktualnie najostrzejszy oskarżyciel Polaków? Jest to przede wszystkim badacz, który ciężko grzeszy przeciw podstawowym zasadom pracy autora zajmującego się historią. Tym samym faktom, o których pisał w 1983 roku, dziś nadaje z gruntu odmienną niż wówczas interpretację, przemilczając wszystko, co ją podważa.

W swej pierwszej książce „W czterdziestym nas Matko na Sibir zesłali”, wydanej w 1983 r. razem z Ireną Grudzińską-Gross książce rzeczywiście wartościowej i starającej się o obiektywizm Gross dał bogaty materiał źródłowy, nie ukrywający faktów o prosowieckiej i antypolskiej kolaboracji wielkiej części Żydów na Kresach w latach 1939-1941. We wspomnianej książce przytaczał liczne fakty o donoszeniu na Polaków, ich szykanowaniu, niszczeniu kapliczek przydrożnych przez sfanatyzowanych Żydów – komsomolców, o wielkiej roli zbolszewizowanych Żydów w administracji. Dziś to wszystko wyparowało z jego analiz. Za to mamy ciągłe wybielanie żydowskiej kolaboracji z Sowietami, jej skrajne pomniejszanie, względnie usprawiedliwianie reakcjami na dawny „antysemityzm” polski lub strachem przed Niemcami. Po prawdziwie upiornych zniekształceniach książki „Upiorna dekada” Gross przeszedł do najbardziej oszczerczych uogólnień-oskarżeń, że to Polacy ponoszą winę za zorganizowane przez Niemców wymordowanie Żydów z Jedwabnego w lipcu 1941 r.

Rzecz znamienna – jedynym świadectwem, na jakim oparł się Gross w swym oskarżeniu pod adresem Polaków z Jedwabnego, jest oskarżająca ich o wymordowanie 1500-1600 Żydów relacja Szmula Wasersztajna (pierwsza jej wersja pochodzi z 1945 roku).

Gross uznał tę relację za najbardziej wiarygodne źródło, pomimo tego, że jak sam przyznał: „W ŻIH-u znajdziemy dwa zeznania Wasersztajna spisane oddzielnie – ani liczby się w nich nie pokrywają, ani rozmaite detale”. Bezkrytycznie akceptując relację Wasersztajna, Gross ani słowem nie wspomniał o dotychczasowych polskich badaniach całej sprawy, w tym o parokrotnie publikowanych uwagach prokuratora Waldemara Monkiewicza, byłego szefa Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich, który dokładnie badał całą sprawę. Nie wspomniał, jak się zdaje, dlatego iż stwierdzenia prokuratora Monkiewicza natychmiast obaliłyby gmach fałszów zbudowany dzięki całej relacji Wasersztajna.

Ten ostatni przypisuje wykonanie całej zbrodni na Żydach w Jedwabnem Polakom. Zgodnie z tą intencją robi co może, aby maksymalnie zaniżyć liczebny udział Niemców biorących udział w całej antyżydowskiej akcji. Według Wasersztajna, w Jedwabnem było wszystkiego ośmiu gestapowców, którzy byli faktycznie biernymi obserwatorami zbrodni popełnionej jakoby przez Polaków. Tymczasem Monkiewicz konsekwentnie podawał, że w całej akcji w Jedwabnem brało udział ponad 200 niemieckich funkcjonariuszy. W referacie na sesję popularnonaukową zorganizowaną 20 czerwca 1986 r., z okazji 250-lecia nadania praw miejskich Jedwabnemu, prokurator Monkiewicz podał, że 10 lipca 1941 r. w Jedwabnem łącznie pojawiło się 232 funkcjonariuszy niemieckiej policji (A. Kaczyński w „Rzeczpospolitej” podał zniekształconą informację, twierdząc, że Monkiewicz mówił wówczas o stu kilkudziesięciu policjantach niemieckich). W artykule publikowanym w 1989 roku w „Studiach Podlaskich” Monkiewicz pisał m.in. „W początkach lipca ze składu batalionów policyjnych 309 i 316 wydzielono ponad 200 funkcjonariuszy, tworząc specjalny oddział nazywany „Kommando Białystok” dowodzony przez Wolfganga Burknera, oddelegowanego z warszawskiego gestapo. Oddział ten w dniu 10 lipca 1941 roku przybył samochodami ciężarowymi do Jedwabnego. W toku akcji podjętej przeciwko Żydom zaangażowano również żandarmerię i policję pomocniczą. Ta ostatnia uczestniczyła jedynie w przyprowadzeniu ofiar na rynek i ich konwojowaniu poza miasto. Tam hitlerowcy dopuścili się niesamowitego wręcz okrucieństwa wpędzając około 900 osób do stodoły, którą następnie zamknęli, ściany oblali benzyną i podpalili, powodując męczeńską śmierć znajdujących się wewnątrz mężczyzn, kobiet i dzieci. W dwa dni później ci sami sprawcy wymordowali prawie wszystkich Żydów w Radziłowie. Spalili tam w stodole około 650 osób.

