Największa tajemnica III RP

Polska staje się prawdziwym fenomenem i to nawet nie w skali europejskiej, a światowej. Chodzi o to, że w Polsce nic się nie opłaca. Nie opłaca się na przykład wydobywać węgla. Nie opłaca się wytapiać stali. Nie opłaca się budować statków, a nawet produkować samochodów. Nie opłaca się hodować bydła, ani świń, ani owiec, nie opłaca się produkować owoców i warzyw. Nie opłaca się utrzymywać lasów, a nawet – co jest ewenementem w skali światowej – ziemi ornej. Najlepszym tego dowodem jest pozbywanie się tego wszystkiego przez naszych Umiłowanych Przywódców, którzy oczywiście działają na zlecenie swoich nadzorców z bezpieki, którzy porobili z nich ludzi, zaś nadzorcy z bezpieki wykonują zadania zlecone im przez centrale, do których przewerbowali się tuż przed proklamowaniem w naszym nieszczęśliwym kraju sławnej transformacji ustrojowej. Jak pamiętamy, część bezpieczniaków jednym susem przeskoczyła do razwiedki amerykańskiej, cześć – do niemieckiego BND, część z kolei do izraelskiego Mosadu, a reszta pozostała przy GRU, jako że nie zmienia się koni podczas przeprawy.

Od tamtej pory minęło prawie 30 lat i na widownię dziejową weszło już kolejne pokolenie ubeckich dynastii, których początki tkwią jeszcze w mrokach okupacji niemieckiej i sowieckiej – ale niezależnie od zmiany pokoleniowej podporządkowanie odpowiednim centralom jest kontynuowane. W Polsce jest bowiem szalenie rozpowszechnione dziedziczenie pozycji społecznej: dzieci piosenkarzy zostają piosenkarzami, dzieci aktorów – aktorami, no to dlaczego dzieci agentów, czy konfidentów nie miałyby zostawać agentami, a przynajmniej – konfidentami?

Pan Pospieszalski twierdzi, że słynny „Jurek Owsiak” był agentem Wojskowych Służb Informacyjnych i to już za „wolnej Polski”. Jak powiadają gitowcy – „wszystko gra i koliduje”, bo w przeciwnym razie trudno byłoby zrozumieć przyczyny, dla których nie tylko radio i telewizja, wojsko i policja, wszyscy funkcjonariusze państwowi i samorządowi, a nawet wybredny Salon skacze przed „Jurkiem Owsiakiem” z gałęzi na gałąź i w podskokach spełnia wszystkie jego zachciewajki. A skoro już jesteśmy przy „Jurku Owsiaku”, to jest on znakomitym przykładem, że niektóre formy aktywności jednak się opłacają.

Oczywiście najbardziej opłaca się u nas biurokracja, czego najlepszym dowodem jest jej nieustanny i dynamiczny rozwój. Z tym rozwojem mamy do czynienia właściwie od samego początku sławnej transformacji ustrojowej. Kiedy Mieczysław Rakowski rozwiązał PZPR, w administracji centralnej było 45 tys. urzędników. Pięć lat później, kiedy to cały kraj pod kierownictwem bezpieki budował „gospodarkę wolnorynkową”, w administracji centralnej było już 112 tysięcy urzędników, a nie było to ostatnie słowo, bo kiedy w roku 1997 charyzmatyczny premier Buzek zainicjował swoje wiekopomne reformy, nastąpił skokowy wzrost synekur w administracji samorządowej, do której dodano szczebel powiatowy i wojewódzki, ale również w państwowej, w której pojawiły się kasy chorych, przepoczwarzone potem w NFZ – i tak dalej. Spowodowało to skokowy wzrost kosztów funkcjonowania państwa, które musiało wziąć na utrzymanie całą dodatkową armię pasożytów, spośród których najwybitniejsi, pod przewodnictwem pana prezydenta Komorowskiego, każdego roku 11 listopada przechodzą ulicami Warszawy w Marszu Pasożytów.

Ale biurokracja, chociaż ma się rozumieć, byle czego nie zje, jednak żywi się tylko okruszkami ze stołu pańskiego, przy którym zasiadają i ucztują całą paszczą bezpieczniackie watahy. To one są głównym pasożytem na organizmie Rzeczypospolitej. Niech nikogo przy tym nie zwiodą nakłady w ustawie budżetowej; to jest zaledwie wierzchołek góry lodowej, ponieważ część niewidoczna jest ukrywana właśnie w spółkach Skarbu Państwa. To na nich przede wszystkim pasożytują bezpieczniackie watahy. Jak prawdziwy pasożyt, który nie zdaje sobie sprawy, że doprowadzając organizm swego żywiciela do śmierci z wycieńczenia, wydaje wyrok również na siebie, bezpieczniackie watahy pustoszą bogactwo narodowe do gołej ziemi nie tylko ze względu na swoją żarłoczność, ale również – ze względu na zadania, jakie stawiają przed nimi macierzyste centrale, którym przecież nie zależy na sile Polski, tylko na doprowadzeniu jej do stanu bezsilności i bezbronności. Bezpieczniacy liczą, że za tę zdradę zostaną wynagrodzeni posadami nadzorców mniej wartościowego narodu tubylczego – co zresztą jest dla nich stanem naturalnym, jako że od roku 1944 niczego innego nie robili.

Rezultatem tego pasożytnictwa jest brak opłacalności w jakiejkolwiek dziedzinie produkcji materialnej czy usług. Nie wynika to wcale z jakichś obiektywnych okoliczności, bo kilkadziesiąt kilometrów dalej, po czeskiej stronie, prywatne kopalnie węgla są rentowne, tymczasem u nas, gdzie bezpieczniaccy okupanci i wysługująca się im biurokracja, wytworzyły sztuczne warunki ekonomiczne, w których nic się nie opłaca, państwowe kopalnie są przeznaczone do zamknięcia, ale z tajemniczych powodów nikt nawet się nie zająknie o ich prywatyzacji. Nietrudno domyślić się – dlaczego. Oto gdyby obok nierentownej państwowej kopalni funkcjonowała rentowna kopalnia prywatna, nawet najmniej spostrzegawczy obserwator w końcu postawiłby pytanie, dlaczego tamta może być rentowna, a ta nie – i wtedy musiałyby wyjść na jaw koszty bezpieczniackiego pasożytnictwa – do czego bezpieka w żadnym wypadku dopuścić nie zamierza, bo to największa tajemnica państwowa III Rzeczypospolitej. Druga jej część, to to, że bezpieka położyła łapę na imporcie węgla z zagranicy, który sprzedaje elektrowniom – bo energetyka również ma wobec bezpieki serwituty. I żeby ta prawda nie wyszła na jaw, trzeba będzie poświęcić interes Rzeczypospolitej i dobro obywateli – co w podskokach wykonają Umiłowani Przywódcy – bo po to właśnie są.

Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl

Podobne wpisy:

Komentuj