„Uciekałem wprost przed siebie”. Relacja Czesława Sawickiego.

Dodano 5 lipca 2016

Kupowalce były małą miejscowością, zamieszkałą prawie wyłącznie przez Polaków. Mieszkało w niej też kilka rodzin ukraińskich. Graniczyła z osadą Nowe Gniezno, zamieszkiwaną przez osadników wojskowych, legionistów, przeważnie oficerów. Jednym z nich był na przykład generał Galica, posiadający działkę o powierzchni 30 ha ziemi. Sam nie mieszkał w Nowym Gnieźnie, zaś ziemię rozdzielił między swoich trzech bratanków, dając im po 10 ha. Mieszkali tam też pułkownik Wróblewski, kapitanowie Sówczyński i Wantuch, porucznik Sapatkiewicz i jeszcze wielu innych, których nazwisk już nie pamiętam. Na południe od Kupowalec rozciągała się kolonia Lulówka, zamieszkała przez samych Polaków. Od strony zachodniej, do Kupowalec przylegały wsie Szeroka i Boroczyce, ukraińsko-polskie, z przewagą Ukraińców.

Do I wojny światowej w rejonie tym nie było ani szkoły, ani kościoła. Po odzyskaniu niepodległości, w okresie międzywojennym, szkołę wybudowano i zaczęto budować kościół, którego jednak przed wybuchem II wojny światowej nie ukończono. Po odzyskaniu niepodległości, przez wiele lat organizowano nauczanie szkolne w domach mieszkańców wsi. I tak w Kupowalcach dzieci uczyły się w domu mojego dziadka Walerego Sawickiego, gdzie ja sam pobierałem naukę przez trzy lata. W Lulówce zaś prowadzili w swoim domu szkołę państwo Romana i Aleksander Łazowscy. Od samego początku do tych szkół chodziły zarówno dzieci polskie jak i ukraińskie. Nie było żadnych podziałów a dzieci chodziły tam, gdzie im było bliżej. Po wybudowaniu szkoły w Nowym Gnieźnie, wszystkie dzieci z okolicznych wiosek chodziły już do jednej szkoły, i oprócz dzieci polskich czy ukraińskich, były nawet dzieci żydowskie (pamiętam trzech uczniów i uczennicę pochodzenia żydowskiego ze wsi Haliczany). Wyraźnie podkreślam, że w traktowaniu dzieci różnych narodowości nie było żadnych różnic i to nie tylko ze strony nauczycieli, ale i w gronie uczniów. Po I wojnie światowej w Kupowalcach została przeprowadzona komasacja gruntów. Mój dziadek, który gospodarzył na 40 hektarach, dostał dwie odległe od siebie o półtora kilometra działki, a ponieważ miał dwóch synów, dla każdego przeznaczył jedną z nich. Ojciec (starszy z braci) dostał działkę przylegającą do wsi Szeroka, w której w tym czasie mieszkali niemal sami Ukraińcy. Tam wybudował dom i z tego domu chodziłem do szkoły, z racji zaś bliskiego sąsiedztwa, razem z ukraińskimi dziećmi. Kolegami moimi byli między innymi Kuźma Niżnik, Iwan Wójtowicz i Maria Niżnik, siostra Kuźmy. Do 1939 roku żyliśmy w wielkiej przyjaźni. Chodziły z nami również inne dzieci ukraińskie, ale wymieniłem tych troje, bo oni, za kilka lat, wstąpili do bandy UPA po to, by mordować Polaków. Kuźma miał nawet stopień podoficerski, a Marysia była łączniczką. Bardzo poprawne stosunki polsko-ukraińskie uległy znacznemu pogorszeniu w 1939 roku, po wkroczeniu sowietów na kresy wschodnie.

