Zbrodnie UPA: Wspomnienia Heleny Wójtowicz (Karbowiak)

Dodano 28 października 2013

(…) Na początku roku 1943, już zaczęło się robić bardzo niespokojnie. W Wielkim Poście w naszym domu, jak zwykle dyskutowaliśmy o tej niełatwej, naszej sytuacji i pamiętam z tamtych dni, następującą historię, którą opowiadali, albo moi rodzice, może rodzeństwo, a może jeden z naszych gości, w każdym razie, było to tak: „W każdej wsi ukraińskiej, gdzie była wdowa, otrzymała polecenie, aby upiec siedem chlebów, a następnie roznieść do siedmiu wiosek, do domów, gdzie także mieszkały ukraińskie wdowy, a one znowu piekły i roznosiły dalej tak samo, jak te pierwsze. Potem zrodziło się w naszej polskiej społeczności słynne powiedzenie: „Gdzie piekli, tam siekli!”. W opinii mojej rodziny, to roznoszenie pieczonych bochenków chleba, było znakiem rozpoznawczym do mordowania polskiej ludności, zresztą nie tylko my tak sądziliśmy, ale ogół naszych wołyńskich rodaków. Poza tym, było u nas spokojnie, aż do Wielkiego Tygodnia 1943 r., kiedy to ludzie zaczęli ze sobą rozmawiać, że Ukraińcy gdzieniegdzie mordują pojedynczych Polaków. Wieczorami zaś, każdy mógł osobiście zobaczyć, wielkie łuny na niebie, a nasi ludzie komentowali to jednoznacznie: to palą się polskie wsie i kolonie, a Ukraińcy właśnie mordują tam ludzi. Pierwszą ofiarą w naszych stronach, o której mi wiadomo, to był Polak ze wsi Smolarnia o nazwisku Łuszczak. Gdy tylko mama Jadwiga dowiedziała się o tym, zaraz po świętach, już we wtorek, wybrałyśmy się tam. Chciałyśmy się dowiedzieć, jaka była przyczyna tego zajścia z Ukraińcami i dlaczego Łuszczak zginął, ale nikt nic nie wiedział, jakby bez żadnej przyczyny.

JAK WOJNA ROZPALAŁA NIENAWIŚĆ UKRAIŃCÓW

Gdy przyszłyśmy do domu Łuszczaków, jego żona opowiadała nam osobiście przebieg tej tragedii, mówiła tak: „W nocy z niedzieli na poniedziałek do naszego domu przyszło dwóch Ukraińców z bronią. Gdy mój mąż ich zobaczył, rzucił się do gwałtownej ucieczki na strych, widać coś przeczuwał, lub coś wiedział, bał się i nie chciał się z nimi spotkać. Wtedy oni zaczęli za nim strzelać, niestety trafili go, jak był na dachu, ranny mąż spadł na ziemię i się zabił. Ukraińcy przynieśli ciało do domu i odeszli.” Łuszczakowa była mamusią chrzestną, mojej rodzonej siostry Władysławy, już jako wdowa wraz z dziećmi, przeżyła wojnę i wyjechała na Pomoże i osiadła w miejscowości Pszczółki koło Gdańska. Dowiedziałyśmy się jednak przy tym, że w niedalekim Chobułtowie, Ukraińcy wymordowali całą i liczną, polską rodzinę Rudnickich. Oprócz tych tragedii, przez całe święta, aż do krwawego lipca, panował w naszych stronach, jeszcze dość względny spokój.

KRWAWE ŻNIWA ROKU PAŃSKIEGO 1943

W lipcu rozegrała się ostatnia, jakże tragiczna karta naszego życia na polskim Wołyniu. Już w czerwcu 1943 r. przez naszą kolonię Teresin, nocami przejeżdżali się uzbrojeni Ukraińcy i głośno śpiewali, a raczej wydzierali się tak: „Smert, Smert, Smert Lacham, Komunistom i Żydam!” Chcę pokreślić, że wiele razy słyszałam to osobiście, a nawet widziałam ich w drodze z Tartaku na Wólkę Swojczowską. Zwykle było ich dwóch, lub trzech i byli uzbrojeni w karabiny. W czerwcu zdarzyło się to co najmniej pięć razy, a może i więcej. Jeszcze zanim uciekliśmy z Teresina, prowokacje te powtarzały się, także w pierwszych dniach lipca. Właśnie na początku lipca do naszego domu, przyszło dwóch uzbrojonych Ukraińców i zaczęli domagać się, aby wydać im broń. Byli przekonani, że nasz tata, jako gajowy musi mieć ukrytą broń osobistą. Nie wierzyli w nasze zapewnienia, iż broni w domu nie ma i zrobili ostrą rewizję, przewracając wszystko do góry nogami. Szukali zapamiętale w stodole, w oborze i na strychu, wszędzie kłuli bagnetami, ale nic nie znaleźli i spokojnie odeszli, już więcej nas w domu nie nachodzili. Tatuś był w tym momencie nieobecny bowiem kosił siano na łące w Kohylnie.

