Wypadki na Wołyniu w powiecie włodzimierskim – opisy pojedynczych mordów ukraińskich na ludności polskiej. Krwawa niedziela.

Wypadki na Wołyniu w powiecie włodzimierskim

Notatka. Wypadki na Wołyniu w powiecie włodzimierskim z 21 IX 1943 r.
z opisami pojedynczych wypadków mordów ukraińskich na ludności polskiej
w okręgu Włodzimierz (AAN, AK, sygn. 203  XV 42, k. 7-10)

Wrogie nastawienie ludności ukraińskiej do Polaków dało się wyczuć od pierwszych dni wojny t.j. od września 1939 roku. We wrześniu 1939 r. młodzież ukraińska niechętnie szła do wojska polskiego, chłopcy często uciekali z bronią w ręku z wojska, rabowali, zabijali uciekinierów polskich z zachodu, rozbrajali żołnierzy polskich i policję, a także organizowali czerwoną milicję.

Podczas pobytu Sowietów na mitingach wykrzykiwali, że im wielka krzywda działa się za Polaków. Następstwa tego później były takie, że politruki i komandiry sowieckie w czasie wywożenia ludności polskiej na Syberię i do Archangielska wyrażali się tymi słowami: „My przecież do was nic nie mamy, bo was nie znamy, robimy to na życzenie i prośbe tutejszej ludności ukraińskiej, która zna was i wie dobrze, kto z was jest winien.” Osadnik polski, oficer, policjant lub działacz społeczny nie mógł się ukryć przed N.K.W.D., bo w każdej wsi było bardzo dużo aktywistów z pośród miejscowej ludności obojga płci, którzy sami wyłapywali i wydawali w ręce N.K.W.D. Polaków, a za to dostawali nagrody pieniężne, lub też zajmowali dobre stanowiska w urzędach sowieckich.

Po krótkim czasie Sowieci dali się tez poznać Ukraińcom /kołchozy, wywóz, aresztowania/, to też zaczęli oni narzekać i na Sowietów. Wiele z młodzieży ukraińskiej uciekało za Bug do Niemców. Wstępowali do ukraińskiej milicji w Gen. Gubern. lub też w inny sposób pomagali Niemcom gnębić Polaków. Opowiadali oni, że tylko u Niemca jest prawdziwy raj, układali modlitwy i pieśni do Hitlera, by ten ich jak najprędzej wyzwolił od bolszewików. Wielu z nich pracowało na rzecz Niemców w tzw. podpolnej robocie po stronie sowieckiej.

Aż wreszcie nadszedł oczekiwany dzień 23 czerwca 1941 roku. Ludność ukraińska witała Niemców z wielkim entuzjazmem. W każdej wsi były porobione bramy triumfalne, sypano kopce , stawiano krzyże z pamiątkowymi tablicami – radość była wielka nie do opisania, że wreszcie będą mieli „Wilną Ukrainę.”