Niektórzy Ukraińcy poszli na współpracę z sowieckimi okupantami – zaczęły się donosy na Polaków, powodujące represje NKWD. Na początku jednak tylko niektórzy Ukraińcy byli do Polaków nastawieni wrogo, bowiem sowieci zaczęli „rozkułaczać” zarówno bogatych Polaków jak i Ukraińców oraz represjonować zarówno polską jak i ukraińską inteligencję. Nikt wszakże nie ma wątpliwości, że w poprzedzającym te represje rozpoznaniu brali udział miejscowi Ukraińcy. Na skutki nie trzeba było długo czekać. 10 lutego 1940 roku, gdy obudziliśmy się rano, zamieszkałe dotąd przez legionistów Nowe Gniezno – było puste. Wyły tylko psy, zaś Ukraińcy rabowali resztki dobytku. Mieszkańcy zostali wywiezieni na Sybir. To był początek tragedii. Po pierwszej wywózce nastąpowały w różnych miejscowościach kresowych kolejne. Pamiętam, jak przygotowywaliśmy się na to, że możemy znaleźć się w następnym transporcie. Robiło się zapasy żywności, a przede wszystkim suszonego pieczywa i czekało na swą kolejkę. Kiedy Niemcy, przepędziwszy sowietów wkroczyli na nasze ziemie, wydawało się, że ten koszmar minął. Był to jednak dalszy ciąg tragedii. Niemcy utworzyli policję ukraińską i oddali w ich ręce wiele urzędów. Zaczął się terror. Policja ukraińska dokonywała aresztowań Polaków z byle powodu.

Po miesiącu czasu od wkroczenia Niemców zostali aresztowani mój starszy brat Zygmunt i sąsiad Aleksander Łazowski, pod zarzutami przynależności do związku strzeleckiego i posiadania broni. Brat, w 1939 roku, w obliczu zagrożenia najazdem, rzeczywiście został powołany do obrony terytorialnej kraju. Wyposażony w karabin, wraz z kolegami, ochraniał most i inne ważne okoliczne obiekty. Po wkroczeniu Armii Czerwonej wrócił do domu nocą. Pamiętam, jak przyszedł do stodoły gdzie spałem, obudził mnie i jak radziliśmy nad tym, co zrobić z bronią. Postanowiliśmy ukryć ją przed NKWD, w tajemnicy przed ojcem, bo jak już wiedzieliśmy, za posiadanie broni groziła wywózka rodziny na Sybir. Karabin został zakonserwowany i zakopany. Nie zeszło długo, gdy przyszło dwóch enkawudzistów i dwóch Ukraińców na rewizję. Nie znaleźli nic. Kiedy najeźdźców sowieckich zamienili najeźdźcy niemieccy, Ukraińcy znów przypomnieli sobie o broni i  aresztowali brata. Został strasznie pobity, ale nie przyznał się. W końcu zarówno bat Zygmunt jak i jego kolega Alek zostali zwolnieni. Komendantem policji w Kupowalcach (polskiej miejscowości) był wtedy Ukrainiec Wawryszczuk a jego zastępcą Romaszko. Nieco później przeszli oni do band jako ich przywódcy i stali się najbardziej znanymi w okolicy, bestialskimi mordercami Polaków.

Pod okupacją niemiecką terror nasilał się stopniowo. W pierwszym okresie Niemcy przystąpili do przymusowego wywozu robotników do Rzeszy. Pomagali im w tym Ukraińcy, w związku z czym wywózka dotyczyła przede wszystkim Polaków. Zaczęły tworzyć się dobrze zorganizowane bandy nacjonalistów ukraińskich, z którymi nieoficjalnie współpracowała ukraińska policja. Już pod koniec 1942 roku zaczęto dokonywać pojedynczych mordów. I tak w Łobaczówce, 6 km od Kupowalec, wymordowana została rodzina Zawilskich. W tej samej miejscowości, w dwa tygodnie później, Ukraińcy zamordowali Karola Wala, młodego człowieka (kawalera), który przed wojną należał do związku strzeleckiego.

