Wyklinanie „Żołnierzy Wyklętych” – Leszek Żebrowski

Artykuł Leszka Żebrowskiego, jednego z najwybitniejszych polskich badaczy losów podziemia antykomunistycznego. Materiał udostępniony Nowemu Ekranowi przez autora z okazji nadchodzącego Dnia Żołnierzy Wyklętych.

Obchodzony po raz kolejny w dniu 1 marca Narodowy Dzień „Żołnierzy Wyklętych” przebiegnie – miejmy nadzieję – bez większych zakłóceń. Siły post(?)komunistyczne w sejmie i senacie nie robiły w 2010 roku z powodu uchwalenia tego święta żadnych obstrukcji, uważając (i słusznie), że lepiej siedzieć cicho niż narazić się na wznowienie dyskusji o tym, co stało się w Polsce po zakończeniu II w. św. Media dość obszernie informowały o uroczystościach ubiegłorocznych. Wydaje się zatem, że wszystko wraca do normalności i nikt już nie będzie niepokoić ostatnich żyjących a rodziny poległych, zamordowanych i zmarłych nie będą się już czuły wypychane poza nawias społeczeństwa.

Tak naprawdę, jednak jest inaczej. Pojawiły się bowiem takie publikacje, które cofnęły nas do ponurego okresu stalinowskiego. Zadecydowała o tym retoryka, ignorowanie elementarnych faktów (lub ich bezlitosne okaleczanie), a także sposób argumentacji, przyjętej przeciwko „Wyklętym”. Oto trzy przykłady.

„Wyklęci” powinni jeszcze za siebie… zapłacić

W tygodniku „Przegląd” (organ założony przez kierownictwo PZPR podczas stanu wojennego, w 1982 r., wówczas pod nazwą: „Przegląd Tygodniowy” – publikowali lub publikują w nim tacy koryfeusze postępowego dziennikarstwa, jak: Aleksander Małachowski, Krzysztof Teodor Toeplitz, Krystyna Kofta czy Piotr Gadzinowski) ukazał się artykuł Krzysztofa Pilawskiego pt. „Kto zapłaci za zbrodnie podziemia” (nr 9/2011 z 6 marca 2011 r.). Już sam tytuł mówił wszystko: „Wyklęci” popełniali zbrodnie i powinni za to zapłacić…

Przypatrzmy się, jak dziennikarz tego post(?)komunistycznego pisma uzasadnił swoje tezy. Pilawski przypomniał sprawę rajdu oddziału PAS NZW kpt. Romualda Rajsa „Burego” na Białostocczyźnie, na początku 1946 r. Zginęło wówczas kilkadziesiąt osób narodowości białoruskiej. Choć nie wszystkie okoliczności tej sprawy zostały do dziś wyjaśnione (i już – z powodu upływu czasu nie będą), to dla tego dziennikarza wszystko jest proste: oddział „Burego” dokonał ludobójstwa, zatem sprawa ta spada na całe podziemie powojenne (bo taka jest wymowa jego artykułu), a ilustracjami jego artykułu są m.in. fotografie oddziałów wileńskiej AK, w tym z lipca 1944 r., podczas zdobywania Wilna!

Zresztą Pilawski nie omieszkał się pochwalić, co, kiedy i jak można w Polsce załatwić: „Dopiero po klęsce prawicy w wyborach Naczelny Sąd Administracyjny w marcu 2002 r. uchylił odmowne decyzje w sprawie pomnika. […] 26 października 2002 r., po pięciu latach starań, na cmentarzu wojskowym w Bielsku Podlaskim odsłonięto pomnik na zbiorowej mogile furmanów”. Czyja władza, tego prawo?