Po przybyciu Niemców ustaliły się władze ukraińskie na Wołyniu, które rekrutowały się przeważnie z prowodyrów z Małopolski Wsch. I ludności ukraińskiej z Wołynia, która była zakonspirowana w organizacji nacjonalistycznej pracując na rzecz Niemiec. Zorganizowano też milicje ukraińską, która rekrutowała się prawie wyłącznie z bandytów, złodziei, w ogóle z ludzi, którzy swe życie spędzili w cela więziennych za różne przestępstwa, a mieli się tłumaczyć tym, że za Polaków każdy z nich cierpiał. Już od początku swych rządów władze ukr. w porozumieniu z władzami niemieckimi na Wołyniu postanowiły do reszty zniszczyć Polaków. Zaprzeczono (zaprzestano) uczyć dzieci polskie po polsku. Nakładano bardzo wysokie kontyngenty wyłącznie na kolonie polskie i na wsie polskie. Np. kolonia polska Orzeszyn gm. Poryck została podczas działań wojennych w 1941 roku spalona w 90% wraz z inwentarzem żywym i martwym, licząca 63 rodzin pozbawionych dachu nad głową. Kolonii tej nie wolno było mieć swego sołtysa Polaka, tylko rządził w niej sołtys wsi Samowola – Hryć Parfeniuk, Ukrainiec, pijak. Na kolonię tę nałożone były przez 2 lata 3-krotnie większe kontyngenty niż na sąsiednie ukraińskie wioski, mimo że bydło, konie, świnie były w 80% spalone, względnie zarekwirowane. Drugim ciosem dla ludności polskiej na Wołyniu to było wyłapywanie do robót w Rzeszy. Przeważnie nocami bandycka milicja ukraińska wm porozumieniu z Arbeitsamtem i władzami ukraińskimi powiatowymi i rejonowymi napadała na wsie i kolonie polskie i za porządkiem wszystkich mężczyzn i kobiety, bardzo często matki od drobnych dzieci, ojców – jedynych żywicieli swych rodzin, przeważnie inteligencję i w ogóle wszystkich Polaków starano się wywieźć do Rzeszy, tłumacząc to tym, że kto z nich nie zginie z głodu, to musi zginąć od bomb, a już więcej na Wołyń nie powróci. Kto starał się zbiec lub ukrywać milicja łamała mu ręce, wybijała zęby, odbierała w okropny sposób zdrowie lub też zabijała na miejscu. Transporty z Wołynia do robót w Rzeszy rekrutowały się przeważnie w 90% z nielicznej ludności polskiej, zaś młodzież ukraińską starali się zatrzymać, bo ta będzie potrzebna tu dla wywalczenia od okupantów wolnej Ukrainy.

Nie wolno ominąć tego, że władze ukraińskie na Wołyniu cieszyły się zaufaniem u władz niemieckich do ostatnich czasów. Bardzo dużo było wypadków, że ludność polska widząc jak wielkie krzywdy wyrządzają im władze ukraińskie zwracała się z zażaleniem do Gebitekomisarza, by on wszedł w sprawiedliwość. Jedna odpowiedź Gebitekomisarza we Włodzimierzu była zawsze taka sama: „Co robią władze ukraińskie to wszystko jest dobre.” Tak działo się na Wołyniu do marca 1943 roku.

W marcu 1943 r. powstały bojówki O.U.N. rekrutując się z tajnej milicji ukr. Zadaniem ich było wyniszczenie resztek inteligencji polskiej po wsiach i miastach. Rozpoczęły się morderstwa w marcu, przeważnie zarządców majątków t.zw. Stats gut, leśniczych, nauczycieli i urzędników polskich. Nie wolno pominąć faktu, że władze niemieckie w roku 1942 w dnia od 11 do 15 czerwca dały pozwolenie milicji ukraińskiej strzelać do Polaków, którzy przychodzą z innych rejonów na Wołyń. W ciągu tych 4-ch dni milicja ukraińska z posterunku Poryck zastrzeliła tylko w jednej wiosce Samowola koło Porycka 12 Polaków w tym 6 kolejarzy ze Lwowa, którzy w tym czasie przychodzili kupować chleb na Wołyń. Obdarto z nich odzież i zakopano w lesie niedaleko leśniczówki. Na kolonii Wygnanka, Romanówka i Korozunek milicja ukraińska z posterunku Twanicze również zastrzeliła przeszło 20 Polaków z Galicji, którzy przychodzili na Wołyń za chlebem.

Też milicja po wymordowaniu żydów na Wołyniu publicznie przechwalała się, a nawet śpiewała pieśni, że: „skończyliśmy z żydami, teraz będziemy to samo robić z Polakami.” Należy też wspomnieć, że podczas mordowania żydów milicja ukraińska zrabowała od żydów bardzo dużo cennych rzeczy, przeważnie biżuterii i odzieży. Każdy milicjant był ustrojony w pierwszorzędne futra, buty, garnitury, każdy miał wiele zegarków, złotych pierścieni itp. Rabowanie pobitych żydów dodało im chęci i ochoty do dalszego prowadzenia trybu życia w danym kierunku.