Choć w Kupowalcach nic się jeszcze nie działo, zewsząd nadchodziły bardzo niepokojące wieści. Było tak do marca 1943 roku.  Na początku marca tego roku moja rodzina przeżyła pierwszy napad bandytów na nasz dom. Tak jak wiele innych domów w Kupowalcach i Lulówce był on dobrym celem, bo postawiony był przy lesie, od którego dzieliła go tylko droga. Już od dłuższego czasu ja, wraz z młodszym bratem Alfredem, ze względów bezpieczeństwa sypialiśmy w stodole. W domu nocowali rodzice Anna i Michał Sawiccy oraz siostry Monika i Alicja. Tego dnia, gdzieś około jedenastej w nocy posłyszałem, że jedzie jakaś furmanka. Od razu domyśliłem się, kto o tej porze może jechać. Obudziłem brata i zaczęliśmy obserwować, co się dzieje. Furmanka zatrzymała się przy naszym domu. Zeskoczyło z niej trzech banderowców i udało na podwórko. Zaczęły ujadać psy a oni podeszli pod drzwi. Zaczęli w nie walić pięściami i krzyczeli, by otworzyć. Nikt im jednak nie otworzył, więc próbowali wyważyć je siłą. Ale drzwi nie puściły. Podeszli więc pod okno i kolbą karabinu wybili szybę. Słyszeliśmy, jak ojciec zaczął wołać o pomoc. Wtedy jeden z nich strzelił do ojca przez okno. Później okazało się, że nie trafił. Ja zaś nie wiedziałem co mam robić, bo byliśmy bezbronni (w związku z tym, że dotąd było spokojnie, karabin był zakopany), i w tych nerwach przyszło mi do głowy, żeby gwizdnąć. A gwizdałem na palcach bardzo głośno. I gwizdnąłem, jak umiałem najgłośniej, trzy razy. Ku mojemu zdziwieniu, bandytów naprzód poderwało, po czym zaczęli uciekać w popłochu. Najprawdopodobniej myśleli, że nadchodzi pomoc. Tej nocy już się nie pojawili. Była to dla nas wielka przestroga. Ponieważ tego dnia bracia Zygmunt i Zenek pomagali dziadkowi i podczas napadu nocowali u niego, postanowiliśmy się nie rozdzielać, a przede wszystkim nie nocować w domu. Podobne środki ostrożności podjęła sąsiedzka rodzina Łazowskich. Zaczęliśmy wspólnie wartować, został odkopany karabin, który w dzień był przechowywany w schowku i wyciągany na noc. Spaliśmy w stertach słomy i stodołach.

Długo nie zeszło. W niedzielę palmową napadnięta została rodzina Łazowskich. Tak się złożyło, że wartę pełniliśmy wspólnie z Henrykiem Łazowskim. Ja miałem z sobą karabin. Nasza zmiana miała skończyć się o północy, a podmienić nas mieli mój starszy brat Zygmunt i ojciec Heńka Aleksander Łazowski. Heniek przyszedł do mnie około godziny dziewiątej. Byłem gotowy. Rodzina udała się do kryjówki poza domem. Rozejrzeliśmy się dookoła – wszędzie panowała cisza. Zaszliśmy do domu Heńka, ale nikogo już nie zastaliśmy, gdyż rodzina Heńka udała się również do kryjówki poza domem w stercie słomy, z nimi zaś mój brat Zygmunt, który miał wartować od północy. Podeszliśmy pod ten schowek – nic niepokojącego nie zauważyliśmy, i następnie udaliśmy się pod magazyn zbożowy. Tam usiedliśmy na ganeczku. Była to dosyć jasna noc księżycowa. Rozmawialiśmy po cichu – pamiętam, że o karabinie, i o tym, że mamy niewiele oryginalnej amunicji, bo był to karabin francuski „Libella”, ale też pasowała do niego amunicja sowiecka.  Łazowscy, tak jak my, mieszkali pod lasem. Tuż przy lesie stała duża szopa na narzędzia rolnicze. W pewnej chwili zauważyliśmy, że zza tej szopy zaczęli wychodzić uzbrojeni bandyci. Było ich siedmiu. Widzieliśmy jak zaczynają się rozstawiać. Dwóch zostało za szopą, dwóch zaszło dom od tyłu, zaś trzech skierowało się do drzwi wejściowych do domu. Widzieliśmy, że to nie przelewki, a ponieważ znajdowaliśmy się zbyt blisko, ostrożnie wycofaliśmy się za magazyn. Był tam drewniany płot ze sztachet, łączący magazyn z budynkiem gospodarczym. Przykucnęliśmy za nim i obserwowaliśmy dalsze poczynania bandytów. Tymczasem ci, co podeszli pod drzwi zaczęli w nie uderzać i wołać, aby otworzono. W domu była jedynie babcia Łazowska-Bogacka, która im nie otworzyła.  