„Trudno opisać…” Relacjonuje Czesław Kuwałek

W dniu 29 IX 1943 r., w niedzielę po południu, doszła wiadomość, że zostaną wymordowane polskie wioski. Reakcje ludności były różne: jedni nie wierzyli w to, że ktoś tak ot sobie może przyjść i bez żadnej przyczyny wymordować polskie wsie, inni proponowali, aby wyjechać z rodzinami do Jagodzina, a jeszcze inni chcieli wioski bronić. Ta trzecia grupa dominowa­ła. Niestety, w tej grupie nie było ani jednego człowieka, który by znał się na rzemiośle wojennym i miał jaki taki autorytet. Brak było też rozeznania co do siły i uzbrojenia napastników.

W nocy z 29/30 IX 43 r. koło mego domu uformowała się kolumna wo­zów, załadowanych rodzinami chcącymi opuścić wioskę, ale niestety, zostali zawróceni w celu obrony wsi i to spowodowało, że niepotrzebnie zginęło aż tylu ludzi, bo około 480 osób. Wczesnym rankiem dnia 30 IX 43 r. wieś została ostrzelana na całej długości od strony południowej z broni maszynowej. Droga do Jagodzina została odcięta i gdyby nie wzniesienie, zza którego strzelali upowcy, wieś na pewno by się spaliła.

Chyba wszyscy się zorientowali, że aby bronić się przed taką siłą trzeba by mieć co najmniej od ośmiu do dziesięciu erkaemów. Banderowcy weszli do wioski po opadnięciu mgły, oczywiście uspokajając ludność i zapędzając do szkoły najpierw mężczyzn, a potem kobiety i dzieci na zebranie. Przed pójściem do szkoły kazałem rodzeństwu i ojcu wejść pod ułożony stos bali, przygotowanych na budowę, a sam chciałem się zorientować w sytuacji pod szkołą. Niestety, ojciec i rodzeństwo przyszli za mną pod szkołę i już nic dla nich nie mogłem zrobić. Jeszcze jakiś czas chodziłem między spędzoną ludnością polską i uzbrojonymi banderowcami, obserwując ich uzbrojenie i umundurowanie. Po ich zachowaniu doszedłem do wniosku, że nie będą łagodni i nikogo nie oszczędzą więc postanowiłem wycofać się spod szkoły, aby ukryć się w głębi wioski. Odszedłem od tłumu dopiero wtedy, gdy zaczę­li spędzać mężczyzn do szkoły, a kobiety do kościoła. Kiedy od strony Zapola wkraczał tłum Ukraińców obojga płci z widłami i siekierami, wycofałem się w głąb wioski z myślą że nie dam się zarąbać. Przebiegłem między doma­mi mieszkalnymi, a budynkami gospodarczymi aż do gospodarstwa Szwe­dów i znalazłem się w pułapce, bo akurat obejście Szwedów przetrząsali Ukraińcy. Było ich pełno na głównej drodze. Kogoś szamoczącego się do­prowadzali właśnie w kierunku szkoły. W tej sytuacji nie miałem innego wy­boru jak wejść pod płot, który od strony Szwedów był zarośnięty pokrzywa­mi, a w ogrodzie sąsiadów rosły dwa krzaki porzeczek i olbrzymie liście ło­pianu. Tam się ukryłem. Długo leżałem bez ruchu, aż w pewnym momencie usłyszałem głos Ukraińca: „bacz hde win sedit”. Początkowo myślałem, że mnie zobaczył i to już koniec, ale w tym momencie przyszła mi druga myśl, że dopóki nie zobaczę lufy karabinu w płocie, nie zdradzę swego ukrycia i w tym czasie usłyszałem płacz chłopca, lat może 10-ciu, Feliksa Szweda, który był ukryty w kopcu po ziemniakach. Jeden z Ukraińców kazał go za­strzelić, drugi zaś kazał iść do szkoły i chłopiec z płaczem poszedł w kierun­ku szkoły.

Leżąc pod płotem w ukryciu, przeżywałem jeszcze dwa zagrożenia, a mianowicie: pierwsze to, kiedy przerażona krowa pędziła w głąb wioski między zabudowaniami, sadząc przez płoty jak koń wyścigowy prosto na mnie. Bojąc się, że mnie roztratuje, poruszyłem się i to spowodowało, że nagle zahamowała tuż przede mną i zawróciła. Drugim zagrożeniem był pę­dzący na koniu Ukrainiec, który spojrzał w moim kierunku, kiedy się poru­szyłem, ale widać nie miał już czasu na działanie, ponieważ po chwili do wioski weszli Niemcy.