Coś w tym jest. Oto na początku lat 90-tych ub. wieku Pomorski Sąd Okręgowy rozpatrywał wyrok Wojskowego Sądu Rejonowego w Bydgoszczy z 1950 r., skazanego wówczas na karę śmierci żołnierza NSZ za czyny przez niego (jak się później okazało) niedopełnione, jeszcze podczas okupacji niemieckiej. Chodziło o zwalczanie komunistów na terenie Lubelszczyzny na początku 1944 r. Oskarżony był wówczas ciężko ranny i przebywał kilkadziesiąt km od miejsca zarzucanych mu przestępstw. Ale w trakcie śledztwa, po zastosowaniu okrutnych tortur, przyznał się do wszystkiego. Pomorski Sąd Okręgowy uznał jego ówczesne przyznanie się do winy za wystarczający dowód, aby nie stwierdzić nieważności stalinowskiego wyroku. Co więcej, dokonał następującej wykładni: „Nie ulega przecież wątpliwości, że w konkretnym momencie historycznym państwo polskie, jako takie, nie istniało. Abstrahując nawet od działalności Rządu Polskiego na emigracji (tzw. londyńskiego), na terenie kraju nie funkcjonowały struktury państwa (administracja, sądownictwo, finanse)”. Wynika z niej, że tenże żołnierz prowadził działalność zbrojną o odzyskanie przez Polskę niepodległości podwójnie nielegalnie! Przede wszystkim dlatego, że Niemcy „nie pozwalali”. Ale – jak się okazuje – także dlatego, że „nie był wtedy ustalony przyszły kształt polityczny państwa”. Zapewniam, że nie jest to jedyne tego typu pokraczne uzasadnienie, ani też najbardziej rażące, wydawane przez (post???) komunistyczne sądy w III RP w stosunku do „Wyklętych”.

„Bandyci-mordercy, konfidenci gestapo i fałszerze pieniędzy”?

W ramce do artykułu Pilawskiego załączony został tekst rodem wprost z epoki kamienia łupanego, a konkretnie – z krwawej dyktatury stalinowskiej, zatytułowany „Bilans wojny domowej” (jest to pojęcie całkowicie zakłamujące to, co się działo w Polsce po 1944 r.):

„Za początek wojny domowej uznaje się datę 9 sierpnia 1943 r. Wówczas pod Borowcem, na rozkaz szefa lubelskiego okręgu NSZ, został wymordowany oddział GL im. Kilińskiego. Zginęło 26 partyzantów i sprzyjających im mieszkańców okolicznych wsi. Warto pamiętać, że dowódca AK w „Oświadczeniu” potępił ów „ohydny mord” NSZ. […]

Dokładnie znane są jedynie straty zbrojnych organów władzy ludowej (4018 milicjantów, 1615 funkcjonariuszy UB, 3729 żołnierzy WP, KBW i WOP, 495 członków ORMO – razem 9857 osób). Jak obliczył Tadeusz Kosowski, wśród ofiar podziemia zbrojnego było też 5043 bezbronnych cywilów, w tym 2655 rolników i 691 gospodyń domowych oraz 187 dzieci do lat 14. Ocenia się, że po stronie „wyklętych” zginęły 7672 osoby. Zginęło też 1980 wojskowych radzieckich. Łącznie zginęło 25 tys. osób. Ofiary były więc po obu stronach […]”.

Po pierwsze, nie pod Borowcem a Borowem. Po drugie, nie wszyscy członkowie rzekomego „oddziału GL im. Kilińskiego” wówczas zginęli – ci, którym nie udowodniono winy w napadach i grabieżach, zostali zwolnieni (w tym b. żołnierz sowiecki). Po trzecie – od lat jest już pełen dostęp do dokumentów podziemia komunistycznego i niepodległościowego, opublikowano na ten temat szereg naukowych publikacji, a dla redakcji „Przeglądu” czas stanął we wczesnych latach 50-tych ub. wieku? Wyjaśniam zatem – tenże „oddział GL” wywodził się z grupy bandycko-rabunkowej niejakiego Liska, przedwojennego kryminalisty. Ich zwierzchnik polityczny, Tadeusz Szymański „Lis” (dowódca okręgu janowskiego GL) napisał wspomnienia, leżą one w Archiwum Akt Nowych w Warszawie. Warto do nich sięgnąć, są naprawdę interesujące: „Wielu z nich było zdemoralizowanych „łatwym chlebem” i wcale nie uśmiechało im się podporządkowanie twardej dyscyplinie partyzanckiej. […] Uzbrojenie było raczej marne, parę karabinów, kilka pistoletów i granaty obronne, to wszystko dobre do akcji o mniejszym znaczeniu, nie przeciw Niemcom. […] w każdej chwili mogłem spodziewać się wszystkiego najgorszego”. Doprawdy, świetna rekomendacja. Jeśli zatem „nie przeciw Niemcom”, to co to były za „akcje o mniejszym znaczeniu”? To były napady, gwałty i rabunki! Ulubionym zajęciem tych „partyzantów GL” była gra… w zegarki. Oddajmy jeszcze na chwilę głos T. Szymańskiemu: „Grali w zegarki. „Gra” polegała na tym, że chętny podrzucał zegarek jak najwyżej i czekał, aż przedmiot upadnie na ziemię. Wygrywał ten, którego zegarek spadał nieuszkodzony i zabierał innym zegarki. […] Ci partyzanci mieli za dużo wolnego czasu i za dużo… zegarków, o które przecież w okresie okupacji nie było tak łatwo”. Na kim te zegarki były zdobywane? Przecież nie na Niemcach. To tak w oczach sił post(?)komunistycznych wygląda początek rzekomej „wojny domowej”?