To było 8 lipca, tuż przed tą rewizją w naszym domu, miałam niezwykły, jak się później okazało proroczy sen, śniło mi się tak: „Idę przez Swojczów, do naszego Kościoła na górce, a jest piękna pogoda. Gdy zbliżyłam się do Kościoła, nagle usłyszałam głośne strzały, z bardzo wielu karabinów, ale nie widziałam, kto i do kogo strzela, choć drzwi Kościoła otwarte były dość szeroko. Słyszałam wyraźnie, że strzelają z obu stron kościoła, a wiele kul przelatuje ponad naszym Kościołem. W tym momencie zobaczyłam w wejściu do Kościoła, swojego szwagra Antoniego Buczko, męża mojej siostry Władysławy. On to właśnie powiedział do mnie: „Nie wchodź do Kościoła, bo tam są Ukraińcy!” Jak to usłyszałam, zaraz zawróciłam w drogę powrotną do domu i zaraz się obudziłam.” Pragnę zaznaczyć, że przed tym snem nie miałam zielonego pojęcia, że Ukraińcy ledwie parę dni później, wymordują setki Polaków w okolicznych Świątyniach i tuż przy nich samych. Naturalnie zastanawiałam się, co by ten sen miał oznaczać i jak mam go właściwie rozumieć. Jednak jak dotąd, nigdy słyszałam, aby Ukraińcy mordowali Polaków masowo i to jeszcze po Kościołach, jak dotąd nawet o czymś takim nigdy nie myślałam, tak było to nieprawdopodobne. A tu taki sen. Mimo wszystko po przebudzeniu, byłam bardzo niespokojna, wyczuwałam że grozi nam niebezpieczeństwo ze strony Ukraińców, obawiałam się nawet o nasze życie. Ale nawet przez moment nie dopuszczałam do siebie myśli, że ten sen może okazać się wprost proroczy. Nie przypominam też sobie, abym była w naszym Kościele w Swojczowie 4 i 11 lipca, chyba właśnie w te niedziele nie poszłam.

Pamiętam natomiast, że 7 może 8 lipca uzbrojeni Ukraińcy przyjechali do polskiej wsi Ludmiłpol i zabrali ze sobą z domów siedmiu polskich mężczyzn, w tym Feliksiaka. Jak się później okazało, zawieźli Ich nad rzekę Turię i tam Ich pomordowali, a ciała wrzucili do wody, może Ich nawet potopili żywcem. Po tym wydarzeniu strach padł na całą naszą okolicę tak, że wielu zaczęło się ukrywać. Niektórzy zaś, już wtedy porzucili dorobek, niekiedy całego życia i przekradali się spiesznie do miasta Włodzimierza Wołyńskiego. Również i nasza rodzina nosiła się z takim zamiarem, sytuacja była więc napięta do ostatka. Tymczasem sobota 10 lipca i „Krwawa Niedziela” 11 lipca przebiegły na Teresienie bardzo spokojnie. Póki co nic nie wiedzieliśmy, że tego dnia Ukraińcy dokonali takiej masakry w naszej gminie i w całym naszym powiecie.

12 lipca był ładny i słoneczny poniedziałek, dlatego tatuś, mamusia i ja wybraliśmy się na łąkę w okolice Kohylna, aby grabić siano. Tam mamusia udała się na bliską Barbarówkę, aby odwiedzić swoich rodzonych braci Jakuba i Franciszka Borkowskich. Chciała wywiedzieć się od nich, co bracia w tej trudnej sytuacji zamierzają dalej robić, czy chcą wyjeżdżać do miasta jak inni, czy raczej zostają jeszcze na swoich gospodarstwach. Gdy tam więc przyszła, zastała ich gotowymi do wyjazdu, wszystko mieli już spakowane. Rozmawiała z nimi, a potem wróciła do nas, Borkowsy tymczasem, jeszcze tego samego dnia wyjechali do miasta, zaś po wojnie szczęśliwie wyjechali na Zamojszczyznę. Gdy mamusia poinformowała nas o ich ucieczce, zaraz porzuciliśmy grabienie trawy i przez Kohylno wróciliśmy do domu. Mieliśmy jednak złe przeczucia, baliśmy się nocować w domu i tej nocy spaliśmy w pobliskim lesie, była z nami tej nocy także sąsiadka Sobolewska. Tej nocy było spokojnie, to była ciepła, lipcowa noc i nie przypominam sobie deszczu, ani burzy. Rano powróciliśmy do naszych domów, a ja chciałam iść do Bydychajów do Jadzi, by wywiedzieć się, co u nich słychać? Nie doszłam, bo tak w połowie kolonii, dowiedziałam się, że wczesnym rankiem ktoś zamordował Polaka Stanisława Gdyrę z Teresina. Żona zamordowanego Stanisława ocalała bowiem w chwili napadu wypędzała krowy na pastwisko i była nieobecna, a gdy wróciła Stach już nie żył. Było o tym bardzo głośno w całej naszej kolonii.