Przypatrywaliśmy się temu z odległości mniejszej niż 20 metrów. Ja chciałem strzelać, bo strzał był pewny. Nastąpiła krótka wymiana zdań ale, Heniek był temu przeciwny. Ta krótka rozmowa zwróciła na nas uwagę bandytów. Zostaliśmy zauważeni i musieliśmy się wycofać. Skierowaliśmy się w stronę lasu i wskoczyliśmy do znajdującego się tam rowu. Tu, nie pytając Heńka, zacząłem strzelać. Bandyci szybko opuścili podwórko, skryli się za szopą i zaczęli strzelać w naszym kierunku. To jednak nie przynosiło żadnych efektów i wkrótce strzelanina ustała. Siedzieliśmy w zupełnej ciszy około czterdziestu minut. Na nieszczęście, mój młodszy brat Zenon, postanowił sprawdzić co się stało i biorąc z sobą psa skierował się w stronę zabudowań Łazowskich. Podszedł do szopy, prosto pod bandziorów. Wtedy jeden z nich strzelił i trafił go pociskiem rozrywającym w nogę, powyżej kolana. Kiedy usłyszałem strzał, nie wiedząc co się dzieje, zacząłem strzelać w kierunku szopy. Wtedy zobaczyliśmy, że bandyci zaczynają się wycofywać. Ale jeden z nich podbiegł do leżącego na ziemi brata, wymierzył do niego z karabinu i strzelił w głowę. Jak się później okazało trafił w szczękę, a kula wyszła drugą stroną. Bandzior powiedział „hotow” i dołączył do pozostałych, pośpiesznie opuszczających zabudowania. Nic nie wiedzieliśmy o tym, co się stało, ale po pewnym czasie usłyszeliśmy jęki. Udaliśmy się w tym kierunku i znaleźliśmy brata w okropnym stanie. Noga była powyżej głowy i latała we wszystkie strony. Nie bardzo wiedzieliśmy co mamy robić, w końcu przynieśliśmy drzwi z kuchni, ostrożnie ułożyliśmy na nich Zenka a Heniek i mój brat Zygmunt przenieśli go na podwórko, ja zaś stałem w pogotowiu z bronią na straży, bo nie byliśmy pewni czy bandyci nie wrócą. Zaprzęgliśmy konie do wozu i przewieźli brata do dziadka w Kupowalcach, skąd dalej do szpitala w Horochowie. Ja przez cały czas konwojowałem furmankę z bronią gotową do strzału.

W Kupowalcach, po tym napadzie, na jakiś czas uspokoiło się. Jednakże z okolicznych miejscowości nadchodziły coraz straszniejsze wiadomości. Ukraińcy zorientowali się, że niektórzy Polacy posiadają broń i pewnej nocy powiesili na kuźni wezwanie, aby wszyscy Polacy oddali broń, składając ją na cmentarzu, a jeśli tego nie zrobią, to wieś zostanie spalona. Wielu (szczególnie starszych) mieszkańców podporządkowało się. Po pewnym czasie, do sztabu bandytów znajdującego się w Szerokiej, wybrali się przedstawiciele mieszkających na tych terenach od wieków rodzin – mój stryj Bolesław Sawicki, Tadeusz Gąsiorowski i Aleksander Gilewicz. W sztabie spotkali się z przywódcą bandytów Gilem, który zapewnił ich, że mieszkańcom, którzy mieszkają tu z dziada pradziada nic nie grozi, i że mogą być o swoje życie spokojni. Jednakże fakty tego nie potwierdzały. Relacje uciekinierów z innych miejscowości zaświadczały o dokonywaniu mordów masowych. Im też mówiono to samo, a potem mordowano bez skrupułów. Tym niemniej zdania na ten temat były podzielone, gdyż niektórzy starsi ludzie łudzili się i wierzyli Ukraińcom, choć było to tylko czekaniem na swoją kolejkę.  