Od pobudki do apelu. Wspomnienia z miejsca kaźni.

x-pawilonJak już wspomniałem, w godzinę po aresztowaniu wylądowałem w X Pawilonie na Mokotowie. Bez bliższego opisania tego znamiennego dla ery stalinowskiej w Polsce miejsca, cykl tych wspomnień byłby niezupełnie jasny, a w każdym razie niepełny. Nazwa „X Pawilon” kojarzy się na ogół naszemu społeczeństwu z Cytadelą Warszawską, miejscem kaźni polskich patriotów walczących z caratem o wyzwolenie narodowe i społeczne. Doczekał się ów Pawilon wielu opracowań literackich i historiograficznych. O ludziach w nim więzionych czy straconych pisano książki, wspomnienia, artykuły publicystyczne itd. Natomiast o tym drugim X Pawilonie, tym w obrębie murów więzienia mokotowskiego, pisano bardzo mało, a może wcale. A przecież niemal od wyzwolenia aż do końca okresu „błędów i wypaczeń”, czyli do roku 1956, X Pawilon mokotowski był bardziej ponurym miejscem niż jego starszy imiennik w Cytadeli. Przez jego cele przewinęły się w tych latach setki wybitnych Polaków, zwożonych tu z całego kraju przez wszechwładną bezpiekę. Dla wielu z nich był to ostatni etap życiowej drogi.

Ówczesny wojskowy wymiar sprawiedliwości – a przed takim stawali więźniowie X Pawilonu – karą śmierci szafował nader hojnie. Wystarczyły poszlaki lub przyznanie się do winy. Wyjątkowo perfidne i okrutne metody śledztwa potrafiły załamać i najszlachetniejszego człowieka. Na porządku dziennym bywały sytuacje, że ludzie przyznawali się do czynów, których nie popełnili. Odwołanie zeznań przed sądem, na rozprawie nie miało już żadnego znaczenia. Sędziowie nie brali tego pod uwagę.
Pamiętam, jak jeden z moich więziennych współtowarzyszy odwołał wyjaśnienia złożone w śledztwie. Zapytany przez sędziego, dlaczego przyznał się do przestępstwa, którego nie popełnił, odpowiedział: „Bo byłem maltretowany całymi dniami i nocami, bo nie miałem już sił, podpisałem co mi podsunął oficer śledczy, podpisałbym i wyrok śmierci na samego siebie, byleby przestali mnie bić”. Następnie przystąpił do szczegółowego opisywania przebiegu śledztwa. Kiedy zaczął mówić kto i w jaki sposób go maltretował, sędzia przerwał rozprawę, rzekomo w celu sprawdzenia przez prokuratora wiarygodności wyjaśnień oskarżonego. Efekt? Po powrocie z sądu więzień został wezwany na śledztwo i tak straszliwie zbity, że kiedy ponownie stanął przed sądem – nie tak szybko, musiały przecież zniknąć ślady katowania – już nie odwoływał zeznań, już nie skarżył się przed „niezawisłym” sędzią.

Od pobudki do apelu

Wracając jednak do „Dziesiątki?, bo tak potocznie nazywaliśmy X Pawilon, muszę zaznaczyć, że nazwą tą obejmowaliśmy obok właściwego X Pawilonu również Oddziały XI, XII i XIII. Całość stanowiła swoistą enklawę bezpieki, chociaż bowiem znajdowała się na terenie więzienia mokotowskiego, podlegała bezpośrednio MBP, a ściślej dyrektorowi Departamentu Śledczego płk. Józefowi Różańskiemu. Nie wiem dokładnie, w którym roku – ale jeszcze przed 1948 r. – X Pawilon został wyłączony spod władzy naczelnika więzienia ogólnego, usunięto zeń pospolitych kryminalistów – jako że tacy tam przebywali za czasów cara, w okresie międzywojennym oraz w czasie okupacji – i zamieniono na więzienie śledcze dla politycznych. Więźniowie przebywali tam do rozprawy. Po wyroku przenoszono ich na „Ogólniak”, gdzie siedzieli razem z pospolitymi kryminalistami aż do czasu transportu do jednego z więzień dla politycznych, tj. do Rawicza lub do Wronek.