Z ukrycia wyszedłem wówczas, kiedy usłyszałem głos komendy nie­mieckiej i wtedy spotkałem mojego ojca i jeszcze kilka osób, między innymi kolegę szkolnego, mówiącego jako tako po niemiecku, Bolesława Trusiuka. On to prosił Niemców o ratowanie kobiet i dzieci. Kiedy to nie pomogło, pro­sił o wypożyczenie broni, bo odległość pędzonych kobiet i dzieci nie była większa niż 500-600 m od wioski. Niestety broni też nie pożyczyli i uśmie­chając się ironicznie odepchnęli go. W tym czasie stwierdziłem, że w studni Trusiuka, na podwórzu którego rozstrzeliwali mężczyzn, są zwłoki mojego pradziadka Władysława Kuwałka, liczącego 98 lat i trupy dzieci. Dzieci wrzucone do tej studni wyciągnięto później, ale niepodobna było je rozpoz­nać. Po wkroczeniu Niemców spomiędzy rozstrzelanych mężczyzn wstał Ju­lian Trusiuk, który chciał ocalić kobiety i dzieci, między innymi moją matkę lat około 50 i siostrę Olę z dzieckiem. Julian został później żołnierzem 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK i zginął 2-go kwietnia 1944 r. pod Zamłyniem. Miał pseudonim „Kowalski”.

Tego dnia niewielu wyszło z ukrycia, toteż nie można było zorientować się, ile osób ocalało. Ojca i stryja Aleksandra Trusiuka z synem Janem i oj­ca brata Tadeusza Kuwałka spotkałem zaraz po wkroczeniu Niemców do wioski. Natomiast o siostrze dowiedziałem się dopiero trzeciego dnia w Lubomlu. Siostra była ranna pod Sokołem trzykrotnie od jednej kuli; lewy bark, zbita czaszka pod prawym okiem i kostka prawej ręki. Opowiadała, że brat Henryk Kuwałek (11 lat) leżał zabity na jej nogach. Siostra miała wtedy 13 lat, wyszła z pobojowiska już pod wieczór i w pobliżu pomordowanych przenocowała, a następnego dnia rano poszła do wsi Wola Ostrowiecka i tam ją znaleźli skrwawioną i słabą chłopcy z powstającej samoobrony Rymacze-Jagodzin. Przewieziono ją do szpitala w Lubomlu.

Wrócę jeszcze do momentu spędzenia ludzi pod szkołę, aby scharakte­ryzować przewrotność Ukraińców, którzy początkowo rozmawiali grzecznie, wręcz po przyjacielsku. Kiedy jeszcze w zachodniej części wioski słychać było detonacje granatów, lub pocisków moździerza, przybiegła z płaczem dziewczyna, chyba Janina Fotek lat 18, mówiąc, że mama jest ranna. Na to szybko zareagował upowski oficer: „Tamaro, idź opatrz ranną” – zwrócił się do sanitariuszki. Obie poszły w kierunku zachodnim. Nie wiem jak daleko ją odprowadziła Tamara, bo chyba do rannej raczej nie doszły, ale oficer po­działał uspokajająco na tłum, który z zaufaniem wchodził do szkoły. Po la­tach spotkałem kolegę, który opowiadał, że życie swoje zawdzięcza matce, która podczas rozstrzeliwania przykryła go spódnicą i własnym ciałem. Za­nim z matką położył się w rzędzie do rozstrzelania, widział makabryczną i nieprawdopodobną scenę. Podczas układania, któregoś rzędu ludzi prze­znaczonych do rozstrzelania, Ukrainiec strzelił do chłopca lat może 3-4. Po­cisk zerwał mu wierzch czaszki i to dziecko wstało biegając to w jedną to w drugą stronę, płacząc, z otwartym, pulsującym mózgiem. Ukrainiec po­wtarzał strzały, a dziecko wciąż biegało. Dopiero któryś z kolei strzał uciszył płacz dziecka.

Co do pozytywnych zachowań Ukraińców wobec Polaków, to też się zdarzały. Wujek Bolesław Kuwałek mieszkał ze swoją rodziną w pobliżu granicy z Przekurką i tam się przyjaźnił z dwiema rodzinami ukraińskimi. Jednego z tych rodzin nazywali Mikolus, drugi chyba nazywał się Makar, wrócił na początku 43 r. z niemieckiej niewoli po kampanii wrześniowej, był w Wojsku Polskim kapralem. Podczas napadu UPA na Ostrówki, Wolę i Jankowce, wujek pracował przy budowie domu jako cieśla w okolicy Lu­bomla i kiedy się dowiedział o masakrze, już nie miał po co wracać do Ostrówek, ale jego rodzina – żona Helena, syn Eugeniusz, córki Leokadia i Marysia, synowie Stanisław i Jan oraz siostra żony Katarzyna przeżyli tę masakrę. Wspomniani Ukraińcy ukryli ich u siebie i w ukryciu trzymali ok. 3 dni. Następnie przeprowadzili do przeprawy na Bugu w Przewozie i oddali wujkowi. Mieszkają teraz gdzieś na Dolnym Śląsku w okolicach Lwówka i Wrocławia.

Trudno jest pisać o tych wydarzeniach temu, który sam je przeżył i stra­cił prawie wszystko, co najdroższe, to tak jak rozdrapywać przyschniętą ra­nę – czuje się wciąż ból w piersiach i dławi w gardle…

Podobne wpisy:

Komentuj