Po napadzie na dom Łazowskich, szliśmy wszyscy na noc do Kupowalec i tam wystawialiśmy wzmocnione warty. Ja przebywałem w swoim domu bardzo rzadko. Nawet nie zjawiałem się tam na posiłki. Mama wynosiła mi jedzenie pod szopę, gdzie było złożone drewno budowlane, ponieważ ojciec zamierzał budować stajnię na konie, a wybuch wojny mu w tym przeszkodził. Wobec przerażających doniesień o dokonywanych przez Ukraińców mordach bezbronnej ludności, ważyliśmy decyzję opuszczenia Kupowalec. I taką decyzję podjęliśmy bodajże 14 lipca 1943 roku.  Zaczęły się przygotowania. Mama tego dnia wywiozła do miasta powiatowego Horochowa moją najmłodszą siostrę Alicję, zostawiając ją u księdza z naszej parafii Kobylińskiego, który w Horochowie schronił się już wcześniej. 16 lipca, z rana, ojciec pojechał do kowala, by poprawić coś przy wozie. Czuło się już najwyraźniej atmosferę niepokoju i wielu mieszkańców Kupowalec i pobliskich miejscowości rozważało możliwość opuszczenia swych domów. Zaraz po południu udałem się do Łazowskich. Gdy tam trafiłem, rodziców Heńka nie było, gdyż około południa pojechali wozem na znajdującą się w odległości ok. 1,5 km, nowo kupioną od legionisty, pułkownika Wróblewskiego działkę, grabić uprzednio wykoszoną mieszankę paszową. Heniek i jego siostra Pelagia udawali się tam również. Szedłem z nimi pieszo kawałek, a następnie skręciłem do domu pod szopę, gdzie mama przynosiła mi obiad.  Jadłem obiad z mamą, bratem Alfredem i siostrą Moniką. Ojciec był u kowala a brat Zygmunt u dziadka. Ledwo skończyliśmy jeść, zobaczyliśmy, jak drogą maszeruje ogromna, licząca ze stu ludzi gromada. Na czele szedł człowiek z harmonią, i posłyszeliśmy, że gra melodię piosenki „Smert, smert Lacham”. Była to jedna z grup ukraińskich bandytów otaczających miejsca zamieszkania Polaków. Byliśmy bezbronni, bo w ciągu dnia jedyny karabin, jakim dysponowaliśmy, znajdował się w schowku. Siostrze i bratu kazałem natychmiast uciekać w zboże. Kolumna przeszła obok, więc jeszcze nie byliśmy zorientowani w ich zamiarach, ale za chwilę dostrzegłem, że kilku z nich za sadem ustawia karabin maszynowy nazywany przez sowietów „diechtiariowem”. Zostało przy nim trzech bandytów. Pokazałem ich mamie i już wiedzieliśmy, co to oznacza. Prosiłem mamę, by uciekała, ale ona uparła się, by iść do obory i wypuścić krowy. Ja ukryłem się i widziałem, jak krowy wychodzą, w tym jednak momencie na podwórko weszło trzech bandziorów. Skierowali się do obory a ja dosłyszałem ich słowa: „chto u was jest w chati?”. Nie słyszałem odpowiedzi, bo rzuciłem się do ucieczki, jednocześnie rozglądając się, czy gdzieś nie widać siostry i brata. W tym czasie oprawcy zawlekli mamę do mieszkania, gdzie w okrutny sposób ją zamordowali (zakłuta została nożami). Dziadek Kuźmy Niżnika, który żył w przyjaźni z moim dziadkiem Walerym Sawickim, opowiadał później mojemu bratu Zenkowi (w szpitalu), że moja mama i brat Alfred byli bardzo zmasakrowani. Mój ojciec w pierwszej chwili skrył się w zbożu i siedział tam aż do nocy. W nocy udał się do naszego sąsiada Nikoły Kowalczuka, który przechowywał go przez kilka dni. Uciekałem wprost przed siebie i doleciałem do rosnącej na środku pola niewysokiej czereśni. Wdrapałem się na nią i zacząłem rozglądać dookoła. Zobaczyłem, że bandyci rozciągają się w tyralierę i po kilku kierują się do zabudowań. Wkrótce zostałem zauważony i w moim kierunku posłano serię z karabinu maszynowego. Zaszeleściły liście, ale nie zostałem trafiony. Prawie natychmiast zeskoczyłem i najprawdopodobniej Ukraińcy uznali, że zostałem zestrzelony, bo już więcej nie próbowali strzelać. Ja zaszyłem się w zboża, zająłem pozycję na wzniesieniu i czekałem, co będzie dalej.  