Sam X Pawilon był budynkiem czterokondygnacyjnym, z tym że czwarta kondygnacja była jakby wydzielona i nosiła urzędową nazwę XI-tki. W zasadzie jednak niczym nie różniła się od właściwej „Dziesiątki”. Na każdej kondygnacji było po 26 lub 27 cel standardowych, o wymiarach ok. 2,2 na 4,5 m. Za cara i w okresie międzywojennym służyły jako pojedynki dla wyjątkowo groźnych przestępców kryminalnych. Dlatego zapewne ów pawilon stał jako luźny budynek, w środku więziennego terenu, a nadto był specjalnie urządzony i zabezpieczony.
Za moich czasów w jednej celi na ogół siedziało po 8 ludzi. Każda cela miała, w rogu przy drzwiach, niczym nie osłonięty sedes z bieżącą wodą, pospolicie zwany kiblem. Okna małe, pod sufitem, opatrzone grubymi kratami oraz tzw. blindą. Była to specjalna blaszana osłona, zamocowana po zewnętrznej stronie okna, tak że w dolnej swej części dotykała do parapetu, a w górnej sięgała nieco ponad szczyt okienka, odstając na kilkanaście centymetrów od muru. Przez ową szparę wpadało do celi powietrze i nieco światła, ale wyjrzeć na świat boży nie mogłeś. Przez 14 miesięcy nie widziałem skrawka zieleni, nie widziałem kawałka ziemi, a jedynie wąski rąbek nieba.
Łóżek nie było, zostały po nich tylko resztki haków w ścianach. Spaliśmy na siennikach rozkładanych bezpośrednio na betonowej podłodze. Sienniki to wielkie słowo – były to jutowe, poprzecierane wory z garstką startej na sieczkę słomy. W „19-tce” mieliśmy 5 sienników na 8 ludzi. Układaliśmy je w poprzek celi, a spaliśmy wzdłuż, głowami do siebie. Tylko w ten sposób 4 chłopów mogło się zmieścić na dwóch i pół siennika.
Dzień zaczynał się o 5-ej rano. Myliśmy się w kiblu. Sienniki układało się w kostkę pod ścianą. W parę minut po pobudce odbywał się poranny apel. Oficer dyżurny wraz z oddziałowym otwierali cele i sprawdzali stan osobowy. My w tym czasie staliśmy „na baczność” w szeregu pod ścianą, w bieliźnie i boso. Po tym pozwalano nam zabrać z korytarza nasze buty i ubrania, które po wieczornym apelu musieliśmy po złożeniu w zgrabną kostkę wykładać za drzwi celi.
Śniadanie było około 6-ej rano. Dzień w dzień to samo: kubek czarnej zbożowej kawy i pół bochenka, ok. 500 gramów czarnego, półsurowego chleba. W ogóle wyżywienie było bardzo nędzne. Na obiad dostawaliśmy litr lury, kraszonej olejem, bądź rozgotowanymi dorszami (ze łbami i wnętrznościami), stąd nie zawsze owe „danko” było „zjadliwe”. Kolację stanowiło pół litra wodnistej zupy i kawałek chleba, jeśli swojej porcji nie zjadłeś w całości rano.