Zarówno w Jedwabnem, jak i w Radziłowie hitlerowcy starali się wciągnąć do pogromu niektórych policjantów pomocniczych narodowości polskiej. Ci spośród nich, którym udowodniono jakikolwiek udział – najczęściej zresztą w czynnościach drugorzędnych – ponieśli surowe kary”.

NIKT NIE PYTAŁ O ZGODĘ

Prokurator Monkiewicz wyraźnie – wbrew twierdzeniom Wasersztajna – informuje, że policjanci pomocniczy narodowości polskiej brali najczęściej udział w czynnościach drugorzędnych typu wyprowadzenia ofiar na rynek i ich konwojowania, podczas gdy decydującą rolę w mordowaniu Żydów odegrało ponad 200 niemieckich policjantów.

I tu właśnie zahaczamy o sprawę zasadniczą – jak można traktować relację Wasersztajna, który zamiast liczby ponad 200 policjantów niemieckich, a ściślej 232, pisał o zaledwie 8 Niemcach uczestniczących w zbrodni. Tak skandaliczne zaniżenie liczby niemieckich policjantów w stosunku do faktycznej liczby podanej przez badającego oficjalnie sprawę zbrodni prokuratora jest czymś wręcz szokującym i wyklucza jakiekolwiek poważne traktowanie relacji Wasersztajna jako źródła. Trudno zrozumieć, czym – poza antypolską tendencyjnością – kierował się J. T. Gross, czyniąc właśnie z relacji Wasersztejna swój główny i zarazem jedyny dowód „polskiej zbrodni”.

W relacji Wasersztajna znalazło się również kilka innych skrajnie niewiarygodnych stwierdzeń. Według niego, ośmiu gestapowców naradzało się z Polakami z władz w miasteczku, co zrobić z miejscowymi Żydami. „Wielkoduszni” Niemcy chcieli zostawić przy życiu co najmniej jedną rodzinę żydowską „z każdego zawodu”. Nie poradzili sobie jednak z „krwiożerczymi” Polakami, którzy wymusili na Niemcach wymordowanie wszystkich Żydów z Jedwabnego: „nikt z nich nie może zostać żywym”. I w tym miejscu wypada zgodzić się z innym autorem tekstu o zbrodni w Jedwabnem – z Leonem Kalewskim („Nasza Polska” z 10 maja 2000). Pytał on: „Czy jest w ogóle możliwe, aby Niemcy pytali gdziekolwiek miejscową ludność w podbitych przez siebie krajach, jakie ma ona zamiary wobec Żydów? Hm, bardzo ciekawa interpretacja holokaustu (…). Taka teoria mogła powstać w głowie nieszczęśnika o niezbyt lotnym umyśle, pełnego uprzedzeń wobec Polaków (…). Ale żeby bezkrytycznie opierali się na jego relacji światowej sławy profesorowie żydowscy?…”

Inny niesamowity szczegół z relacji Wasersztajna. Stwierdził on, że jeden z Polaków – stolarz Szleziński był tak fanatycznie antysemicki, że z nienawiści do Żydów zaofiarował własną stodołę jako miejsce do ich spalenia. W sprawie tej wypowiadała się już ponad 10 lat temu córka wspomnianego stolarza, mówiąc: „To, że ofiarował swoją stodołę do spalenia Żydów, jest czystą bzdurą. Tak jakby Niemcy pytali o zgodę. Pasowała im, bo stała niedaleko kirkutu i w bezpiecznym oddaleniu od innych zabudowań” (cyt. za D. i A. Wroniszewscy: „Aby żyć”, „Kontakty” 10 lipca 1988).

