Szlak nieoznaczonych mogił. Relacja Lucjana Metrzelskiego

Z pięciu lat trwającej wojny najbardziej tragiczny w skutkach dla ludności polskiej we wsi Głęboczyca i okolicznych miejscowościach był rok 1943. Był to rok codziennych gwałtów, rewizji i aresztowań, rok strachu i niepewności dnia ani godziny. W każdej chwili istniało zagrożenie. Był to rok coraz bardziej nasilających się represji i makabrycznych, okrutnych mordów, a także znęcania się nad ludnością polską.

Chociaż antagonizm i wrogość wśród Ukraińców do ludności polskiej ujawniały się tuż przed samym wybuchem drugiej wojny, to najwyraźniej dały o sobie znać po wkroczeniu ruskich wojsk w granice Polski. Ludność ukraińska z entuzjazmem i radością witała nadchodzące jednostki Armii Czerwonej. Witała ich z uciechą wy strojonymi buńczucznie bramami, pełnymi powitalnych haseł.

Po zajęciu ziemi wołyńskiej przez Niemców ewidentnie niechęć i wrogość ludności ukraińskiej do Polaków coraz bardziej zaczęła się nasilać. Ukraińcy tworzą wówczas swoją władzę. Organizują policję i urzędy wiejsko-gminne we współpracy z Niemcami. Młodzież ukraińska ochotniczo zgłasza się do batalionów pomocniczych i policji, w których polska młodzież i ludność nie uczestniczy. Z nasta­niem 1943 roku represje i mordy zostały nasilone. Kiedy przyszła wiosna, nie było dnia bez ofiar i mordów, strzelaniny z karabinów, łun pożarów, represji i rewizji za rzekome posiadanie broni lub innego sprzętu wojskowego. Była to codzienność we wsi Głęboczyca i okolicznych miejscowościach zamieszkanych przez Polaków. Wieś Głęboczyca rozciągała się pomiędzy lasem a doliną rzeki Turia. Mie­ściła w sobie około 70 gospodarstw rolnych ze średnim stanem posiadania.

Przez wieś przebiegał trakt drogi głównej łączący powiaty Wło­dzimierz Woł. i kowelski oraz wsie Hajki i Turyczany, zamieszkane przez ludność wyłącznie ukraińską, w których mieściły się wiejsko-gminne władze ukraińskie z siedliskiem policji SB i UPA. Droga ta usłana była bezimiennymi mogiłami bez jakiegokolwiek śladu czy znaku. Codziennie drogą tą wieziono ofiary na rozstrzeliwanie albo powolne mordowanie do lasu lub już pomordowanych w celu ich zamaskowania.

W ostatnim miesiącu, tuż przed samym ogólnym mordem w Głęboczycy, władze ukraińskie wyznaczają z naszej wsi pięć podwód konnych do przewożenia przedstawicieli władzy ukraińskiej i UPA. Byli to Grela Adam, lat 50, Sobieraj Stanisław, lat 52, Wieniarski Michał, lat 43, Lipert i Iwański Adam, lat 22. Gospodarze ci już do swoich domów nie powrócili. Odnajdywano ich w leśnych okolicach, pomordowanych i zakopanych bez śladu. W tym samym czasie aresztowano w nocy sąsiada, Władysława Iwańskiego, 19-letniego żywiciela rodziny. W parę dni po aresztowaniu znaleziono go w lesie. Odkopany został na zezwolenie władzy gminnej i urządzono mu pogrzeb. Na swoim ciele nie miał ani jednej całej kości, wycięto mu język, był bez oczu i uszu.

Parę dni przed ogólnym mordem wieziono kolejną ofiarę na bestial­skie mordowanie, bo moim zdaniem nie chodziło o rozstrzeliwanie. Mył to miejscowy Żyd, dotychczas się ukrywający. Wiozło go kilku­nastu upowców siedzących na trzech wozach konnych, po czterech na każdym z nich. Wybrał sobie miejsce do ucieczki przez pole owsa, które kosiłem wraz z rodzicami. Wyrwał się z wozu, na którym jechał, powalił siedzących z nim upowców i chyląc głowę, ruszył ile sił do lasu. Rzuciło się za nim kilku bandytów z policji czy UPA, trudnych do rozpoznania, z pozostałych wozów. W biegu zaczęli strzelać w naszym kierunku. Kule świstały wokół uszów, widać było, jak padają pod nogi, unosząc obłoczek kurzu. „Nieszczęśnik” – pomyślałem, już dobiegał lasu, zdawało się, że umknie oprawcom, niestety został trafiony kulą w lewą nogę. Kiedy go prowadzili z powrotem, wlókł nogę za sobą, kopany i bity kolbami. Gdy doszli do wozu, wrzucono na niego ofiarę, po czym odjechali do lasu. Wszyscy, którzy widzieli jadących, mieli świadomość, dokąd go wiozą, i nikt ratunku ofierze dać nie mógł.