W owym czasie mogliśmy dostawać z domu raz na miesiąc paczkę. Tylko że z byle powodu ciągle kogoś pozbawiano tego prawa. Zawartość nie mogła przekraczać trzech kilogramów, w tym do pół kg tłuszczu, pół kg cukru lub marmolady, 1 kg chleba, 1 kg cebuli lub czosnku i bodajże 100 papierosów. Zresztą normy się zmieniały. Być może w zależności od sytuacji na rynku. Gorzej, bo z byle powodu ciągle kogoś karano pozbawieniem paczki, czasami jednorazowo, czasami na dłużej, do odwołania. Oczywiście rodziny normalnie paczki dostarczały i przyjmowano je. Co się z nimi działo dalej – nie wiem. Paczkami w celi dzieliliśmy się, szczególnie z tymi, którzy ich nie otrzymywali. Godzina 7 rano to stan generalnej gotowości do śledztwa. Nikt nie wiedział, kiedy będzie wezwany przed oblicze pana śledczego. Ustawiczne czekanie w nerwowym napięciu bardzo nas psychicznie wyczerpywało. Zabieranego na śledztwo żegnaliśmy jakby szedł na stracenie. Nigdy bowiem nie było wiadomo, kiedy wróci i w jakim stanie – o własnych siłach, czy wrzucą go do celi jak sflaczały worek.
Teoretycznie śledztwa trwały od 7 do 15, w praktyce przesłuchiwano dzień i noc. Toteż jak dzień długi towarzyszyło nam charakterystyczne stukanie kluczem po żelaznych poręczach i kratach. W ten sposób strażnik uprzedzał, że jakiś więzień jest akurat na korytarzu czy na schodach. Chodziło o to, żeby drugi strażnik w tym samym czasie nie wyprowadził z celi innego więźnia. Jeśli tak się zdarzyło, że na korytarzu znalazło się dwóch więźniów, jeden z nich na polecenie strażnika musiał błyskawicznie odwrócić się twarzą do ściany, a drugi przejść ze spuszczoną głową. Obowiązywała żelazna zasada pełnej izolacji.
Z tych zapewne względów nie wyprowadzano nas na spacery. Przez 14 miesięcy pobytu w .„Dziesiątce” ani razu nie byłem na dworze. Za moich czasów nie prowadzono nas też do łaźni, bo takowej tam nie było. Bieliznę zmieniano nam raz na miesiąc. Golono – jak popadło. Można sobie wyobrazić, jak wyglądaliśmy i jak pachnieliśmy.
Nie przejmowano się też naszym zdrowiem. Dla przykładu: tuż przed aresztowaniem miałem leczony ząb. Po jakimś czasie opatrunek wypadł, a jeszcze po jakimś – ból jak diabli. Zgłosiłem się do oddziałowego, żeby zaprowadził mnie do dentysty. Owszem, zaprowadził, ale do oficera śledczego. A ten mówi: „Będziesz gadał, to pójdziesz do dentysty”. Oczywiście miałeś gadać to, czego sobie życzył śledczy, a nie to, co rzeczywiście robiłeś, czy nie robiłeś. Ponieważ „nie gadałem”, nie puszczono mnie do dentysty. Kiedy już zacząłem wyć z bólu, w dentstę zabawił się Lucjan. Jako skrzypek i pianista miał bardzo silne palce. Jeden z kolegów trzymał mnie za głowę, a on palcami tak długo szarpał, wyłamywał, aż wyrwał bolący ząb – czwórkę dolną. Darłem się przy tym zabiegu, oj darłem!
Mimo żelaznej zasady izolacji i tak wiedzieliśmy wiele z tego, co się na „Dziesiątce” dzieje: kto przybył, kto ubył, kto znajduje się w obróbce (ciężkie śledztwo), kto go obrabia. Między celami funkcjonował specjalny system łączności – zmodyfikowany dla wymogów więziennych alfabet Morse’a. Nie wiem kto go zapoczątkował. Sądzę, że lotnicy z RAF-u lub marynarze. Na ogół nie było celi, żeby przynajmniej jedna osoba nie umiała stukać. U nas pod „19-tką” mistrzami w tym fachu byli Lucjan i Ziutek. Stukali z szybkością karabinu maszynowego. Najlepiej do tego celu nadawał się guzik od koszuli, perłowy. Jak go nie było – własny paznokieć. Jak to wyglądało w praktyce? Siadało się na podłodze, przytykało ucho do ściany i stukało… jedno stuknięcie dłuższe oznaczało kropkę, dwa stuknięcia krótkie kreskę. Jeśli osoba odbierająca po wysłuchaniu paru pierwszych liter zrozumiała cały wyraz, pociągała paznokciem wzdłuż po ścianie – znaczyło to „zrozumiałem, wal następny wyraz”. Jeśli złapała treść i sens zdania, względnie kwestii, pociągała parokrotnie wszerz ściany i zaczynała odpowiadać, bądź wystukiwała dodatkowe pytanie. Szybkie, wielokrotne stukanie w tym samym tempie znaczyło – powtórz słowo. Przy wprawie i dobrym słuchu można było prowadzić niemal towarzyską konwersację.
Tylko że funkcjonariusze więzienni okrutnie gonili za stukającymi. Porozumiewanie się więźniów między sobą równało się zbrodni. Za stukanie szło się do karca lub dostawało lanie. Toteż stukający z reguły miał obstawę. Któryś ze współtowarzyszy stał pod drzwiami i nasłuchiwał, czy nie zbliża się strażnik. Ale strażnicy też mieli swoje sposoby i od czasu do czasu udawało się im kogoś nakryć. Na przykład, zdejmował taki buty, w skarpetkach cichutko podchodził do drzwi celi, gwałtownie otwierał klapkę judasza (mały otwór w drzwiach celi, zakrywany od zewnątrz metalową klapką). Znaliśmy charaktery swoich „opiekunów”. Każdy miał swoje przezwisko, bo nazwisk oczywiście nie znaliśmy. Wiadomo było, że jeśli dyżur ma „Generał Smród” (zgrywał ogromnego ważniaka, a śmierdziało mu z ust), „Francuz” (repatriant z Francji) czy np. „Poniatoszczak” (nosił baczki a la książę Józef) – to trzeba cholernie uważać, bo to wyjątkowe dranie. Ale już przy Mundziu (podobno było to jego właściwe imię) czy „Murzynie” (miał czarne, kręcone włosy) – można sobie pozwolić na większą swobodę. Naturalnie i oni, jeżeli już kogoś złapali na jakimś wykroczeniu, wyciągali przewidziane regulaminem konsekwencje. Nie węszyli jednak, nie czyhali, nie szukali okazji, żeby tym „skurwysynom faszystom dopieprzyć”.