Wiarygodność relacji Wasersztajna zdecydowanie podważyła uratowana z niemieckiej obławy w Jedwabnem Żydówka Helena Ch., stwierdzając, że nie był on obiektywny w swym opisie. Według cytowanego artykułu D. i A. Wroniszewskich, Helena Ch. powiedziała m.in. „Niedawno przyjechał do Jedwabnego rabin z Kostaryki, jeden z tych siedmiu Żydów, których uratował Karwowski. Najpierw modlił się na kirkucie, a potem przyszedł do nas. Dobrze pamiętał jednego z tych, o których Wasersztajn pisał, że mordowali Żydów. „To był bardzo dobry człowiek” – powiedział. A ja mu wierzę”. Profesor Jan T. Gross wolał bezkrytycznie zaakceptować relację Wasersztajna.

Inna rzecz znamienna. Gross ani przez moment nie zająknął się nawet o tych Polakach, którzy ratowali Żydów przed niemiecką zagładą, o wspomnianym Karwowskim, który uratował i przechował siedmiu Żydów, o Antoninie Wyrzykowskiej, która ukrywała w swym gospodarstwie siedmiu Żydów, w tym samego Wasersztajna.

Jest jeszcze jedna rzecz, którą Jan T. Gross dziś niemal całkowicie przemilcza, pisząc o dramacie Żydów w Jedwabnem. Myślę tu o pokazaniu, do jakiego stopnia na nastroje wobec Żydów w tej miejscowości rzutowała wcześniejsza, skrajna nadgorliwość prosowiecka, donosicielsko-NKWD-owska działalność zbolszewizowanych Żydów w Łomżyńskiem i w Białostockiem. Przypomnę, że ten sam Gross 17 lat temu, gdy jeszcze starał się o obiektywizm, zamieścił parę dość szokujących relacji w książce „W czterdziestym nas Matko na Sibir zesłali”. Była tam m.in. relacja o nikczemnej roli Żyda Lewinowicza w podstępnym aresztowaniu Polaków. Była wstrząsająca historia śmierci nadleśniczego Łabęckiego, który odebrał sobie życie, rzucając się pod pociąg. Jak pisano w książce J. T. Grossa i I. Grudzińskiej Gross: „Był on [nadleśniczy – JRN] wezwany do jakiegoś urzędu w dawniejszym miasteczku powiatowym Sokółce. Tam zwykli Żydzi z czerwonymi opaskami na rękawach i karabinami, które na pewno pamiętały Napoleona, ci Żydzi wykopali go i potłukli. On nie mógł tego znieść i rzucił się pod pociąg. Rodzinę, tj. żonę i sześcioletniego synka wywieziono podczas najokropniejszych mrozów aż do Irkucka”.

POPARLI WŁADZĘ SOWIECKĄ

Andrzej Kaczyński, pisząc w „Rzeczpospolitej” o źródłach gwałtownego pogorszenia stosunków żydowskich na Kresach w ciągu niespełna dwóch lat okupacji sowieckiej, ilustruje to następującymi dwoma przykładami z regionu Łomży:

„Poparli nas Żydzi i tylko ich wciąż było widać. Zapanowała też moda, że każdy kierownik instytucji chwalił się, że u niego nie pracuje już ani jeden Polak – mówił na naradzie aktywu w 1940 roku naczelnik NKWD w Łomży, i nader krytycznie, z punktu widzenia państwa radzieckiego, ocenił tę sytuację.