Redakcja „Przeglądu” posłużyła się w dodatku „obliczeniami” wątpliwej jakości historyka okresu „utrwalania władzy ludowej”, pułkownika UB-SB Tadeusza Kosowskiego, który przez lata preparował w postpezetpeerowskich organach artykuły, mające uzasadnić „walkę z reakcją”. Na przykład w miesięczniku „Dziś. Przegląd społeczny” (nr 5/44, maj 1994) ukazał się jego artykuł: „Ofiary” komunistycznego terroru, a w nimtenże resortowy, domorosły „historyk” pytał wprost: Chciałoby się zapytać organizatorów imprez religijno-patriotycznych, czy gdyby po wojnie władzę w Polsce objął rząd (obóz) londyński, to bandytów-morderców, konfidentów gestapo i fałszerzy pieniędzy też uznawałby za „patriotów polskich”? (…) I czy nadal ta kategoria przestępców będzie uznawana za „ofiary komunistycznego terroru” tylko z tego powodu, że za ich zbrodnie skazały ich sądy Polski Ludowej? Zapytajmy inaczej – czy wymowa artykułu K. Pilawskiego daleko odbiega od „ustaleń” płk. UB-SB Kosowskiego?

„Obsesja braci Kaczyńskich”

W tym samym numerze „Przeglądu” K. Pilawski przeprowadził rozmowę z posłem Andrzejem Celińskim (z jego rozbudowanej biografii politycznej tu konieczne jest przypomnienie, że był m.in. zastępcą Leszka Millera w SLD). Celiński zasłynął tym, że jako jeden z nielicznych głosował w sejmie przeciw temu świętu. Jak wynika z jego wywodów, to przede wszystkim nienawiść wobec braci Kaczyńskich była głównym motorem jego postawy: „głosowałem przede wszystkim przeciw tej konkretnej ustawie. Jej treść i uzasadnienie sformułowane przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego uświadomiły mi potrzebę zademonstrowania tego, że nie może być zgody na kłamstwo, na nadużywanie Sejmu w sprawach nie tylko niebędących w jego kompetencjach, ale na dodatek służących historycznemu kłamstwu. Tego było już za wiele. […] Ustawa o święcie „żołnierzy wyklętych” to właśnie ten szczególny przypadek – jest kłamliwa i szkodliwa. […] Dla braci Kaczyńskich, podobne wychowanie stało się obsesją. Wykorzystali historię do wzmacniania takich postaw i zbiorowych zachowań Polaków, które we współczesnym świecie prowadzą raczej do narodowej klęski niż do sukcesu. Zaczęło się to od powstania warszawskiego”. I tak dalej.

