Między życiem a śmiercią. Wspomina Ewa Szwed

W niedzielę 28 sierpnia 1943 roku poszłam na nieszpory do kościoła, a następnie do Marcelki Muzyki dowiedzieć się czy ona wróciła ze szpitala w Lubomlu i co słychać, bo tak się coś szykuje na wsi (Ostrówki) ; dziew­częta drą bandaże z koszul i prześcieradeł, ludzie się zbiegają jednym sło­wem, takte szamotochy. Jak poszłam do tej Marcyni, ona mówi – nocujcie u mnie, jutro pójdziem na mszę, wyspowiadamy się, bo to już będzie nasz ostatni tydzień. I tak my się pokładli spać. Noc ciepła, gadamy, gadamy. Już świta, wszyscy śpią. Chłopcy nasi pochowali te trochę broni.

Rankiem cała zgraja ukraińska napadła na nas. Ludzie zaczęli uciekać w pole. Jak szłam do swego domu, to czujka ukraińska, która leżała za cmentarzem, mnie zawróciła. Niektórzy nasi zaczęli uciekać furami. Ja uciekałam w tę stronę za kościół, a od strony kościoła szedł czarny tłum, dzicz zbrojna i niezbrojna. Każdy miał coś w ręku: siekierę, kosę… Ja skry­łam się w kępę zboża, a Kaziuni Helenka z córką też. Znaleźli nas i zabrali do kościoła, gdzie spędzili dużo ludzi. My byliśmy koło szkoły. Chłopców oddzielili do Ilka na podwórze, jamy wykopali, tam pobili i zakopali, a nas zagnali do kościoła. U Ilka w studni utopili księdza Stanisława Dobrzańskie­go. To był ksiądz, anioł dobroci, wielki człowiek. Innych ludzi też topili żyw­cem. W rowie też zakopali pobitych: jeden rów jest u Ilka, u Marcinka drugi. Dzisiaj chociaż niedowidzam, to bym pokazała, gdzie te rowy. Przez te 25 lat Polski (okres międzywojenny) myśmy traktowali ich jak ludzi, dawali, co mieli, a oni nam kule w łeb. W kościele ludzie płakali, krzyczeli, dzieci piszczały. Ludzie składali śluby, że piechotą pójdziemy do Częstochowy.

Zaczęło coś szumieć, myśleliśmy, że kościół się pali. Kościół odemknęli, katy ręce pozakasali i zaczęli ludzi wywlekać ze środka. Jak nas już wygnali z tego kościoła, to pognali aż pod Sokół, swoją wieś. Było nas Ok. 550 osób z Ostrówek i Woli Ostrowieckiej. Z Woli kobiety i dzieci wjechały do Ostró­wek w niedzielę 29 sierpnia. Chłopów pomordowali wcześniej. W kościele wszyscy się zaczęli szykować na śmierć, żegnać, całować. Jak zaczęli drzwi otwierać i wypędzać ludzi, ja myślałam, że będą palić kościół. Położyłam się tam na grobie Pana Jezusa przy ołtarzu i tak sobie pomyślałam – Jezu Ty w grobie i ja do grobu, i w tej chwili zasłona z grobu spadła mi na głowę. Nie wiedziałam jak zamknąć tę zasłonę. Helenka Paszczykowa mówi, że tam jest taka zaszczepka. Ja szukam i nie mogę znaleźć. Oprawca szedł i za­czął ludzi wypędzać. Doszedł do mnie. Wzięłam z ołtarza podpórkę pod mszał i podparłam zasłonę. Wstałam i mówię do Matki Boskiej Często­chowskiej – Matko Najświętsza, gdzie moje dzieci? Jak już mamy ginąć to razem. Dzieci w domu, tam juź pewnie pobite, a ja tutaj. O Boże, co ja prze­żyłam!

Jak już nas tam zapędzili, to nikt nie płakał. Brali po dziesięciu i jeden strzelał. Kazali się kłaść twarzą do ziemi. Oni strzelali kulami rozrywający­mi. Obok mnie byli Michalina Wawrzykowa i jej chłopak. Jak się położyłam mówiłam taką modlitewkę – Święta Barbaro, święty patronie, oddaj moją duszę w Trójcy Jedynemu i Święta Barbaro w Świętym Sakramencie, pro­szę Cię, ratuj w ostatnim momencie, a gdy ja będę umierała, oddaj moją duszę Jezusowi w ręce – w tym momencie strzelił do mnie.

Zanim zaczęli nas mordować, to ja do tych Ukraińców tak mówiłam – niech wam łuska z oka zejdzie, bo nas wszystkich nie wybijecie. Zagranicą jest Polaków dużo. Wybije wasza godzina, to się nad wami zemszczą. Je­den mi odpowiada – „Ty ich baczyty nie budesz” A ja do niego – zabij mnie choć dobrze, żebym się nie męczyła. Jak się położyłam kula przeszła przeze mnie i oczy mi zasypała (strzał był w plecy, kula przeszyła bok i palec u rę­ki). Ktoś przyszedł i kopnął mnie kilka razy i powiedział, że zabita. Ja żyłam, leżałam dłuższy czas. Po pewnym czasie oni zagwizdali i poszli. Usłysza­łam, że ktoś rozmawia. Początkowo myślałam, że ktoś z nich został. Pod­niosłam głowę: słońce świeci, piękny świat! Patrzę na dolinę, ludzie leżą. Klerykowej Marcelki dwie dziewczyny Lucia i Jadzia, obie trzymały pod ręce braci. Marcelka miała roztrzaskaną głowę, Lucia miała ranioną głowę, Ja­dzia nic. Jadzia mówi – matko, tędy do Lubomla! One wzięły się za ręce, a ja przez krew ludzi przeszłam, obmyłam się w wodzie. Usiadłam i nie wiem, co robić; czy iść do domu, czy do Jagodzina? Ale Anioł Stróż mówi, że do Jagodzina.

Wola się paliła, dym. Po drodze spotkałam staruszka Ulewicza. Pyta się „a kto Ewciu został?”. Ja mu mówię, że Kleryków Marcelki dziewczyny. Po­całowaliśmy się, on nabił fajkę i pyta się „gdzie ty pójdziesz?”. Ja – do Jago­dzina. „A ja – mówi – do księdza z brzezinki. Posiedzę tam, bo mam zakopa­ne pod pasieką pieniądze. Jak zabiorę, to będę miał na chleb.” On poszedł, a ja tędy na łąkę koło cmentarza. Patrzę, leci trzech naszych, co uciekli z Woli, mówią – „matko, już naszych wszystkich pobili w szkole”. Po drodze spotkałam Strażyca.

Przyjechałam do Jagodzina, tam na stacji wojsko mnie obandażowało. Niemcy przywieźli mnie do Dorohuska. Doktór Wadowski wziął mnie do siebie, leczył. Byłam zrozpaczona. Chciałam i siebie i Stasię (8 lat) utopić w Bugu. Zbliżała się zima. Byłam goła i bez dachu nad głową. Pomógł mi lekarz Wadowski.

Pod Sokołem ocalało kilka osób: Ewa Szwed, Czesław Lubczyński, Czesław Wasiuk, Wiesia. O tym mówić, to rana się otwiera…

Źródło: Stanisław Biskupski, „Świadkowie mówią”, Warszawa, 1996

Komentuj