Ktoś zanotował podczas wojny skargę rolnika spod Łomży. – Teraz to mamy żydowskie cesarstwo. Tylko ich wybierają wszędzie, a Polak jak koń, on tylko ciągnie i jego biją batem”.

W pamięci mieszkańców Jedwabnego fatalnie zapisała się rola zbolszewizowanych Żydów w deportowaniu Polaków na Syberię. W cytowanym wcześniej reportażu Wroniszewskich odnotowano relację polskiego mieszkańca miejscowości Jedwabne: „Pamiętam, jak wywozili Polaków do transportu na Sybir, na każdej furmance siedział Żyd z karabinem. Matki, żony, dzieci, klękały przed wozami, błagały o litość, pomoc. Ostatni raz dwudziestego czerwca 1941 roku”.

Doszły do tego drastyczne represje przeciw polskiej konspiracji w połowie 1940 roku. W czerwcu 1940 roku NKWD rozbiło w Jedwabnem konspiracyjną organizację, aresztując jej 35 członków. Miesiąc później rozbito Związek Walki Zbrojnej, aresztując 79 osób z Jedwabnego i Białegostoku. Polscy mieszkańcy Jedwabnego dość powszechnie przypisywali wykrycie obu konspiracji żydowskim donosom. Prokurator Monkiewicz mówił w wypowiedzi cytowanej w reportażu Wroniszewskich: „Kiedy w 1939 r. do Jedwabnego przyszli Rosjanie, dla Polaków byli zwykłymi najeźdźcami. Natomiast większość Żydów natychmiast opowiedziała się po stronie władzy radzieckiej. Nie mieli zahamowań przy zmienianiu orzełków na gwiazdy, chętnie brali udział w mityngach. Nastroje antysemickie wzrosły też na pewno, kiedy już przed wkroczeniem Niemców wrócili z łomżyńskiego więzienia ludzie zadenuncjowani przez Żydów”.

PRZEMILCZANE ZBRODNIE

Na tle jednostronnego i tendencyjnego obrazu stosunków polsko-żydowskich prezentowanego przez Grossa, warto przypomnieć o wiele obiektywniejszą próbę podjęcia podobnych tematów zaprezentowaną przez badacza związanego z Żydowskim Instytutem Historycznym – Andrzeja Żbikowskiego. W drukowanym na łamach Biuletynu Żydowskiego Instytutu Historycznego w Polsce artykule (nr 2-3 1992 r.) Żbikowski najpierw opisał przyczyny nasilania się nastrojów niechęci do Żydów na kresach. Pisał m.in. w oparciu o żydowskie świadectwa dotyczące Wilna: „Nieraz Żydzi wyszydzali, a nawet denuncjowali Polaków, głównie byłych żołnierzy (…). Umocniona została żydowska dominacja w handlu, teraz już uspołecznionym, kwitła protekcja i korupcja. Nie inaczej działo się w Grodnie i Białymstoku. Niektórzy autorzy relacji pisali z rozżaleniem o swoich rodakach, że odnieśli się do Polaków lekceważąco i często ich poniżali”.

W innym tekście publikowanym przez Żbikowskiego w „Studiach z dziejów Żydów w Polsce” t. II (wyd. 1995 r., s.64), zacytował on wypowiedź pewnej Żydówki z Wilna, iż: „Za czasów zaś bolszewickich wzmógł się w silnym stopniu prąd antysemicki u Polaków. W dużej mierze ponoszą za to winę Żydzi sami (…). Przy każdej okazji śmieli się z Polaków, wykrzykiwali: już nie wasza Polska, minęły te czasy (…). Żydowscy komuniści igrali z uczuciami patriotycznymi Polaków, denuncjowali ich nielegalne rozmowy, wskazywali polskich oficerów oraz byłych wyższych urzędników, z własnej woli pracowali w NKWD i brali udział w aresztowaniach”.