Ale nie tylko to zdecydowało o tak radykalnych poglądach posła Celińskiego. Twierdził on bowiem, że posiada na ten temat… solidną wiedzę: „Ja to – może w odróżnieniu od Kaczyńskich – badałem. Wtedy! W latach 60.!” Hm, poseł rocznik 1954, był aż tak oczytany i napełniony wiedzą o latach „walki o ustanowienie i utrwalenie władzy ludowej” już jako 12-15-latek? Zdolną mieliśmy młodzież… Niech nas nie zwiedzie jednak jego powoływanie się na AK-owskie tradycje rodzinne. Celiński twierdzi, że wiedzę czerpał od ówczesnych koryfeuszy marksistowskiej nauki: „Tak się złożyło, że w latach 70. i 80. brałem udział w prywatnych seminariach dotyczących najnowszej historii Polski. Prywatnych, bo tylko prywatnie można było poważnie, bez cenzury dochodzić prawdy o naszej najnowszej historii. To były trzy takie seminaria, może konwersatoria – miejsce spotkań nie dla uciechy, lecz dla jakiejś korzyści intelektualnej. W środowisku Towarzystwa Kursów Naukowych spotykaliśmy się przeważnie w mieszkaniu Krystyny i Adama Kerstenów na warszawskim Kole albo u Hanny i Jerzego Jedlickich na mokotowskich Fortach. Czasem u Maryli Hopfinger-Amsterdamskiej i Stefana Amsterdamskiego na Jelonkach. Bywali tam m.in. Tadeusz Mazowiecki, Kowalikowie, Janka Zakrzewska, Garewiczowie, Geremkowie, słowem – profesorowie ze świadomością warsztatu historycznego”. Tak się jednak składa, że z wymienionej grupy tylko nieliczni byli formalnie historykami i pośród nich tylko Krystyna Kersten zaledwie otarła się o poruszany temat. A co do ich warsztatu, to warto sięgnąć do ich publikacji z tamtego okresu. W przypadku K. Kersten była to całkowita kompromitacja (dla przykładu: jej arcy„dzieło” o tzw. Polskim Komitecie Wyzwolenia Narodowego). Co więcej – cała wymieniona wyżej grupa była w latach, w których działali „Wyklęci” – całkowicie po drugiej stronie barykady, albo wprost w PZPR, lub (tak jak Tadeusz Mazowiecki) w jej przybudówkach.

Celiński rzecz sprowadził zatem do tego, o czym komuniści kłamliwie trąbili przez pół wieku: „Trzeba jednak powiedzieć wówczas także o jej ciemniejszej stronie: braku politycznej koncepcji celu, o rekwizycjach, patologiach, braku możliwości zakończenia akcji, po jakimś czasie beznadziejnej. To, co nazywa się potocznie powojenną partyzantką, wyradzało się. Oddziały „leśnych” dopuściły się zbrodni na Żydach, walczyły ze sobą, dokonywały gwałtów na ludności cywilnej”. Ot, jakie to proste. Własne „badania”, nauki pobierane u zwolenników i aktywistów „ludowej władzy” i zapewne długi staż u boku (b.) towarzysza Leszka Millera dały niezwykły efekt. „Wyklęci” powinni nadal pozostać wyklętymi.

Posłowi Celińskiemu do sztambucha

Przypomnijmy więc posłowi Celińskiemu kilka spraw, których sam zapewne nie „badał”, jak też nie było o nich mowy na konwentyklach z PAX-owcem Mazowieckim, czy sekretarzem POP PZPR w Instytucie Historycznym UW, Geremkiem.

Oto „Meldunek nadzwyczajny” Komendanta Powiatowego MO w Przasnyszu z 18 października 1045 r.: „O godz. 7 rano wojsko KBW, UB i MO ze Szczytna i Milbarku (Okręg mazurski) urządziło obławę i rewizję za ukrytą bronią. We wsi Zaręby z mieszkań wypędzono około 200 chłopów na plac przed kościół. Dołączono do nich również i milicjantów z Pos[terunku] MO w Zrębach, następnie wyczytano z listy nazwiska niektórych chłopów, poczem załadowano ich wraz z niewyczytanymi i niesprawdzonymi milicjantami na auta. […] Do tej pory nie ma żadnej o nich wiadomości. […] Podczas rewizji miały miejsce liczne rabunki ze strony rewidujących. […] zachowanie się przeprowadzających akcję było b. brutalne i według opinii mieszkańców – zupełnie podobne było do zachowania się gestapo. Cały szereg osób, których zameldowania również nadeślę, zostało pobitych”. Trzeba tu dodać, że była to wieś sprzyjająca „władzy ludowej”, jak więc takie akcje pacyfikacyjne wyglądały tam, gdzie grupy operacyjne UB i KBW miały do czynienia z jakimkolwiek oporem?