Dobrze widziałem odcinek drogi, która prowadziła ze Stojanowa do Beresteczka. Po drugiej stronie tej drogi było kilka domów odległych ode mnie o jakieś 250 m. Mieszkała tam między innymi rodzina Gadawów. W tym czasie, niczego nie podejrzewając, pracowali w ogrodzie. Była tam matka wdowa z trójką dzieci, a najstarszy syn miał 14 lat. Był z nimi również przechowywany i ukrywany przez tę rodzinę żołnierz sowiecki, który uciekł z obozu jenieckiego. Widziałem, jak skierowało się tam czterech bandytów. Wszystkich mieszkańców bandyci zagonili do domu. Tam matkę, jej trójkę dzieci i żołnierza, w okrutny sposób zamordowali.  Właśnie za tym domem pracowała przy sianie rodzina moich sąsiadów – Łazowskich. Gdy bandyci skończyli z Gadawami, wyszli na zewnątrz, a jeden z nich przyklęknął i strzelił w kierunku Łazowskich. Po tym strzale Heniek Łazowski rzucił widły i zaczął uciekać w kierunku Szerokiej. Gdy dobiegał do łanu zboża, z tego zboża wyskoczył bandzior z karabinem, chciał Heńka zatrzymać, ale nie udało się to, bo Heniek biegł bardzo szybko. Ukrainiec zaczął go gonić i strzelać z karabinu. Strzały nie były celne. Biegnąc Heniek wpadał do domów i wołał: „uciekajcie bo mordują!”. W pierwszym domu na Szerokiej goniący Heńka Ukrainiec dopadł matkę i córkę Drewnowskie, które zastrzelił. Heniek pędził dalej i wpadł do domu rodziny Gilewiczów (Aleksandra Gilewicza). Zaalarmował ich, po czym wszyscy rzucili się do ucieczki. Nie zdążył tylko dziadek Gilewicz, którego dopadł Ukrainiec i zastrzelił. Heniek biegł dalej przez Kupowalce i alarmował innych mieszkańców. Dzięki niemu wiele osób zdołało uciec, przede wszystkim w zboża, i uniknąć śmierci.  Kiedy Heniek Łazowski zaczął uciekać przed bandytami, jego bliscy, pracujący przy sianie, zaczęli uciekać w kierunku wozu. Zobaczyli jednak, że w zbożu są Ukraińcy i myśleli, że Heniek został zabity. Byli zdezorientowani. Ale niedaleko mieszkała rodzina niemiecka, więc postanowili tam się ukryć. Schowali się w stodole. Nie udało im się jednak uciec przed pogonią. Bandyci ich dopadli. Mieszkająca tam Niemka Hapko opowiadała, że początkowo ją i Łazowskich zgonili razem do stodoły, gdy jednak dowiedzieli się, że jest Niemką puścili wolno. Widziała, jak matka Łazowska klęknęła przed bandziorami i prosiła, aby ją i ojca Łazowskiego zabili, a darowali życie córce Pelagii, synowej Antoninie i jej czteroletniej córeczce Inezie. Ukraińcy zabili jednak z premedytacją naprzód małą Inezę, potem Pelagię, dalej Antoninę a na końcu widzących to wszystko rodziców Heńka Romanę i Aleksandra. Potem stodołę podpalili. Nie wiadomo nawet, czy w momencie podpalenia wszyscy byli już martwi. Wcześniej w domu Łazowskich Ukraińcy zamordowali babcię Łazowską-Bogacką. Tak zginęła rodzina Łazowskich. Moją rodzinę spotkał łagodniejszy los. Siostra Monika ukryła się dobrze w zbożu i przeżyła. Brata Alfreda, który miał wtedy 14 lat, Ukraińcy złapali, zaciągnęli do mieszkania i w okrutny sposób zamordowali. Ojciec zaś, który był u kowala w Kupowalcach, jak już pisałem, zdołał się uratować.  