Mord w stodole. Relacje Władysława Soroki

W poniedziałek rano 30 sierpnia 1943 r. przyszedł do mnie syn. Wkrót­ce przyszło do mego domu dwóch Ukraińców. My wcześniej pochowaliśmy świąteczne ubrania, buty pod podłogę i w drzewo kożuchy. Jeden z bandytów zapytał się: „nyma bilsze nykoho ?” – i zabrał nas: mnie, żonę i syna na zebranie do szkoły. Był tam sam ich przedstawiciel, tylko s…syn chytry był, stał za szkołą przy płocie. Przy pasie miał pistolet i szablę. Na placu by­ło już dużo ludzi: kobiety, dzieci, starcy, mężczyźni. Pełne były dwie duże sale w szkole i plac przed szkołą – w sumie około 300 osób, ale jeszcze ciąg­le spędzali. Ten ich przedstawiciel powiada: „ot, nasz komandir przyjedzie za piwhodyny i was pouczy”. Delikatnie, cholera, bo to wszystko chłopy byli! Wszystko w kawalerii służyli „Tylko nie szlać się po placu – mówi – zajdźcie do szkoły”.

No więc wszyscy idą do szkoły na zebranie. Ale co się robi… Jak tylko zaszliśmy do szkoły, to zaraz wszystkie okna zostały obstawione przez Ukraińców. Niebawem wzięli czterech mężczyzn na „badanie”, za chwilę drugich czterech, potem trzecią i czwartą czwórkę mężczyzn. Nikt nie wra­cał z „badania”, strzału żadnego jednak słychać nie było. Zauważyłem jed­nego oprawcę z siekierą taką krótką do rąbania gałązek. Dalej za domem stało ich dużo, tylko się ukrywali, żeby ludzie nie zorientowali się o co cho­dzi. Piąty raz wzięli dziesięć osób, szósty raz znów dziesięć, siódmy raz wzięli i mnie na „badanie”. Obstawili nas dookoła i mówią: oddajcie broń, zegarki, bo jak dostaniecie w skórę, to i tak będziecie musieli oddać. My mówimy, że nie mamy ani broni, ani zegarków. Doszliśmy do budynków Strażyca. Ja patrzę, stodoła u Strażyca była na dwa klepiska, jedne drzwi były zamknięte, jedne otwarte. Obok drzwi obory też otwarte. Patrzę dalej, a tam na pole widać drzwi z tyłu stodoły pootwierane. My podeszliśmy z pięć może mniej metrów i jeden z nich krzyknął: „siadać i rozbierać się”. Wszyscy posiadali. Kto się rozebrał, to zabierali za te zamknięte drzwi. Tam za drzwiami był wykopany rów i z klepiska prosto do rowu. Zabijali siekie­rami. Podeszli do mnie: „rozbieraj się!“. Miałem na sobie porwaną koszulę i spodnie, świąteczne ubranie zostawiłem specjalnie w domu. Rozbierali z butów, ubrania; zostawiając w koszuli i kalesonach. Jeden z nich mówi: „puszczaj chaj ide”. Gdy wszedłem za drzwi, na lewo zobaczyłem kupę ubrań, na prawo zaś butów. Cofnąłem się. „Niet, met, nie tudy, tudy” – mówi jeden i pchnął mnie lekko do przodu. Tok był obstawiony. Uderzali siekierą i do dołu. Jak on mnie pchnął, to ja między nimi i w pole! Ten lucyper co stał nad nimi krzyknął: „strilaj!”. Padł pojedynczy strzał. Nie trafił mnie. Na­stępnie z karabinu maszynowego dostałem serię w pośladki i w nogi z od­ległości kilku czy kilkunastu metrów. Z bólu aż przysiadłem. Zaczęły się krzaki, ciągle uciekałem, bez przerwy też strzelali. Kule gwizdały mi nad głową strącając gałązki. Gdy dobiegłem do Przychodka (nazwa łąki) dosta­łem kulę w ramię. Skończyły się krzaki, zaczął się odkryty teren, rów z wodą i druty kolczaste – ogrodzenie. Zaczepiłem się paskiem na drutach, pasek zostawiłem. Chciałem schować się na Jaśkach (nazwa łąki), lecz zobaczy­łem, że dwóch upowców ściga mnie nadal i strzela do mnie. Chciałem do­biec do Ludwika, ale tam mogli mnie złapać. Przeskoczyłem kładkę i skie­rowałem się na Rogową Niwę (nazwa pastwiska), jeden kilometr długości. Tam dostałem kulę w pierś. Uciekałem takim zygzakiem cały czas, aż do­biegłem do lasu. Do mieszkań nie uciekałem, bo tam mogli być i rabować. Jak dobiegłem do lasu, to przestali strzelać. Nie oglądałem się. Bałem się. Tak zawzięcie strzelali, bo nie chcieli, żeby pozostał świadek ich mordów.

Smulska Marianna, córka „Hrabinki” ocalała ze stodoły. Witia opowiada­ła, że z kolonii przypędzali ludzi do stodoły, bo w szkole już nie było miejsca. Widziała jak w ostatniej dziesiątce pędzili na śmierć Jana Szweda (mego dziadka) i Antoniego Smulskiego.

Jak dobiegłem do lasu, przeleżałem całą noc bez przytomności. Rano obudziłem się w kałuży krwi. Potem spotkałem Walczaka, Juliana Szweda i Karolinę Szwed, która porwała chustkę z głowy i przewiązała mi ramię. Krew ciągle mi leciała. Przez jakiś czas szedłem razem z nimi. Bolały mnie ręka i noga. Oni mnie zostawili. Doszedłem do Równa. We wsi nikogo nie było. Sam nie wiedziałem dokąd idę. Zaszedłem do Antona (ogrodnik) i do Giecyka. Wołałem, ale nikt nie odpowiadał. Nagle zobaczyłem babę z drą­giem. Zapytałem gdzie Giecyk i poprosiłem o wodę. Gdy ona poszła, zdjął mnie wielki strach. Zacząłem uciekać na łęgi. W olszynie odpocząłem – przewróciłem się. Przez przestrzelone płuca uciekało mi powietrze. Poleżałem, zrobił się dzień, poczułem się silniejszy i zacząłem wstawać. Koszula i kalesony były całe we krwi, jeden wielki skrzep. Próbowałem, ale nie mog­łem wstać. Podczołgalem się do krzaka, chwyciłem go zdrową ręką i za któ­rąś próbą wstałem na nogi. Doszedłem do Buga.

Gdy chłopy na placu chciały się bronić, to Kacper Oleśko był przeciwny, mówił, że jak będziemy uciekać, to nas pozabijają a tak to nas pobadają i puszczą.

Do Bugu podwiózł mnie Buszko. Z drugiej strony przypłynęło łódką dwóch chtopaków i zabrało mnie do doktora Stępkowskiego. Maria z Równa dała mi koszulę, kalesony, przebrała mnie. Zawieziono mnie do Chełma, do szpitala.

W szkole zginęła moja żona. Po roku 1944 byłem na Woli i w Ostrów­kach. W studni były jeszcze trupy ludzkie. Bandyci zabili mi trzech synów i żonę. Mnie i matkę ciężko ranili.

Źródło: Stanisław Biskupski, „Świadkowie mówią”, Warszawa, 1996

Podobne wpisy:

Komentuj