Dzień przed apokalipsą naszej wioski wypełniony był pracą, zresztą jak wszystkie dni tygodnia w naszej rodzinie. Wprawdzie zboża w większości były już pokoszone i złożone w sterty daleko od zabudowań, ale dużo jeszcze pozostawało na polach z upraw póź­niejszych. Roboty dla nikogo, kto zdolny do pracy, nie brakowało. Dla każdego dzień rozpoczynał się tuż po wschodzie słońca. Matka od rana zajęta była wypiekiem chleba, ponieważ brano pod uwagę ucieczkę w najbliższych dniach.

Z rodzeństwa Zofia i Helena przygotowywały mąkę na żarnach mieloną, a z ojcem – kilka worków pszenicy do ukrycia przed rabun­kiem lub pożarami. Brat Hieronim, lat 6, pędził krowy na pastwisko, Siostra Marcelina, lat 8, zabawiała młodsze rodzeństwo, Krystynę, lat 4, i Henrykę, lat 2.

Praca, która wypełniała każdy dzień, pozwalała zapomnieć o strachu, jaki musieliśmy odczuwać w obliczu bezprawia, szalejących represji i okrutnych metod „bohaterskiej” UPA i ukraińskiej policji. Każdy pracował w milczeniu, uparcie, ale też z nadzieją, bo według planów rodziców prace trzeba było przyśpieszyć w związku z mordami nasilającymi się w okolicy od kilku miesięcy, aby jak najszybciej je zakończyć i przygotować się do ucieczki.

W sobotę wieczorem, 28 sierpnia, przyszedł sąsiad ze swoją rodziną na noc. Zdawało im się, że bezpieczniej będzie ją spędzić u nas, a strach był już duży. Młodsze rodzeństwo ułożone zostało do snu. Siedząc, przysłuchiwałem się rozmowie rodziców z sąsiadem o ciężkiej sytuacji spowodowanej panoszącym się w okolicy bezprawiem. O szalejących bestialskich mordach, masakrach popełnianych na Polakach. O pastwieniu się nad mordowanymi ofiarami przez łamanie im kości, obrzynanie członków ciała, wykłuwanie oczu, i tu jeszcze żyjącym ludziom – dla większego sadyzmu, dla zadania większych cierpień i męczarni, dla uciechy i radości bandytów z UPA. Każda z ofiar przed skonaniem zmuszona była do wykopania sobie dołu w miejscu tortur. Mówiono też o gwałceniu nieletnich dziewcząt, gdyż jak twierdzili bandyci, nie wolno ich było zarżnąć przed zgwałceniem.

Około północy znużony strachem i snem udaję się do swojej kryjówki w stodole. Budzą mnie strzały z karabinów i zajadłe wycie i szczekanie psa. Zrywam się z posłania, widzę przez szparę w ścianie stodoły, jak banda UPA morduje ojca. Otoczony przez gromadę uzbrojonych w karabiny i siekiery, szamocze się z bandytami. W pewnym momencie otrzymuje siekierą cios w głowę z tyłu. Zachwiał się do przodu, zgiął w kolanach i upadł twarzą na ziemię w konwulsjach. Matka zdążyła wybiec z przeraźliwym krzykiem „och, Matko Najświętsza”, i wpada przez furtkę do ogródka. Na głośny ryk „stij” zatrzymała się, ale upadła po strzale i kiedy już leżała, uderzono ją siekierą. Przerażające krzyki rozpaczy, bez możli­wości ratunku, miotającego się rodzeństwa i wrzaski goniących za nimi morderców. Tak, to już koniec świata dla nich, bez żadnej moż­liwości ratunku. Oszołomiony masakrą i tragedią rodziny widzę, jak sąsiad z wołaniem „uciekać” wybiega tylnym wyjściem na zewnątrz stodoły. Wypadam za nim i na pewną odległość odbiegliśmy, ale już zostaliśmy zauważeni przez bandę. Za nami wybiega reszta rodziny sąsiada, ale już uciec nie zdążyli, zostają kolejno wystrzelani z karabinów, po czym upowcy dobijają ich siekierami.

