Treblinka. Wyrywanie złotych zębów martwym. Technika noszenia zwłok.

[…] Natychmiast po naszym przybyciu do tego straszliwego obozu spada na nas grad morderczych ciosów. Od razu jesteśmy pędzeni do pracy, która polega na nabieraniu na taczki piachu z jednej góry i przenoszeniu go na drugą górę. Początkowo robi mi się ciemno przed oczami. Nie wiem, co dźwigam i dokąd. Po kilkakrotnym przebiegnięciu z piachem od jednej góry i wysypaniu go na drugą, spostrzegam, że sypiemy piach na martwych ludzi, których ciała spoczywają w dole. Nie mogę dojść do siebie, ponieważ nie dają nam ani sekundy spokoju. Musimy jak najszybciej załadować taczki piachem i pędzić z nimi, wysypać piach na ofiary, a potem natychmiast biec z powrotem. Leje się z nas pot. Zrzucam marynarkę, ale to nic nie pomaga. Wszędzie rozstawieni są mordercy i smagają nas po głowach długimi pejczami, nikogo nie omijając. Wytężam swoje nadszarpnięte siły, ale i tak nie jestem już w stanie utrzymać się na nogach. Podchodzi do mnie morderca i bije mnie raz za razem:
– Ty psie! Pejcz łamie mi się codziennie, ale dziś jest jeszcze cały!
Bije mnie wciąż. Na moich ustach pojawia się już piana i czuję, że sity mnie opuszczają. Moich współtowarzyszy także. W pewnej odległości stoi morderca i przygląda się bacznie, jak pracujemy. Mija godzina i ten bandyta zabiera się do swej pracy: woła do siebie każdego z nas po kolei, każe się rozebrać i zejść do dołu. Ofiara musi się pochylić ku przodowi, dostaje kulę w głowę i pada na stos zwłok, które tam leżą. To trwa jakieś piętnaście minut, nie żyje już dwudziestu naszych kolegów. Grupa się przerzedziła. Rozglądam się i widzę, że prawie nikt nie pozostał. Myślę, że za chwilę przyjdzie moja kolej. Nie wiem, skąd nagle spływa na mnie taka moc, że rzucam się na robotę jak szalony, tak że bijący morderca obok mnie powiada: „Pracujesz dobrze, ciebie nie zastrzelę”.

Nie mogę ustać na nogach, już nie mogę… Kolega pracujący ze mną błaga, abym się trzymał. Jest nieco silniejszy ode mnie i chce mi pomóc. Sam sypie piach na taczkę, żebym mógł chwileczkę odsapnąć. Jest godzina czwarta po południu. Z trzydziestu towarzyszy, którzy tu byli, widzę nie więcej niż sześciu pozostałych przy życiu. Inni musieli się rozebrać i zejść do dołu, a wtedy dostawali kulę w głowę. Nie było słychać nawet jęku. Tam na dole dwóch Żydów układa zwłoki. Nagle pojawia się nowy morderca, który każe odstawić taczki i prowadzi nas do innej pracy. Rozkazuje wziąć nosze przypominające drabinę. Nosze są zakrwawione. Bierzemy je we dwóch. Pędzą nas do innego budynku. Wewnątrz zesztywniałe ciała ułożone są na wysokość pierwszego piętra. To są zagazowani ludzie. Nie mamy czasu na myślenie, bo pejcze świszczą nad naszymi głowami. Nie wiem, co mam robić. Przyglądam się chwilę i widzę ludzi biegnących z pustymi noszami, stawiają je i biegną do tego stosu zwłok. Jeden łapie nieboszczyka za rękę, drugi za drugą rękę, ściągają go z tej góry, układają na noszach i błyskawicznie odbiegają, dźwigając załadowane nosze. Próbuję zrobić to samo, ale mi nie idzie, zwłaszcza ze jestem przerażony tym, co widzę. Chwytam rękę jednego nieboszczy­ka, na którym leży kilka ciał, mój towarzysz łapie martwego za drugą rękę i chcemy go wyciągnąć, ale bez skutku. Morderca widzi, ze stoimy już kilka minut, podbiega i zaczyna nas straszliwie bić. Krew ścieka nam po twarzy, lecz nie zważamy na to. wciąż próbujemy wyrwać nieboszczyka spod stosu ciał. Udaje się. Widzimy, jak trzeba pracować, wyciągamy więc szybko ciało. kładziemy na zakrwawionych noszach i biegniemy w tę samą stronę, co inni. Po drodze znów otrzymujemy razy od morderców, którzy stoją po obu stronach. Jesteśmy nowi i niezbyt zorientowani, toteż teraz też jesteśmy bici.