Nie były to samowolne, wyizolowane incydenty. Takie postępowanie, włącznie z brutalną odpowiedzialnością zbiorową, nakazywali im przełożeni, m.in. „marszałek” lWP Michał Żymierski. Oto jego rozkazy: „w toku akcji przeciwko bandom do niewoli nie brać: przywódców i oficerów dowództwa dywersyjnego, dywersantów, stawiających opór z bronią w ręku. […] Przy ujmowaniu podejrzanych o udział w bandach bez broni, pociągać do odpowiedzialności karnej przed sądami wojskowymi nie tylko podejrzanych, ale i wszystkie osoby, u których się oni ukrywali i które im okazywały jakąkolwiek pomoc, nie wyłączając najbliższych członków rodzin”.

Nie była to tylko propagandowa retoryka. Ludzi, wziętych z broną w ręku, rozstrzeliwano na miejscu, nie spisując nawet danych personalnych! Oto typowy meldunek KBW: „W toku walk zabito 2 ludzi z bandy „Szarego” a trzeci został wzięty do niewoli, ale na rozkaz obecnego przy tem z-cy kierownika WUBP por. Szwagierczaka został rozstrzelany”. A były „akcje” jeszcze bardziej makabryczne, takie jak wymordowanie ok. 200 bezbronnych żołnierzy NSZ z Podbeskidzia, ze zgrupowania kpt. Henryka Flamego „Bartka”…

Może lewicowa wrażliwość pozwoli posłowi Celińskiemu dokładniej wczytać się w te słowa. Może dotrze do niego to, jakie wrażenie w pierwszych latach po wojnie robiły zbiorowe, publiczne egzekucje ludzi z podziemia antykomunistycznego, gdy z zagipsowanymi ustami byli mordowani przy spędzonych na siłę mieszkańcach, w tym młodzieży, przyprowadzanej wprost z lekcji?

Dziś mielibyśmy odmówić „Wyklętym” prawa do państwowego święta, podczas gdy ich prześladowcy i mordercy opływają w dostatki, pozostają bezkarni, obwieszeni medalami (w tym Virtuti Militari!), mają bardzo wysokie stopnie wojskowe i inne zaszczyty z racji „walki o ustanowienie i utrwalenie władzy ludowej”?

Jak harcerz Skalski o Lwów i Wilno wojował

W podobne tony uderzył publicysta Ernest Skalski, z wykształcenia historyk, dziennikarz m.in. „Sztandaru Młodych” i „Polityki”, ale też… „Tygodnika Powszechnego” i współzałożyciel „Gazety Wyborczej”. (Wikipedia nie zawiera, niestety, informacji o jego przynależności partyjnej, a szkoda). Co ma nam do powiedzenia? W blogu na portalu salon24.pl już 7 marca 2011 r. napisał: „Raczej nie było to antykomunistyczne powstanie, lansowane aktualnie przez politykę historyczną. Czy też historię upolitycznioną, bo to na jedno wychodzi. Powstanie, a mieliśmy ich nie mało, musi mieć jakiś cel, plan działania, jakieś kierownictwo i podporządkowaną mu strukturę. A tego brakowało. […] Ruch partyzancki wydaje się najtrafniejszym określeniem. Ono nie wartościuje”. Ot, i robi się jaśniej – chodzi więc o to, aby nie wartościować, co było wówczas dobre, a co złe? Powstańcy nie mieli żadnego celu? Najlepiej dziś uznać, że obie strony miały rację, czyli okupant z okupowanym powinni mieć ten sam status. Ale to nie koniec jego wynurzeń. Na wszelki wypadek Skalski sugeruje nam, że jednak był wówczas… po drugiej stronie: „Miałem dziesięć lat gdy skończyła się wojna. Zostałem harcerzem i w krakowskim Lasku Wolskim ćwiczyliśmy, tak zwane podchody, szykując się do wojny o wyzwolenie Lwowa i Wilna. Jak na swój wiek byłem dość uświadomiony i osłuchany”. Doprawdy? Aż tak go uświadamiano w domu rodzinnym w 1945 r. – jak to miało miejsce w rodzinach związanych z podziemiem antykomunistycznym? To niech nam łaskawie wyjawi, kto go tak czule oświecał, tatuś czy mamusia, a może oboje? No i kim byli oraz w jakiej dziedzinie go oświecali, bo uwierzyć wprost nie mogę.

