Mord w Chrynowie

Tadeusz Opała urodził się w 1932 roku w Oktawinie – miejscowości odległej od Włodzimierza Wołyńskiego o 6 km. Od miasteczka tego oddzielały go dwie wsie: Szustów i Uryczów.

– Moi rodzice Andrzej i Bronisława byli rolnikami – wspomina – Mama pochodziła z Mienian w hrubieszowskim, a ojciec z rodziny od pokoleń zasiedziałej w Oktawinie. Ich gospodarstwo, liczyło łącznie 11 hektarów ziemi i jak na wołyńskie warunki było raczej średnim. Oprócz mnie rodzice mieli jeszcze dwóch synów, czyli moich braci starszego Wacława urodzonego w 1929 r. i młodszego Kazimierza, który przyszedł na świat w 1937 r. W 1939 r. miałem pójść do szkoły w Oktawinie, ale nie zdążyłem. Wybuchła wojna i do Oktawina wkroczyli Sowieci. Pamiętam to wydarzenie, bo bardzo się przestraszyłem. Na nasze podwórko wpadł sowiecki sołdat w szynelu, z bagnetem na karabinie i skoczył do matki, która akurat była na podwórku i oskarżył ją, że ukrywa u siebie w stodole polskiego żołnierza. Gdy ta zaprzeczyła wszedł do stodoły i zaczął dźgać bagnetem snopki słomy, które wydały mu się podejrzane. Ostatecznie nic nie znalazł, bo w stodole nikogo nie było. Sowieci szybko wzięli wszystko „za mordę” o czym ja od razu się przekonałem. W 1939 r. otwarli w Oktawinie szkołę z ukraińskim językiem nauczania. Było to o tyle dziwne, że była to wieś polska. Wśród 70 gospodarstw, zaledwie cztery należały do Ukraińców. Sowieci od początku popierali Ukraińców, choć ci wówczas jeszcze nie byli górą. Władze sowieckie szybko zaczęły też usuwać ze wsi niepożądany dla siebie element.

Mord w Chrynowie

Chrynów. Ze zbiorów Archiwum Map WIG (Generalkarte von Mitteleuropa – 1913 r.)

Następni będą kułacy

– Na pierwszy ogień poszły rodziny osadników wojskowych, których kilka mieszkało w naszej wiosce. Później zaczęło się mówić, że następni będą kułacy. W tej kategorii mieścili się w Oktawinie prawie wszyscy. Nasza rodzina też przygotowywała się do wywózki. Pamiętam, że mam piekła chleb i suszyła go w pięciu na suchary, które następnie gromadziła w worku. Ja z bratem nie bardzo jeszcze zdawaliśmy sobie sprawę, co to znaczy wywózka na Sybir. Zazdrościliśmy nawet tym, których wywieźli, że przejechali się pociągiem a my nie. Po wkroczeniu Niemców, Ukraińcy od razu zaczęli podnosić głowę okazując nienawiść do Polaków. Sam odczułem ją już w 1942 r., kiedy z kolegami kolędowaliśmy z Herodem po wiosce w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Ja w tej grupie byłem najmłodszy. Na końcu szliśmy do Barańskich, w domu których były dwie panny. Często przyjeżdżali do nich ukraińscy policjanci. Gdy my zbliżaliśmy się do nich oni za nami przyjechali. Nagle za sobą usłyszeliśmy – styj! – styj!- a po chwili wystrzały i świst kul. Zaczęli do nas strzelać! Na szczęście nie trafili! Koledzy rozbiegali się. Mnie maska, którą miałem na głowie opadła na oczy i straciłem orientację. Nie wiedziałam co się dzieje. Nagle otrzymałem cios w głowę i straciłem przytomność. Dopiero następnego dnia odzyskałem świadomość. Okazało się, że ukraiński policjant uderzył mnie pałką w głowę. Mama, która całą noc czuwała przy mnie, nie wiedząc czy przeżyję, rano poszła ze skargą do komendanta posterunku. Nie mieściło jej się w głowie, by dziecko można było tak zbić. Ten słysząc jej pretensje kopnął ją dwa razy tak, że wróciła z butami pełnymi krwi! Ojciec tylko pokiwał głową i powiedział – nie trza było iść! Nie wiesz, że oni nienawidzą Polaków! Wiosną 1943 r. do Oktawina docierały już informacje o mordach dokonywanych przez Ukraińców na Polakach. Wkrótce i u nas zdarzył się pierwszy.