masowy-grob-treblinka-1943

Treblinka II. Otwarty masowy grób z ciałami ofiar z 1942. Fotografia z 1943 r. (źródło: Wikipedia)

Na drodze rozstawieni są „dentyści”, którzy oglądają kolejno ciała, czy nie ma w nich złotych zębów. Nie wiem jeszcze o tym, więc nie chcę się zatrzymywać – boję się bicia. „Den­tysta” widzi, ze trup, którego niosę, ma złote zęby. Zatrzymuje mnie, nie pozwala iść dalej, gdyż chce wyrwać mu zęby. Wrzeszczy do mnie. abym się nie ruszał z miejsca i zagradza mi drogę. Krzyczę do niego: „Czemu nie pozwalasz mi biec dalej? Przez ciebie zostanę zbity”. Zapewnia, że gdy stoję obok niego, nie zbiją mnie. Mówi mi po cichu, że jeśli przepuści zwłoki ze sztucznymi zębami, dostanie kulkę. Widzę, jak drżą mu dłonie. Po kilku sekundach powiada do mnie: „Pędź dalej!”.

Wdzieramy się do szeregu tragarzy biegnących ze zwłokami, jeden za drugim. Docieramy do głębokiego dołu, a ja próbuję naśladować to, co robią inni tragarze biegnący przede mną. Chcę, tak jak om, zrzucić ciało, przechylając nosze na bok. Ale głowa nieboszczyka zaklinowuje się między szczebelkami i nie mogę sobie z tym poradzić. Próbujemy wyrwać głowę zmarłego spomiędzy szczebli, ale bez powodzenia. W ten sposób zatrzymuję na chwilę tych, którzy zrzucają zwłoki, a znajdują się za nami. Robotnik, Żyd, który układa zwłoki ciasno obok siebie, jak śledzie, krzyczy, abym szybko postawił nosze na ziemi i wyszarpnął głowę przez zagłówek. Stojący obok dołu morderca podbiega do nas i smaga nas pejczem tak długo, aż uwalniamy głowę i odbiegamy z pustymi noszami w kierunku stosu zwłok. Przez ten czas. gdy usiłowałem uwolnić głowę nieboszczyka, szereg tragarzy został przerwany, a ja znalazłem się jako pierwszy z biegnących, smagany pejczem. Zdaje mi się. że nie mam ani jednego całego miejsca na ciele i nie mogę już tego znieść. Jesteśmy już przy posępnym stosie. Rzucam pośpiesznie nosze. Podbiegamy do stosu i ściągamy ciała znajdujące się na samej górze. Widząc, ze zbliża się bandyta, który chce nas uderzyć, niebacznie rzucam zwłoki twarzą do dołu. Łapiemy nosze i chcemy odbiec. Bandyta zatrzymuje nas i bije.

Tragarz, który nadbiega z naprzeciwka, wola. abym postawił nosze, przekręcił zmarłego, zwracając uwagę na to. by głowa spoczywała na deseczce, bo jeśli leży na szczebelkach, to przy zrzucaniu zahacza się i może w nich utkwić. Stawiam nosze, przekręcam ciało i biegniemy dalej. Biegnę tam i z powrotem kilkakrotnie i dopiero wtedy do­strzegam, co znajduje się w głębokim dole: na jego dnie stoi kilku robotników, wszyscy są Żydami i układają zwłoki jedne obok drugich. Tak przebiega praca. Dół stopniowo się zapeł­nia. Nie ma mowy o tym, aby można było choć na chwilę od­począć, ponieważ musimy biec jeden za drugim, bez przerwy. Biegniemy tam i z powrotem. Tak upływają dwie godziny, aż nadchodzi wieczór, a wydaje się, jakby upłynął cały rok. Zegar wybija godzinę szóstą po południu. Biegniemy ko­lejno do magazynu, gdzie zostawiamy nosze i łopaty. Muszą być od razu poukładane, gdyż w przeciwnym razie obrywa się pejczem. Wreszcie ustawiamy się do apelu i, po odliczeniu przy muzyce, zostajemy zagonieni do baraku otoczonego drutem kolczastym. […]

Fragment pochodzi z „Ocalałem z Treblinki. Wspomnienia…” J. Rajchman

Komentuj...