Oto dalszy ciąg wywodów Skalskiego, który również jest przeciwnikiem nowego święta: „władza, choć z mandatu Sowietów, choć wredna, była jednak polska” […] Terror sowiecki i nowej władzy nie był powszechny, nie stwarzał, w przeciwieństwie do okupacji niemieckiej, zagrożenia wolności i życia dla wszystkich”. Czyżby Skalski nie słyszał i nie czytał o sowieckim nadaniu tej władzy? O roli Stalina? O „sowietnikach” w UB i innych instytucjach? O tysiącach rozstrzelanych, dziesiątkach tysięcy ofiar reżimu komunistycznego, o setkach tysięcy więźniów politycznych, o milionach, poddawanych wielu innym represjom? Pewnie nie słyszał, bo w jego domu mówiło się o tym inaczej. A przecież terror był zjawiskiem powszechnym, codziennym i masowym. To prawda, że już nie takim, jak za okupacji niemieckiej, ale przecież należy pamiętać, ile już przedtem było ofiar Niemców, ile osób wypędzonych i tych, którzy już do Polski nie mogli wrócić. Dlatego komunistom było lżej i łatwiej, kręgosłup narodu przetrącili Niemcy, zatem nowa okupacja mogła być lżejsza, choć jest to zjawisko względne. Na niektórych terenach ofiar „drugiej okupacji” było jednak więcej niż „za Niemca”!

Mimo to Skalski ujawnia swe prawdziwe sympatie i fobie: „oddział, który przychodził z Wileńszczyzny na Mazowsze, czy z Wołynia w Lubelskie miał problemy. Lokalna władza przeważnie nie składała się z przysłanych z Moskwy emisariuszy. To miejscowi szli do lokalnej policji czy nawet powiatowego UB, zajmowali stanowiska w urzędzie gminnym. Krewni, sąsiedzi traktowali ich nieraz jako swoich na urzędzie, co to mogą ostrzec, pomóc, czy przymknąć oczy. Dla partyzantów byli to zdrajcy wysługujący się sowietom, członkowie komunistycznej władzy, których należy likwidować. Tym słowem często się określało zabójstwo.

Nurt narodowy w partyzantce za wrogów uznawał nie tylko przedstawicieli władz, lecz również mniejszości narodowe. Zabijał więc Białorusinów i Żydów. Nie tylko tych z UB i z PPR, ale jak leci, choćby wyciąganych z zatrzymywanych pociągów”. Śpiewka stara, ale jara, śpiewana przecież już od 1944 r., zawsze ta sama. Motyw podziemia jako rabunkowych band, wałęsających się bez celu i sensu po lasach, zabijających z oszalałej nienawiści domniemanych „wrogów”, szczególnie tych z mniejszości narodowych. To stały i nośny motyw. A to, że nieprawdziwy? Tym gorzej dla prawdy.

„W obliczu zła, od 1944 roku zawłaszczającego Polskę, można było zachować się przyzwoicie, albo nieprzyzwoicie”

Znamienne były komentarze, zamieszczane pod blogiem Skalskiego przez Czytelników. Oto niektóre z nich: „obśmiałem się jak norka czytając te Pańskie kocopały. Rodzice Pana do tego nacjonalistycznego harcerstwa delegowali?”; „Ględźba, ten Pana tekst. Dowód, że słowa mogą być puste jak wiatr. A przecież sprawa jest nadzwyczaj prosta: w obliczu zła, od 1944 roku zawłaszczającego Polskę, można było zachować się przyzwoicie, albo nieprzyzwoicie. Reszta wygląda jak usprawiedliwianie własnych podłości”; „W Polsce walczono o niepodległość z najeźdźcą, który bez skrupułów tę niepodległość gwałcił, a jej obrońców mordował. Dlatego chcemy im oddać cześć i sprawiedliwość”; „Ideowym komunistom w głowie się nie mieści, że ktoś może walczyć za idee inne niż ich rewolucja, a nawet przeciw ich rewolucji. Nie mogą pojąc, że są ludzie, dla których ruski but na polskim gardle jest nie do przyjęcia. Ja się nie dziwię, bo Bóg, Honor, Ojczyzna to pojęcia im zupełnie obce, a przez tę obcość wstrętne”. Oczywiście, są też inne, od ludzi, którzy identyfikują się (rodzinnie) z ustrojem komunistycznym.