Za nami rzuciło się kilku bandytów w pogoń – strzelali z kara­binów w biegu, klękając i mierząc w nas. Kule świszczą wokół uszu, ale jesteśmy coraz dalej. Udało się nam odbiec na taką odległość, że strzały przestały być groźne, znaleźliśmy się przy lesie. Tam prze­strzeń pomiędzy nami a bandą zupełnie się zwiększyła. Zaszyliśmy się w gęstwinie traw i tak chwilę czekaliśmy ukryci. Nasłuchujemy i wyglądamy, czy nas nie gonią. Dookoła wioski słyszymy już strze­laninę, przeraźliwe krzyki i wycie bandytów. Oznaczało to, że banda UPA zaatakowała całą wieś. Przez pewien czas przysłuchujemy się strzałom. Zewsząd słychać okropny, przerażający płacz, krzyki, wołanie o ratunek, którego już nikt tym ludziom nie udzieli. Z lasu wybiegamy do następnej wsi – Grabiny. Tam też nie było schronienia. Nie upłynęła nawet godzina, kiedy z jednej i drugiej strony wioski dostrzegliśmy miotających się w różne strony przerażonych ludzi i jednocześnie usłyszeliśmy nasilającą się strzelaninę z karabinów. Biegnący ludzie, w strachu, ostrzegają, nie wiedząc, w którą stronę uciekać, każdy kryje się, gdzie tylko może. Każdy ma nadzieję, że może się uda. Sytuacja, w tym strzelanina, która się rozpętała, zmusza nas do dalszej ucieczki. Biegniemy ile sił, omijając ukraińskie wsie, przybywamy do dużego masywu leśnego, w którym spoty­kamy sporą gromadę ludzi. Ludność ta zdołała się już tu ukryć, posiada zarówno konie i wozy, jak i różny sprzęt do obrony, najczę­ściej siekiery i kosy. Z grupą tych ludzi idziemy do miasta Maciejowa. Raz tylko zostajemy napadnięci, w jednej z ukraińskich wsi, w której jednak niewielu było upowców – zdaje się, że tylko grupa patrolowa – przez co nie mieli odwagi zaatakować nas w sposób zdecydowany. Przed zachodem słońca doszliśmy do Maciejowa. Był już wieczór, otrzymaliśmy posiłek na plebanii u księdza. Zebrało się już tam kil­kaset ludzi. Jak można było, tak nas zakwaterowano po różnych kątach. Z żalem i rozpaczą po zamordowanych zasnąłem na jednej z ławek w kościele. Tak ten dzień apokalipsy skończył się dla mojej rodziny. Rozpoczęły się za to dla mnie dnie tułaczki, bez domu i swoich najbliższych, wśród obcych.

Po czasie nieraz przypominają mi się słowa Rodziców mówiących o bliskim końcu tego świata, może pod wpływem represji, zezwie­rzęconego bandytyzmu i w obliczu coraz powszechniejszych bestial­skich mordów. Nie wiedzieli, a może wiedzieć nie chcieli… a może przeczuwali, ale mówić nie sposób było, bo po co straszyć dzieci. Co ma być, niech będzie, i taka to konieczność przyszła, jak gdyby koniec ten sobie wypowiedzieli. I tak zginęli wybici siekierami. Nie spodzie­wali się, że ten koniec świata miał być tak okrutny dla nich.

Tak zginęli Ojciec Stanisław, lat 50, Matka Helena, lat 43, rodzeń­stwo: Zofia, lat 19, Helena, lat 15, Marcelina, lat 8, Hieronim, lat 6, Krystyna, lat 4, Henryka, lat 2. Z rodziny sąsiada Jana Marnota, z którym to udało mi się wyrwać z tego piekła, zginęli żona Franciszka, lat 40, i dzieci: Władysława, lat 14, Marian, lat 12, Bronisława, lat 5, Helena, lat 2.

Nam się ledwie udało. Po wbiegnięciu do lasu na moment, jak mówiłem, przystanęliśmy. Zastanawialiśmy się chwilę, czy wrócić, ale strach był silniejszy. Postanowiono iść dalej. Przebiegliśmy z Gra­biny pomiędzy wioskami ukraińskimi: Dulibami i Kulczynem. Widzimy, jak z Kulczyna zabiegają nam drogę. Zmieniamy kierunek ponad moczarami rzeki w lewo, przechodzimy Turię w kierunku na Dolsk. Goniący nas oprawcy nie przechodzą przez rzekę, zawrócili. Biegniemy już wolniej do niedużego lasu. Wchodząc do niego bez ostrożności, o mało nie wpadlibyśmy na bandę, która stała w groma­dzie około 40 osób. Tak pilnie słuchała mowy jednego z nich, stoją­cego w środku, że byliśmy niezauważeni, już znacznie później doszliśmy do wniosku, że przygotowywali się do napadu na wieś Święte Jezioro, którą my ostrzegliśmy.

Źródło: Wołyń. Bez komentarza

Komentuj...