Stałem w jednym szeregu z o. Maksymilianem

M

ichał Micherdziński był jednym ze świadków apelu w KL Auschwitz, na którym o. Maksymilian Kolbe wystąpił z szeregu i poprosił, by pozwolono mu pójść na śmierć za innego więźnia. Stał w tym samym szeregu, co o. Maksymilian.

Ucieczka więźnia

To był wtorek 29 lipca 1941 r. Tuż po apelu południowym zawyła syrena obozowa. To oznaczało alarm. Zrozumieliśmy szybko, że ktoś uciekł. Esesmani natychmiast przerwali pracę i zaprowadzili nas na apel, aby sprawdzić stan liczbowy. Okazało się, że na naszym bloku 14a brakuje jednego więźnia. Innych zwolniono, a nam ogłoszono karę – stanie na baczność bez czapek, dzień i noc, o głodzie. Noc była bardzo zimna. Wielu starszych nie wytrzymało mordęgi stania w nocy i na zimnie. Rano oficer niemiecki wykrzyczał w naszym kierunku: „Ponieważ z waszego bloku uciekł więzień, a wy nie przeszkodziliście temu, dlatego dziesięciu z was umrze śmiercią głodową, ażeby pozostali zapamiętali, że nawet najmniejsza próba ucieczki nie będzie tolerowana”.

Potem nastąpiła selekcja…

Karl Fritzsch, kierownik obozu, patrzył na nas, mierzył każdego i co chwilę podnosił prawą rękę i mówił: „Du! – ty”. Ten jeden wyraz był wyrokiem śmierci dla wskazanego. Esesmani wywlekali biedaka z szeregu, zapisywali jego numer i odstawiali pod strażą na boku. Dziś trudno opisać, co człowiek wtedy czuł. W głowie szum, krew pulsowała na skroniach, zdawało się nam, że wyskoczy nosami, uszami i oczami. Przed oczami mgła. Całe ciało drżało. Jedna myśl w głowie: jak stanąć, jaką minę zrobić, żeby mnie nie wybrał. Oto paradoks: człowiek umęczony, dręczony, głodny, bity, schorowany, a chce żyć. Modliłem się do Matki Bożej. Nigdy przedtem ani potem, muszę to uczciwie przyznać, już tak żarliwie się nie modliłem. Esesmani minęli mnie. Nie usłyszałem tego strasznego słowa: „Du”. Minęli o. Maksymiliana i stanęli przed Franciszkiem Gajowniczkiem. Niemiec wskazał na niego, a on zawołał: „Jezus, Maria! Moja żona, moje dzieci!”. Niemcy jednak nie zwrócili na to najmniejszej uwagi.

I stało się coś, czego nikt nie mógł pojąć

Zobaczyłem o. Maksymiliana. Szedł prosto ku grupie esesmanów, stojących w pobliżu pierwszego szeregu więźniów. Wszyscy drżeliśmy, ponieważ było to złamanie jednego z najostrzej i najbrutalniej przestrzeganych zakazów. Wyjście z szeregu bez zezwolenia oznaczało śmierć. Czasem śmierć po ogromnym katowaniu, a czasem śmierć od jednego wystrzału. Byliśmy pewni, że zabiją o. Maksymiliana, a stało się coś nadzwyczajnego, co nigdy dotąd nie miało miejsca. Było to dla Niemców coś tak niewyobrażalnego, że stali jak skamieniali. Patrzyli po sobie i nie wiedzieli, co się dzieje. Mieli pilnować porządku, a naraz okazało się, że ten porządek narzuca więzień. Taki jak wszyscy, umęczony, udręczony…

„Dlaczego pan chce umrzeć za niego?”

O. Maksymilian szedł w więziennym pasiaku, z miską u boku, w drewniakach. Nie szedł jak żebrak, ani też jak bohater. Szedł jak człowiek świadomy wielkiej misji. Stanął spokojnie przed oficerami. Cała świta, która dokonywała selekcji, wszyscy stali i patrzyli po sobie, nie wiedzieli, co robić. Wreszcie opamiętał się kierownik obozu i wściekły, zapytał swojego zastępcę: „Czego chce ta polska świnia?”.
Zaczęli szukać tłumacza, ale okazało się, że tłumacz jest zbędny. O. Maksymilian w postawie na baczność odpowiedział spokojnie po niemiecku: „Chcę umrzeć za niego” i wskazał lewą ręką na stojącego obok Gajowniczka. Padło kolejne pytanie: „Kim jesteś?” – „Jestem polskim księdzem katolickim”. O. Maksymilian, mimo iż wiedział, jak Niemcy traktują polskich księży, nie bał się przyznać do swojego kapłaństwa. Panowała wtedy nieznośna cisza. Każda sekunda wydawała się trwać wieki. Wreszcie stało się coś, czego do dzisiaj nie mogą zrozumieć ani Niemcy, ani więźniowie. Kapitan SS, który zawsze zwracał się do więźniów przez wulgarne „ty”, zwrócił się do o. Maksymiliana per „pan”: „Dlaczego pan chce umrzeć za niego?” O. Maksymilian odpowiedział: „On ma żonę i dzieci”. Po chwili esesman powiedział: „Dobrze”.

Wspomnienia Michała Micherdzińskiego spisali Małgorzata i Mieczysław Pabisowie. Źródło: www.nasza-arka.pl

Komentuj...