Ja przez jakiś czas siedziałem w zbożu, przez które przeszła w kierunku Kupowalec wspominana tyraliera bandytów. Zauważyłem jednak, że od strony Lulówki zbliża się następna tyraliera i bandyci idą gęsto, więc wiedziałem, że nie mam szans, i że nie było na co czekać. Ruszyłem zbożami w kierunku Haliczan. Była to wieś czysto ukraińska i liczyłem na to, że tam bandyci nie będą szukać, i można będzie bardziej bezpiecznie ukryć się w zbożach. Tak też zrobiłem. Znalazłem sobie dobrą kryjówkę i przesiedziałem w niej do nocy. Stamtąd też obserwowałem co się dzieje. Widziałem jak Ukraińcy plądrowali i rabowali wszystko, co było w zabudowaniach, słyszałem krzyki i wołania o ratunek mordowanych Polaków. Widziałem jak czesali zboże i mordowali wyciąganych z niego niedobitków. A gdy już zakończyli polowanie na ludzi i zrabowali co się dało, zaczęli palić Kupowalce. Wysadzili w powietrze szkołę i kościół. Spalone zostały całe Kupowalce i część Szerokiej. Część zabudowań pod lasem nie była tego dnia spalona, ale później została rozebrana.  Gdy nastała noc, spod Haliczan wyruszyłem w kierunku stacji kolejowej Horochów 2, obsadzonej przez uzbrojoną placówkę niemiecką. Aby tam się dostać, trzeba było naprzód przejść przez dobrze pilnowaną przez bandytów szosę Horochów-Beresteczko. Noc była bardzo jasna. Widać było, że co kawałek stoją posterunki bandytów i likwidują wszystkich, którzy przez tą szosę zamierzali przejść. W miejscu, w którym się znalazłem, po drugiej stronie szosy był mały wiśniowy sad. Pomyślałem, że mogę przeskoczyć przez drogę i się w nim schować. Długo obserwowałem otoczenie i nie zauważyłem nic podejrzanego. Więc zaryzykowałem. Kilka skoków i byłem po drugiej stronie. Wpadłem między wiśnie, ale ku memu przerażeniu wprost na stojących tam dwóch uzbrojonych bandziorów. Znalazłem się przed nimi nie więcej jak o jeden metr. Całe szczęście, że i oni przestraszyli się podobnie jak ja – krzyknęli wprawdzie kto idzie, ale zanim zdołali zareagować, wykonałem zwrot i przeskoczyłem z powrotem na drugą stronę. Zaczęli mnie wprawdzie gonić i strzelać, ale w nocy miałem nad nimi przewagę i zdołałem uciec. Udałem się więc w stronę Kupowalec. Tam była inna sytuacja, bo teren był zasnuty gęstymi dymami a widoczność bardzo mała. Jednakże ja znałem go bardzo dobrze, w związku z czym mogłem przekroczyć drogę w miarę bezpiecznie. I jeszcze jedna przeszkoda – rzeka Gniła Lipa, przez którą udało mi się przeprawić i znaleźć przy torach, prowadzących do stacji. I tak dotarłem do stacji Horochów 2, gdzie było już bezpiecznie i gdzie znajdowali się pierwsi uciekinierzy a ciągle przybywali nowi. Był to już wczesny ranek, 17 lipca 1943 roku.  Niemcy dali nam ochronę, zaś wszystkich zdrowych i sprawnych, a przede wszystkim młodych przewieźli do Horochowa, tam podzielili na grupy – jedną samotnych, drugą żonatych z rodzinami jak też osobno całe rodziny i zakwaterowano gdzie to było możliwe – w domach pożydowskich, bądź u dobrych ludzi. Znalazłem się w pierwszej grupie, która składała się z ludzi najsprawniejszych, w większości młodych, nie obarczonych koniecznością opieki nad bliskimi. Ustawiono nas w czwórki i zaprowadzono do gimnazjum, znajdującego się obok budynku żandarmerii niemieckiej. Tam nas uzbrojono. Mieli tam dużo broni sowieckiej, którą mogli przekazać bez specjalnych formalności. Komendę nad oddziałem przejął przedwojenny komendant Związku Strzeleckiego z Poluchna – Muciewicz. Ze strony niemieckiej, niejako zwierzchnikiem, został oficer niemiecki, z pochodzenia Czech, który dosyć dobrze mówił po polsku. Tak została stworzona legalna samoobrona, która miała na celu dać odpór bandom, mordującym nie tylko Polaków, ale i Niemców. Odtąd zaczęła się nasza zorganizowana służba, którą pełnili w zdecydowanej większości ludzie tragicznie doświadczeni, z których niemal każdy przeżył utratę swoich najbliższych. Działania nasze miały przede wszystkim na celu ratowanie niedobitków, znajdujących się w okolicznych zbożach i innych kryjówkach.