Mamy więc do czynienia z jednoznacznym wyborem, zarówno politycznym (z komuną lub przeciw niej), ale też moralnym – co było dobrem, a co złem. To też świetnie podsumował jeden z internautów: „Antoni Słonimski opisywał kiedyś faceta, który podczas pożaru wielkiego hotelu z setkami ofiar ukradł futro. Jego komentarz: facet będzie do końca życia utrzymywał, że taki pożar to świetna rzecz”. Komunizm był świetną rzeczą dla takich facetów, dla całych środowisk, dla „awansu społecznego”. Władza „dawała” przecież mieszkania, talony na dobra materialne, wczasy, wyjazdy zagraniczne. Nie jest bowiem prawdą, że nikt nie mógł wówczas wyjeżdżać na „zgniły Zachód” – niektórzy jeździli i to wielokrotnie w ciągu roku, dostawali na to odpowiednie przydziały dewiz po kursie, w który mało kto już dziś uwierzy. Przez partię komunistyczną przewinęły się miliony ludzi, bardzo wielu z nich otrzymywało z tego tytułu bardzo wymierne korzyści. To jest dziś podstawowe zaplecze tych, których gorszy święto „Żołnierzy Wyklętych”. Chcieliby, aby o nich całkiem zapomniano. A przecież olbrzymia większość ofiar nawet nie ma grobów, wielu zamordowano bezimiennie. Nie ma winnych… Sami byli sobie winni?

Jeśli jest wam z naszym świętem tak źle, to sobie zróbcie (ale prywatne!) święto „towarzyszy wyklętych” – Bieruta, Bermana, Minca, Romkowskiego, Mietkowskiego, Światły, Fejgina i innych. W kręgach towarzyskich, rodzinnych, z dziećmi i wnukami. Pełno ich wokół nas, także w mediach oraz „biznesie”, polityce, nauce… Ale na wszelki wypadek się z tym za bardzo nie obnoście.


Nie pozwólmy, aby pamięć o „Wyklętych” pokrył kurz niepamięci i dotkliwe obelgi. Oto typowy dla tamtego okresu list z jednostki wojskowej do żony żołnierza (z początkowego okresu Polski Ludowej), której zamordowano męża, bo przeciwstawił się ludowej władzy: „Dowództwo jednostki Wojskowej (…) zawiadamia Was, że w imieniu Narodu Polskiego Sąd Polowy WP wykonał (…) wyrok śmierci na Waszym mężu (…). Okrył siebie, Was i Wasze dziecko hańbą – zdradził sprawę narodową, naród i Ojczyznę. (…) Ziemię nad jego grobem wyrównano i niech nie szpeci ziemi Ojczyzny naszej grób zdrajcy. Wieczna hańba i nienawiść naszych żołnierzy i oficerów towarzyszy mu i poza grób. Każdy, kto czuje w sobie polską krew przeklina go – niech więc wyrzeknie się go własna jego żona i dziecko”. Podpisał to dowódca jednostki, por. Muś. Zapewne zrobił w „Polsce Ludowej” odpowiednią karierę, bo przecież nazwisko dziwnie znajome jest…

Ci, którzy nie bardzo do dziś wiedzą, dlaczego to byli „Żołnierze Wyklęci”, jeszcze raz powinni przeczytać powyższe „zawiadomienie”. Ci zaś, którzy „czują w sobie polską krew”, powinni przestać ich przeklinać. Dziś mamy dla nich już tylko pamięć oraz wdzięczność za to, że byli i zginęli z honorem.

Leszek Żebrowski

Źródło: Serwis Informacyjny BIBUŁA

Podobne wpisy:

Komentuj