Przytaczając różne tego typu przykłady, Żbikowski pisał o narastających wśród Polaków i Ukraińców pragnieniach odwetu. Wskazuje również na fakt, że wszystkie bardziej znaczące zajścia antyżydowskie w czerwcu – lipcu 1941 r., po odwrocie wojsk sowieckich (m.in. we Lwowie, Drohobyczu, Tarnopolu) były zawsze wywołane znalezieniem w tamtejszych więzieniach zmasakrowanych zwłok osób zaaresztowanych wcześniej przez NKWD Ukraińców i Polaków. Według Żbikowskiego, w zajściach antyżydowskich jednoznacznie dominowali Ukraińcy. Wymieniając 31 miejscowości, gdzie w czerwcu – lipcu 1941 doszło do zajść antyżydowskich z ofiarami śmiertelnymi, Żbikowski stwierdza, że w 18 przypadkach doszło do takich zajść z udziałem Ukraińców i tylko dwa razy z udziałem Polaków.

Znamienne, że Żbikowski, historyk związany z Żydowskim Instytutem Historycznym, gdzie od 1945 roku znana była relacja Wasersztajna, w ogóle nie uwypukla roli Polaków w mordowaniu Żydów w Jedwabnem, wręcz przeciwnie, pisze, że na temat Jedwabnego informacje są „mało dokładne”. Przypomnijmy raz jeszcze, że według prokuratora Monkiewicza, Polacy odegrali rolę drugorzędną przy paruset policjantach niemieckich, zajmując się głównie eskortowaniem Żydów. Skąd więc ta nagła odkrywczość Grossa próbującego Polaków obciążyć winą za zbrodnię w Jedwabnem, przy świadomym przyjęciu za Wasersztajnem jego pomniejszenia liczby niemieckich policjantów z 232 do 8. Jak widać, wynika to ze specyficznego „zamówienia” na dołożenie Polakom, by stworzyć i umocnić w nich kompleks winy. Tak, aby potem byli dużo „podatniejsi” na zagraniczne naciski w sprawie „odszkodowań za mienie żydowskie”. Przypomnijmy, że dziwnym trafem ciągle atakuje się Polaków, a jakoś ani słowem nie wspomina się o autentycznych licznych pogromach – dokonanych przez Ukraińców na Żydach, o których tyle pisał Żbikowski. Czy dlatego, że dla żydowskich badaczy typu Grossa nie ma żadnego interesu w tej chwili w pokazywaniu prawdy na ten temat?

BEZ DWÓCH MIAR

Obalanie antypolskich zafałszowań Grossa nie oznacza, że mamy w jakimkolwiek stopniu milczeć o przejawach podłości ze strony różnych postaci z polskiego marginesu czy polskich szmalcownikach, którzy zresztą najczęściej działali zarówno przeciwko Żydom, jak i Polakom. Tyle tylko, że w tej sprawie nie może być dwóch miar. Nie można dopuścić do tego, co z taką lubością stosują różni żydowscy autorzy na czele z Grossem, wciąż bijąc się w cudze – polskie piersi, a milcząc o własnych żydowskich „szmalcownikach”. Tych, co wcześniej przez prawie dwa lata po 17 września 1939 wyłapywali i katowali polskich patriotów, a także i o roli wielkiej rzeszy żydowskich policjantów w gettach, którzy z całą bezwzględnością eskortowali na śmierć swoich żydowskich ziomków.

Przypomnijmy, co pisał na ten temat tak wybitny znawca tej problematyki prof. Iwo Cyprian Pogonowski, stwierdzając, iż „każdy żydowski policjant w getcie warszawskim wysłał do komór gazowych Treblinki przeciętnie ponad 2.200 osób. Na Umschlagplatzu w Warszawie policja żydowska dawała strawę w wagonach śmierci, żeby do nich zwabiać wygłodzonych mieszkańców getta. Tragedia żydowska podczas drugiej wojny światowej polegała również na tym, że władze niemieckie dokonały ludobójstwa Żydów głównie żydowskimi rękami”. I to jest właśnie temat szczególnie wstydliwy dla przeważającej części żydowskich autorów, tym chętniej odwracających uwagę od roli żydowskich policjantów i Judenratów przez oszczercze oskarżenia przeciw Polakom.