Obok poziomej istniała również komunikacja pionowa – między piętrami. Stukało się w rury kanalizacyjne. Jednak przy tym łatwo się podpadało. Nawet najcichsze stukanie dawało mocny pogłos od góry do dołu. Tymczasem na drugim piętrze znajdowały się (w części) cele śledcze. Nikt w nich nie siedział. Jeśli akurat oficer śledczy, bądź oficer dyżurny czy strażnik znalazł się w takiej celi i usłyszał stukanie, mógł – przyłożywszy ucho do rury – podsłuchać rozmowę. Oczywiście, jeśli znał więzienny alfabet. A tacy się zdarzali, zapewne specjalnie się tego uczyli. Toteż pionowa komunikacja należała do rzadkości, używano jej tylko w naprawdę bardzo ważnych przypadkach. No i nikt nie przekazywał (wystukiwał) tego, co chciał ukryć. Pozioma natomiast kwitła w najlepsze, mimo przykrych konsekwencji. Czasami była to tylko miła rozrywka w szarej monotonnej codzienności. Częściej jednak uzyskana tą drogą informacja wskazywała, jak należy zachować się w śledztwie, a to z kolei dawało szanse na choćby odrobinę lżejsze przesłuchanie.
CDN….

„X Pawilon. Wspomnienia AK-owca ze śledztwa na Rakowieckiej”
Stanisław Krupa 

Podobne wpisy:

Komentuj