Wstrząsnęła Oktawinem

– Ukraińcy wywlekli z domu Polaka – Ignacego Nieradkę, byłego organistę i patriotę. Przywiązali go do drzewa rozebrali a pod nim rozpalili ognisko. Ten biedny człowiek upiekł się żywcem. Jego syna Eugeniusza Ukraińcy zastrzelili. Zbrodnia ta wstrząsnęła Oktawinem. Od tej pory nikt nie mógł mieć wątpliwości, co może czekać ich z rąk Ukraińców. Polacy zaczęli wystawiać warty. Mój ojciec też na nie chodził. Brał wtedy siekierę za pas i szedł z innymi. W Oktawinie powstała także niewielka grupa samoobrony mająca kilka sztuk broni palnej. Na jej czele stał niejaki Dorociński. Przed lipca 11 lipca po wsi jeździły ukraińskie patrole. Bardzo łatwo było je rozpoznać. Poruszały się bowiem na rowerach. Polacy rowerów nie mieli. W 1941 r. Niemcy polecili Polakom zdać rowery. W związku z tym policja ukraińska poodbierała rowery Polakom i porozdawała je Ukraińcom… Główne uderzenie spadło na nas 11 lipca 1943 r. Rano sąsiad – Wróblewski przyszedł do nas wziął za rękę mojego młodszego brata i udał się na Mszę św. do kościoła w Chrynowie. Droga do niego wiodła przez las. Na jego skraju stał jakiś człowiek, który po ukraińsku ostrzegł Wróblewskiego – nie idzie do kościoła, bo będzie źle! – Nie wiadomo, czy był to Polak czy Ukrainiec, Wróblewski mówił, że raczej Polak niż Ukrainiec, tylko mówił po Ukraińsku, ale to nieważne. Wróblewski go posłuchał i wrócił do domu. Dzięki temu, ani on ani mój brat nie zginęli. Gdy znaleźli się na naszym podwórku w Chrynowie rozległa się strzelanina. To Ukraińcy napadli na tamtejszy kościół. Grupa mężczyzn z Oktawiana w tym mój ojciec konno udała się do Chrynowa żeby zobaczyć co tam się stało. Byli uzbrojeni, co każdy miał pod ręką. Gdy dotarli na miejsce zobaczyli po obu stronach kościoła płytkie mogiły, w których oprawcy chcąc zatrzeć po sobie ślady usiłowali pogrzebać ofiary. W pewnej odległości od świątyni leżały również zwłoki osób które próbowały uciekać nie zdążyły. Wśród zabitych był też ksiądz Jan Kotwicki.

Bohaterski kapłan

– Był to ksiądz, który pracował w Chrynowie bardzo krótko. Proboszczem tej parafii został wiosną 1942 r. Wcześniej, jak się później dowiedziałem, pracował w diecezji żytomierskiej. W czasach sowieckich aresztowano go, a później w ramach wymiany więźniów wypuszczono do Polski, gdzie posługiwał w diecezji Łuckiej, w kilku parafiach. W czasie napadu na kościół w Chrynowie zachował się bardzo dzielnie. Mógł uciec, ale postanowił zostać z wiernymi i dzielić ich los. Po Mszy św., gdy upowcy zawracali ludzi, którzy już wyszli ze świątyni, by do niej wrócili, po księdza przybiegła jedna z mieszkanek, by przyszedł do jej umierającego męża. Ksiądz wziął wiatyk i z ministrantem ruszył do parafianina. Ukraińcy nie chcieli go przepuścić. Zapewnił ich jednak, że wrócą i ci go puścili. Nie musiał przecież wracać, tylko się ukryć, zwłaszcza że Ukraińcy szczegółowo Polaków nie szukali. Ksiądz postanowił jednak wrócić, by odprawić następną Mszę św. Gdy ją zaczął odprawiać Ukraińcy ustawili przed drzwiami świątyni karabin maszynowy i otwarli ogień w tłum ludzi. Łącznie w samym kościele zginęło jakieś 150 osób. Całą niedzielę mieszkańcy Oktawina uzbrojeni w widły, cepy i trochę broni palnej czekali na napad UPA, ale ten nie nastąpił. Nocą całą rodziną poszliśmy spać w żyta. Raniutko o pierwszym brzasku przystąpiliśmy do pakowania na wóz, co tylko się dało i razem z innymi gospodarzami ruszyliśmy w kolumnie wozów w stronę Włodzimierza. Wraz z nami udali się uciekinierzy z innych kolonii, którzy przez całą niedzielę szukali schronienia w Oktawianie. Przez Uryczów i Szustów dotarliśmy do Włodzimierza. Ukraińcy nas obserwowali, ale nie zaatakowali. Bali się, że mamy broń. Przed wojną w Oktawinie istniał koło „Krakusów” czyli paramilitarnej organizacji kontynuującej tradycje „Strzelca”. O tym, że byliśmy świadczy następujący fakt. Pamiętam, że jedna z gospodyń przypomniała sobie, że nie nakarmiła prosiaka. – Wrócę się i go nakarmię, a potem was dogonię.- powiedziała. – Skierowała się z powrotem do wsi i za jakiś moment usłyszeliśmy strzał.