Po paru dniach zaczęliśmy przeszukiwać teren Kupowalec. Znaleźliśmy tam wielu żyjących jeszcze mieszkańców, na przykład ukrywającą się w zbożu przez 10 dni rodzinę Kazimierza Gilewicza z dwójką małych dzieci (rzecz jasna nie wiedzieliśmy wtedy, iż ratując niespełna trzyletniego Krzysia, ratujemy obecnego redaktora naczelnego „Gazety Łańcuckiej” – Krzysztofa Gilewicza), mego ojca Michała Sawickiego, który jak wspominałem w czasie mordu był u kowala oraz bardzo wielu innych mieszkańców Kupowalec i pobliskich miejscowości. Naszym zadaniem było również zaopatrywanie uciekinierów w żywność. W związku z tym wyjeżdżaliśmy do miejscowości penetrowanych przez bandy i niemal z bronią w ręku kosiliśmy zboża, kopaliśmy ziemniaki i zbierali inne nadające się do spożycia płody i produkty tak, by uratowani, lecz odcięci od wszystkiego ludzie, mogli przeżyć.  W mieście Horochowie działała również samoobrona, tylko że konspiracyjnie. Tworzący ją Polacy musieli ukrywać się przed Niemcami. Zorganizowali się, bo dużego ośrodka miejskiego (miasta powiatowego) pilnowało zaledwie 11 niemieckich żandarmów, a była to zbieranina, przede wszystkim ludzi starszych, nieprzydatnych na froncie. Samoobrona horochowska działała przede wszystkim w nocy, gdyż wtedy miasto narażone było na największe niebezpieczeństwo, jako że Niemcy zamykali się na noc w swoich budynkach, pozostawiając miasto na pastwę losu. Kiedy już powstała nasza samoobrona, sytuacja zmieniła się, bo firmowaliśmy wobec Niemców wszystkie działające w mieście tego typu polskie organizacje. Wspólnie wyjeżdżaliśmy bronić Polaków przed napaściami Ukraińców, mieliśmy też pod swoją opieką majątek Koniuchy, gdzie schroniło się bardzo dużo polskich uciekinierów, a który ochraniało zaledwie czterech Niemców. Tyle tylko, że dysponowali tankietką. Nas zaś było tam zawsze około trzydziestu, przy czym zmienialiśmy się co trzy tygodnie.  Na jesieni 1943 roku sytuacja zaczęła się stabilizować. Uchodźcy polscy rozjeżdżali się w różne strony, bandyci ograniczyli swą aktywność, a wszyscy czekali na zbliżający się front. Zostaliśmy w Horochowie do lutego 1944 roku. Jak już front był blisko, podążyliśmy za wycofującymi się Niemcami. Horochów na parę dni został bez opieki. Wystarczyło to, by Ukraińcy mogli wysadzić jeszcze w powietrze horochowski kościół. Udaliśmy się naprzód do Kamionki Strumiłowej, pod którą zatrzymaliśmy się przez tydzień, potem parę dni koszarowaliśmy w Żółkwi a na koniec dotarliśmy do Rawy Ruskiej. W Rawie zostaliśmy przez Niemców rozbrojeni. Niemcy chcieli wykorzystać nas wysyłając na front zachodni (do Francji). W tym celu przetransportowano nas do Lwowa i postawiono przed komisją lekarską. Tam właśnie dowiedzieliśmy się o ich zamiarach, co zadecydowało o tym, że natychmiast rozproszyliśmy się, nawiązując łączność z organizacjami polskimi we Lwowie.  Chcę tu jeszcze wspomnieć jeden szczegół. Pamiętam, jak po przywiezieniu do Lwowa wysiadaliśmy z pociągu śpiewając pieśń: „Pośród wichrów i zamieci, huku armat, świstów kul, bronią Lwowa polskie dzieci, znoszą rany trud i ból…” To było w tym czasie nie do pomyślenia. Ludzie tłumnie wybiegali na ulicę, gorąco nas witając i wypytując skąd się tu wzięliśmy i jakim jesteśmy wojskiem. Polacy płakali, Ukraińcy zgrzytali zębami, zaś Niemcy nic nie rozumieli, bądź udawali, że nic nie rozumieją. Nasza samoobrona rozpierzchła się we Lwowie. Każdy udał się w swoją stronę. Ja ze Lwowa przyjechałem do Białobrzeg i mieszkam w nich do dzisiaj.

Relacja Czesława  Sawickiego, urodzonego 24.04.1923 roku w Kupowalcach, gmina Brany, pow. Horochów, woj. wołyńskie, spisana w czerwcu 2000 roku, uzupełniona, poprawiona i autoryzowana w dniu 8 lipca 2003 roku, zamieszczona w II części książki Krzysztofa Gilewicza „Krzyż Wołynia”. (wolyn.org)

Skomentuj