Te dramatyczne okoliczności nie skłaniały jednak rodziców do gwałtownej ucieczki, mama bowiem rozczyniła ciasto na chleb. W tym czasie do naszego domu przyszła sąsiadka Jankowska lat około 50 i powiedziała tak: „Jadziu dziś przyjechała do mnie moja córka z mężem i z dziećmi ze Świnarzyna i wyznała mi, że w ich okolicy Ukraińcy mordują Polaków. Im udało się uciec i przybyli tutaj do nas na Teresin. Po drodze spotkali także ks. Franciszka Jaworskiego, który właśnie uciekał ze Swojczowa do miasta Włodzimierza Wołyńskiego. Widząc moją córkę z rodziną, zatrzymał się na chwilę i tak radził: ‘Niech ludzie nie żałują pietruszki, marchewki, tylko niech ratują życie, zabierają całe rodziny i uciekają do miasta!”. Gdy mamusia i tatuś usłyszeli te słowa od razu zaczęli się szykować do wyjazdu. Mamusia już nie piekła tego chleba, tylko wrzuciła odzież na wóz, powsadzała wszystkie dzieci i jeszcze tego samego dnia, po południu pojechaliśmy przez Smolarnię i Barbarówkę do miasta Włodzimierza Wołyńskiego. Razem z nami do miasta uciekła, także nasza siostra Władysława, która jeszcze w 1938 r., wyszła za mąż za Polaka Antoniego Buczek i zamieszkali w Tartaku Kohyleńskim. Gdy zrobiło się dość niebezpiecznie Ukraińcy nakazali, aby Antoni rozebrał swój dom i postawił od nowa, już na swoim gruncie. Już nie było jednak kiedy budować, tylko ich czworo i nas osiem, razem wyruszyliśmy do miasta Włodzimierz Wołyński. Krowy były wygonione na pastwisko i gęsi także, wszystko trzeba było zostawić z ciężkim sercem i jechać, choć nikt z nas nie wiedział, jaki los czeka nas za najbliższym zakrętem.

W tym czasie banderowcy nie wzbraniali jeszcze, swobodnie przejechać do miasta i tak było do 15 lipca. Wśród naszych ludzi chodziła taka pogłoska, że Ukraińcy zapowiedzieli, że do miasta można swobodnie wyjeżdżać, tylko do 15 lipca, a po tej dacie już nikogo swobodnie nie przepuszczą. I rzeczywiście, bez większych przeszkód, dotarliśmy do samego miasta, na przedmieściach było już pełno ludzi, którzy uciekli jeszcze przed nami. Na krótko zatrzymaliśmy się na Cegielni, mieszkał tam już mojej mamy brat Jan Borkowski ze swoją rodziną. Jego najbliższy sąsiad Ukrainiec miał tam dużą szopę, w tej właśnie szopie schronienie znalazło blisko 10 rodzin. Tymczasem mój ojciec udał się do Włodzimierza Wołyńskiego, gdzie na ulicy Gnojeńskiej wypatrzył małą szopę na jednym z podwórek. Wszedł do tego domu i prosił, byśmy mogli się tam zatrzymać, choćby na parę dni, żeby choć te małe dziecięta, były pod dachem od deszczu. Właścicielka pani Korzenioska wyraziła zgodę i tak zatrzymaliśmy się na ulicy Gnojeńskiej. Pani Korzenioska była Polką, która sama wychowywała dwójkę dzieci, jej mąż przebywał w niewoli, miała malutkie mieszkanko, ale przyjęła nas i jakoś wszyscy się zmieścili. Mieszkaliśmy tam do końca lipca, potem tatuś znalazł dla nas pusty magazyn i tam mieszkaliśmy do marca 1944 r.

Ledwie tydzień po naszym przybyciu do miasta, a zatem około 19 lipca 1943 r. moja mamusia i inna Polka o nazwisku Antoniak, udały się drogą do Teresina. Szły tak w biały dzień na piechotę, gdy doszły na Smolarnię zauważyły, że z przeciwka od strony Teresina, jedzie dwie furmanki pełne ludzi, rozpoznały chyba rodziny Gdyrów i Jaroszyńskich. Z daleka jeszcze zobaczyły, że ludzi tych zatrzymali uzbrojeni Ukraińcy i skierowali na podwórko, gdzie przed wojną mieszkał Polak Kula – Lis, lecz gdy przyszli Sowieci w 1939 r., to wkrótce zabrali jego rodzinę na Syberię. Mamusia i Antoniakowa widziały, jak Ci ludzie wjechali między te zabudowania i zaraz słychać było kilka strzałów oraz przeraźliwe krzyki mordowanych ludzi. W tej sytuacji rzuciły się do gwałtownej ucieczki i wracały już polami, gdzie gęsto stały zboża.

Wspomnienia Heleny Wójtowicz pochodzą ze strony wolyn.org

1 Odpowiedź

  1. Maras napisał(a):

    Nie ma większych śmieci w Europie niż trzoda banderowska

Komentuj...