Wyprawy po żywność

– Gospodyni tej już nikt później nie widział. We Włodzimierzu zamieszkaliśmy u pana Duchnika na ul. Uściułuskiej, przy samych koszarach. Tuż po przybyciu wzięliśmy udział w pochówku księdza Kotwickiego. 14 lipca 1943 r. siostra księdza z kilkoma kobietami pojechały do Chrynowa i przywiozły do Włodzimierza jego zwłoki na wozie wyścielanym słomą. Wyglądały strasznie. Ksiądz miał odstrzeloną twarz. Gdy go zaniesiono do mogiły spaliłem słomę na której leżał. Było na niej sporo krwi i ojciec kazał mi ją spalić, uważał bowiem, że nikt nie powinien po niej deptać. Kilka dni później Ukraińcy spalili w Chrynowie polskie zabudowania z kościołem na czele. Jeszcze wcześniej bo już 14 lipca puścili z dymem Oktawin, plądrując wcześniej wszystkie gospodarstwa. Moim głównym zajęciem we Włodzimierzu stało się pasienie krowy, z czym były niestety problemy, bo należało daleko chodzić na pastwiska. Ojciec z końmi jeździł z utworzoną we Włodzimierzu polską żandarmerią na wyprawy do opuszczonych polskich wsi po żywność. Żandarmeria chroniła teren a chłopi robili kopanie ziemniaków czy sianokosy, lub zabierali z chat ukrytą żywność. We Włodzimierzu koczowały tłumy uciekinierów z mordowanych polskich wsi, których trzeba było nakarmić. Żyliśmy tak do późnej jesieni 1943 r. Ja chcąc ulżyć rodzicom zacząłem handlować papierosami. Kupowałem je taniej od skośnookich Żołnierzy z takiego oddziału, w brązowych mundurach skupiającego chyba Tatarów służących Niemcom i sprzedawałem z zarobkiem Madziarom. Z konspiracją miałem tylko luźne kontakty ze względu na wiek.

