„Pomógł mu taki, co też był ranny”. Relacja Krystyny Żarek

Staram się paiętać o tych, którzy na Wołyniu ginęli. Wspo­mnienia łączę ze swoją rodziną, rodziną Walczaków, która mieszkała na Kałusowie, gm. Grzybowica i 11 lipca 1943 r. została makabrycznie zamordowana – była to najbliższa rodzina mojego śp. Ojca, Fran­ciszka Walczaka. 15 osób – Matka, brat z żoną i dziećmi, siostra z córką drugiego brata, żona z dziećmi trzeciego brata. Żona z dziećmi i dwaj bracia uciekli w ostatniej chwili, natomiast trzeci brat, Leon Walczak, był wśród ludzi zagnanych do jednej stodoły z 3-letnią córeczką na ręku, bo chociaż kobiety były z dziećmi w drugiej sto­dole, to Leon siłą zabrał to jedno dziecko ze sobą. Jak zaczęli zabijać, to kula przeszła przez dziecko, a on został ciężko ranny w rękę i bok; upadł, stracił przytomność, leżał długo bez świadomości, że wszyscy nie żyją. Ale jak upadł, to jeszcze chodzili i dobijali – dostał jeszcze w głowę siekierą. Były to godziny popołudniowe.

Nad ranem obudził się i zaczął się czołgać na kolanach do wyjścia ze stodoły, żeby się dostać do studni i napić się wody, ale nie był w stanie. Pomógł mu taki, co też był ranny, ale lżej. Wyciągnął wiadro wody, dał mu pić i oblał go tą wodą, żeby obmyć, bo był cały we krwi. Po chwili Leon podniósł się i poszedł w zboża – szedł i upadał. Dotarł do lasu, tam miał znajomego gajowego. On bardzo mu pomógł, cho­ciaż też miał dwoje dzieci już nieżywych na wozie, ale zabrał go i przywiózł do Włodzimierza do szpitala. Brat długo był chory i słaby. Natomiast moi Rodzice mieszkali troszkę dalej, w Stasinie. Już od dłuższego czasu nie spali w domu, tylko w schronie w zbożach. Byli czujni, bo morderstwa Polaków były już bardzo częste.

Przyszedł też 11 lipca 1943 roku. Banderowcy napadli na kościół w Hrynowie w czasie niedzielnej sumy. Kto był na zewnątrz, to uciekł, a w kościele zabito najpierw księdza przy ołtarzu, no i potem ludzi. Moi Rodzice Mieszkali przy drodze, a kto wydostał się żywy, to krzyczał, żeby uciekać, bo mordują banderowcy. Dzięki temu oraz dzięki trzeźwości umysłu moi Rodzice bez zastanowienia nas (dwoje dzieci) zabrali. Ja miałam 7 lat, a brat 12. Ojciec poszedł tylko do obory i powypuszczał konie krowy, świnie, spuścił psy, zapłakał i powiedział do Mamy, że już tu na pewno nie wrócimy. Tak też było – powiedział, jak tam stał wówczas, że życie jest tylko jedno. Nie mógł się z tym pogodzić do końca swoich dni, a zmarł, mając 52 lata. Z Mamy strony zginęło 20 osób z Gurowa i okolic.

Mój ojciec krótko przed śmiercią powiedział mi, żebym pamiętała o tych, co tak niewinnie zginęli. Pamiętam. Z chwilą powstania Celi Wołyńskiej w Rotundzie Zamojskiej starałam się o upamiętnienie tej Rodziny, która zginęła bez żadnej winy. Jeździłam na uroczystości w Rotundzie z Mężem, Synem, ale już zdrowie nie pozwala. Staram się pamiętać, wysyłam skromne pieniądze do Stowarzyszenia na kwiaty, znicze, msze, bo mimo że to wszystko kosztuje, jest nas już coraz mniej, a młodzi nie zdają sobie sprawy z tak wielkiej tragedii, jaka tam została zgotowana nam, Polakom. I za co? Polacy żyli z Ukra­ińcami w zgodzie, pomagali sobie, byli sąsiadami od pokoleń.

Moi śp. Rodzice z Wołynia wyjechali w 1944 r. Przyjechaliśmy w okolice Chełma. Pamiętam, był marzec, zima, przyjęli nas obcy ludzie. Mieszkaliśmy u nich miesiąc, później przeniesiono nas do dru­giego gospodarza i tak było do frontu, bo przecież była wojna, to były trudne czasy dla naszych Rodziców.

Po wojnie przeprowadzili się do Płoskiego k. Zamościa i tu Ojciec zmarł po bardzo ciężkiej chorobie. To był dla nas szok i rozpacz, ale wyroki Boskie są silniejsze. Moja Mama przed śmiercią sporządziła testament z majątku na Wołyniu na dwie wnuczki. Moja córka zło­żyła papiery o rekompensatę, ale nie mając papierów własności, dostała odmowę. A któż w takich chwilach mógł myśleć o papierach, zresztą takie papiery były w urzędach, ale doskonale wiemy, że Ukra­ińcy niszczyli wszystkie ślady po Polakach. Pisaliśmy do Włodzi­mierza, Łucka, Kijowa – nie ma żadnych śladów, że Rodzice tu miesz­kali od pokoleń, a powinny być akty notarialne. Zresztą czy nasi urzędnicy nie wiedzą, że jest to nie do zdobycia, a świadkowie, jakich mamy, mają już po 90 lat?

Czy takich ludzi można ciągać po sądach? Większość tych osób już odeszła, czyli los nas dotknął do trzeciego pokolenia. Ja też jestem już niemłoda, 79 lat, mój stan zdrowia jest zły, ale pamięć tamtych lat mnie nie opuszcza – myślę sobie zaraz, że Bogu dzięki żyjemy w spo­koju. Młodzież może się uczyć, pracować, wyjechać gdzie chce. Na pewno nie wszyscy, ale kto chce pracować, to pracę znajdzie – bo jak się mówi, że wszystko jest źle, to znaczy, że z nami jest coś nie tak.

My potrafimy docenić wszystko co się ma, życie uczy pokory.Ciągle mówię moim wnukom: cieszcie się z tego co macie.

Źródło: Wołyń. Bez komentarza.

Komentuj