W społeczeństwie polskim szmalcownicy stanowili margines, natomiast wśród Żydów rekrutowali się spośród elity politycznej i społecznej. Pokazała to tak wymownie największa Żydówka XX wieku, filozof i teoretyk kultury Hannah Arendt w słynnym, acz dość starannie przemilczanym w Polsce w ostatnich latach dziele „Eichmann w Jerozolimie”. Pisząc tam o roli Judenratów w bezwolnym, serwilistycznym wykonywaniu morderczych żądań nazistów Arendt konkludowała: „Dla Żydów rola, jaką przywódcy żydowscy odegrali w unicestwieniu własnego mordu, stanowi niewątpliwie najczarniejszy rozdział całej tej ponurej historii (…) Wszędzie, gdzie żyli Żydzi, istnieli uznani przywódcy żydowscy, i to właśnie oni, niemal bez wyjątku, współdziałali w ten czy inny sposób, z takiej czy innej przyczyny z nazistami. Cała prawda przedstawia się tak, że gdyby naród żydowski był istotnie niezorganizowany i pozbawiony przywództwa, zapanowałby chaos, liczba ofiar z pewnością nie sięgnęłaby 4,5 do 6 milionów ludzi”. Arendt powołała się przy tym na oceny sugerujące, że gdyby nie trzymano się zaleceń Judenratów, z powyższej liczby Żydów mogłaby się uratować mniej więcej połowa.

WYJAŚNIĆ „BIAŁE PLAMY”

Jestem za tym, by wyjaśniona została bez niedomówień cała prawda o dokonanej w Jedwabnem zbrodni niemieckiej na Żydach, także i ewentualnego udziału grupy miejscowych Polaków w zbrodni. Powinien być odsłonięty każdy ewentualny, dowiedziony przypadek aktywnego uczestnictwa poszczególnych Polaków w tej zbrodni. Podstawową rzeczą musi być tu jednak oparcie się na ścisłych faktach, a nie na fantasmagoriach typu relacja Szmula Wasersztajna. (Znamienny jest fakt, że ostatnio pojawiło się w Internecie szereg innych żydowskich relacji atakujących Polaków w Jedwabnem. Podobnie jak Wasersztajn relacje te ogromnie zaniżają liczbę niemieckich policjantów skierowanych do akcji przeciwko Żydom lub wręcz milczą o ich działaniach).

Równocześnie wreszcie musi zostać wyjaśniona do końca sprawa niezliczonych zbrodni popełnionych na Polakach w latach 1939-1941.

Musimy wyjaśnić sprawę masowych zbrodni na Polakach popełnionych w więzieniu w Tarnopolu w czerwcu 1941 roku. W książce księdza Wacława Szetelnickiego pisano po imieniu o udziale trzech Żydów z Tremboli: Kramera, Dawida Kźmmela i Dawida Rosenberga w mordowaniu polskich więźniów.

Musimy wyjaśnić sprawę udziału zbolszewizowanych Żydów w innych masowych mordach na polskich więźniach popełnionych w czerwcu – lipcu 1941 roku, m.in. w Łucku, Oszmianie, Czortkowie, okolicach Brańska, Wołożynie. Na przykład w książce „Zbrodnicza ewakuacja więzień i aresztów NKWD na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej w czerwcu – lipcu 1941” pisano między innymi o udziale zbolszewizowanych Żydów w mordowaniu więźniów w Łucku, Oszmianie i Wołożynie. W książce tej wymieniono po imieniu niektóre osoby narodowości żydowskiej pełniące służbę w więzieniach, gdzie popełniono masakry, między innymi wyróżniające się w „strzelaniu do więźniów” dwie Żydówki z Łucka (Blumenkranz i Spiglówna).

Musimy do końca wyjaśnić sprawę odpowiedzialności za Zbrodnię Katyńską niektórych wysokich funkcjonariuszy NKWD typu generała Rajchmana. Notabene, byli odpowiedzialni również za zamordowanie w Katyniu dużej grupy oficerów pochodzenia żydowskiego. Zamordowano ich jednak za to, że czuli się polskimi oficerami, polskimi patriotami.