Granaty za papierosy

– Współpracował z nią jeden z moich starszych sąsiadów – Zygmunt Kosnowicz, który należał do bielińskiej konspiracji. Poprosił on mnie o pomoc w zdobyciu sowieckiej amunicji, której w koszarach były duże zapasy, a na Bielinie jej brakowało. Wiedział on, że w koszarach pracuje mój wujek, który poszedł tam do roboty, żeby uniknąć wywózki do Niemiec. Pogadał z nimi a on wynalazł sposób na przemycanie amunicji poza koszary. Załatwił mi zgodę, bym mógł grabić na terenie koszar liście spadające z drzew. Wytłumaczył komu trzeba, że mamy krowę i parę koni i potrzebne są nam liście na ściółkę. Chodziłem więc z grabiami i workiem grabić te liście. Wujek zaś ukradkiem wrzucał mi jedno opakowanie radzieckiej amunicji. Zawierało ono 25 naboi. Od niemieckich różniły się one szerszym denkiem w kryzysie. Parę razy udało mi się przemycić naboje z koszar i oddać je Zygmuntowi Kosnowiczowi. Wartownicy nie zwracali na mnie większej uwagi. Pierwszy raz najadłem się jednak sporo strachu. Było to po pierwszych przymrozkach i woda w kałużach zamarzła i można się było na nich ślizgać. Wartownik przy bramie stał właśnie przy dużej kałuży ściętej lodem. Wychodząc z nim z workiem liści na plecach, przejechałem się po niej jak na łyżwach, wykorzystując fakt, że miałem podkute buty. Gdy byłem już przy bramie usłyszałem nagle słowo – halt!- Myślałem, że Niemiec chce mnie zrewidować. Już przed oczami miałem jego łapę, którą wsadza do worka z liśćmi i znajduje te naboje. On zaś ani myślał mnie rewidować. Uśmiechnął się i ręką pokazał, że mogę się przejechać po lodzie jeszcze raz. Chciał dziecku zrobić przyjemność. Odetchnąłem i później już się nie bałem. Jak handlowałem papierosami z Węgrami, to za paczkę papierosów udało mi się wytargować od nich plecak pełny granatów. Tak jak amunicja za pośrednictwem Kosnowicza trafiły na Bielin. Najpierw oczywiście przyniosłem je do domu. Jak ojciec je zobaczył to się przeraził. Kazał natychmiast, zabierać je z domu, bo za ich posiadanie Niemcy od razu rozstrzeliwali. W tamtych czasach ludzie często ocierali się o śmierć. Jak zapamiętałem nauczyli się z nią żyć. Na głównym placu we Włodzimierzu obok kina i dwóch kościołów Niemcy ustawili szubienicę, na której od czasu do czasu wieszali więźniów przywiezionych z miejscowego więzienia. Nie zdejmowali ich ciał od razu. Wisieli oni na sznurach przez kilka dni z tablicami na piersiach, na których był napis, że taki los spotka każdego sprzeciwiającego się władzy niemieckiej.

Mordercy spod Uściługa

– Ludzie początkowo się bali, ale wkrótce się przyzwyczaili i na szubienicę nie zwracali uwagi. Późną jesienią w 1943 r. atmosfera w miasteczku stawała się coraz bardziej napięta i ojciec uznał, że dłużej tu zostać nie możemy i musimy albo przedostać się na drugą stronę Bugu albo iść na Bielin pod opiekę partyzantów. Przejście na drugą stronę granicy nie było łatwe. Pod Uściługiem stała banda UPA, która tylko czekała, na Polaków, chcących się przedostać na drugą stronę. Wielu Polaków, którzy samodzielnie wybrali się w tą drogę traciło życie i resztki majątku. Ojciec dogadał się z Madziarami, którzy pomogli nam się przeprawić przez Bug w węgierskim taborze. W grudniu 1943 r. pojechaliśmy do Hrubieszowa. Nasze konie ciągnęły samochód, w którym jechał dowódca konwoju. Krowa była załadowana na jakiś wóz. Ukraińcy nic już nam nie mogli zrobić, bo bali się Madziarów. W nocy dotarliśmy do Rogalina, gdzie przenocowaliśmy u jakiegoś gospodarza. Przyjął on nasze konie i krowę do obory a nas do izby. Przyniósł ze stodoły dwa snopki słomy, które rozłożył na podłodze i mieliśmy gdzie spać. Pamiętam, że słoma była strasznie lodowata, ale zmęczeni usnęliśmy natychmiast. Rano pojechaliśmy do Hrubieszowa do siostry mamy. Miała ona mały domek, ale jakoś się w nim pomieściliśmy. Mieszkaliśmy tak do wiosny 1944 r. wtedy to ojciec uznał, że dłużej nie ma tu co siedzieć tylko trzeba jechać dalej, bo tu mogą nas też zamordować. Wokół Hrubieszowa dalej grasowały bandy UPA, które chciały przeprowadzić czystkę etniczną również po tej stronie Bugu. Nocami płonęły wsie, słychać było strzelaninę. Całą południową część powiatu hrubieszowskiego kontrolowała UPA z kurenia Jahody, przerzuconego w te strony z Wołynia. Pojechaliśmy do Sioszczyt – miejscowości za Wieprzem, gdzie zastało nas wkroczenie wojsk sowieckich. […]

Marek A. Koprowski
kresy.pl

Podobne wpisy:

Komentuj