Musimy wyjaśnić do końca sprawę zabójstwa ośmiu polskich dominikanów przez Żydów – enkawudzistów w Czortkowie, opisaną przez księdza Zygmunta Mazura. Musimy wyjaśnić sprawę zamordowania na Politechnice Lwowskiej pod zarzutami antysemityzmu kilku tamtejszych działaczy studenckich (sprawa została opisana w monografii dziejów Politechniki Lwowskiej przez dr hab. Zbysława Popławskiego.

Musimy wyjaśnić sprawę zamordowania przez zbolszewizowanych Żydów dwunastu oficerów polskich w Grabowcu, opisaną przez polonijnego autora profesora Tadeusza Piotrowskiego w książce „PolandŐs Holokaust”. Musimy wyjaśnić sprawę zbrodni żydowsko-białoruskiej czerwonej milicji na grupie oficerów i żołnierzy KOP-u w Berdówce, o której pisał Kazimierz Krajewski w monografii AK na ziemi nowogródzkiej. Tego typu spraw, tego typu zbrodni popełnionych przy udziale zbolszewizowanych Żydów jest dużo więcej i czekają na ostateczne wyjaśnienie i pokazanie winnych (m.in. na Polkach w Zamościu, Chełmie, Kołkach, Grodnie, etc.)

Wymaga wyjaśnienia do końca rola zbolszewizowanych Żydów w strzelaniu zza węgła i mordowaniu Polaków: wojskowych i cywilów podczas różnych prób prosowieckich dywersji zbrojnych we wrześniu 1939 roku na Kresach (najgłośniejsza w Grodnie). Niektórzy autorzy żydowscy próbują tłumaczyć masowy udział Żydów w kolaboracji z sowietami ich strachem przed Niemcami. Żaden tego typu strach nie może wytłumaczyć podstępnych strzałów z ukrycia do żołnierzy armii polskiej, jedynej wówczas armii walczącej zbrojnie z nazistami w Europie.

Musimy wyjaśnić sprawę ogromnej ilości donosów wymierzonych w Polaków, rolę zbolszewizowanych Żydów w wyłapywaniu polskich oficerów, urzędników, nauczycieli, etc. Przypomnijmy, że na temat fali donosów tego typu raportował już kurier Jan Karski w lutym 1940 roku. Ppłk, później generał Nikodem Sulik pisał w lutym 1941 r., że wileńscy Żydzi są dla NKWD „nieocenionym wprost biczem przeciwko ludności polskiej”. Żydowski autor Harvey Sarner pisał, że większość schwytanych przy współudziale Żydów polskich oficerów „była później stracona przez sowietów w Katyniu i innych miejscach”.

Przypomnijmy, że ks. biskup Wincenty Urban pisał, że to dziełem Żydów „po największej części były rożne donosy na ludzi oraz oskarżenia”. Musimy wyjaśnić rolę zbolszewizowanych Żydów w grabieży polskiego mienia, w tym mienia kościelnego, w depolonizacji szkolnictwa, w walce z religią i Kościołem. Takich spraw do wyjaśnienia z okresu lat 1939-1941 jest bardzo wiele. Obecnie przygotowuję dużo obszerniejszą niż „Przemilczane zbrodnie” blisko 500-stronicową książkę na te tematy, ale i tak obejmie ona tylko cząstkę problemów tego tak ważnego okresu, czasów „polskiego holokaustu”, kiedy to Polacy byli pierwszym narodem najokrutniej prześladowanym w dobie wojny. Wszak Katyń, Ostaszków, Starobielsk były na długo przed zmasowanymi mordami w Oświęcimiu. Podobnie jak deportacje ponad miliona Polaków na Syberię.

Apeluję do historyków, aby dużo mocniej zajęli się historią tamtych lat i pokazali prawdziwie głębokie i skomplikowane uwarunkowania, które rzutowały później na stosunki polsko-żydowskie. Aby uniemożliwić zniekształcenia i manipulacje typu najnowszych tekstów Jana Tomasza Grossa et consortes.

prof. Jerzy Robert Nowak, Nasz Dziennik, 2000-05-13

Podobne wpisy:

Komentuj