W nocy z 18 na 19 marca 1943 r. prawie we wszystkich okolicznych wioskach i miasteczkach pomordowano wiele osób rekrutujących się z inteligencji. Np. we wsi Lachów pow. Włodzimierz został zamordowany leśniczy p. Dołhmut por. W.P. i zarządca majątku p. Bernat. Żony ich i dzieci doszczętnie zrabowano. Wieś Zabłoćce – zarządca majątku Jan Figel i organista parafii rzym.kat. Józef Łebkowski dostali po kilkanaście kłóć nożem, oczy im powyjmowano, paznokcie z rąk i członki poodrzynano, obaj związani drutem kolczastym. W tak okrutny sposób zmasakrowanych znaleziono ich po dziesięciu dniach.

Kolonia Nowiny – rodzina Baranów, ojca i dwóch synów zastrzelono jednej nocy. Wieś Żdżary – nauczyciel Kazimierz maderski zastrzelony 8-ma kulami. Wieś Zahorów – nauczyciel wraz z żoną i dwojgiem dzieci wrzucony do głębokiej studni, skąd zwłoki do dziś nie są wydobyte. Miasteczko Poryck – 7 osób /6 mężczyzn i jedna kobieta/ wyprowadzono do lasu i zastrzelono.

Ta sama milicja, która w nocy strzelała ludzi /przebrana w cywilne ubrania/ w dzień przyjeżdżała na miejsce i spisywała protokoły z przebiegu zbrodni, pomagała się martwić rodzinom pomordowanych.

W nocy na 20 marca milicja ukraińska opuściła swe posterunki i wraz z całym ekwipunkiem i bronią, w którą zaopatrzyły ich władze niemieckie, wyjechała do lasów werbując sobie do pomocy podobnych im chłopów. Od tegoż dnia ta milicja, która stanowiła organ bezpieczeństwa zmieniała się w wielka bandę. Od tego czasu prawie w każdej wiosce pojawiały się ulotki podburzające ludność, by nie dawać Niemcom kontyngentu, nie odbywać różnych świadczeń, nie słuchać władz i zarządzeń niemieckich. Ulotki te były podpisane przez centralny Komitet O.U.N. z banderą i jego zastępcami na czele.

Od tego czasu powstały masowe rabunki ludności polskiej. Gdzie polska ludność próbowała się bronić palono ich mienia, mordowano całymi rodzinami.

Przez cały kwiecień były tylko poszczególne morderstwa i rabunki. Podobnie było i w maju. Kiedy Polacy prosili bandytów, by ustali z rabowaniem, bo prawie każdy dom był całkiem zrabowany z odzieży i żywności, to bandyci uspokajali ludność, że to nie oni robią tylko przeróżne bandy na ich rachunek, by poderwać im wśród ludności autorytet, że sami partyzanci śledzą te bandy i pragną je zniszczyć, że ukraińska partia działa w porozumieniu z polska organizacją, by wspólnymi siłami wypędzić naszego wroga.

Rozklejali oni i ulotki po wsiach i koloniach polskich, żeby Polacy szli do ich band do lasu i przynosili ze sobą broń, jaką kto posiada, żeby łączyli się z Ukraińcami, bo to się robi w porozumieniu z polskimi władzami organizacyjnymi. Na pytanie, dlaczego w okolicy Łucka mordują ukraińcy Polaków odpowiadali, że mordują tych tylko Polaków a nawet Ukraińców, którzy poszli na usługi Niemcom t.j. są volksdeutchami, wstąpili do niemieckiej policji lub trudnią się szpiegostwem na rzecz Niemców.

W międzyczasie pojawiły się po wsiach odezwy władz niemieckich, by milicja, która samowolnie opuściła swe posterunki i poszła z bronią w lasy, powróciła w terminie do 1 czerwca na zajmowane poprzednio stanowiska, to kara im będzie darowana, po tym zaś terminie kto nie wróci będzie uważany za bandytę.

Mimo to nikt z milicjantów nie powrócił. Wtedy władze niemiecki ustawiły swoje posterunki na tych samych placówkach. Jednak policja niemiecka poza obręb swego obejścia wokół posterunku nigdzie w teren nie wyruszała, chociaż wokół nich palono zagrody, rabowano i mordowano. Po krótkim czasie zwerbowały władze niemieckie do pomocy znowu nowych milicjantów ukraińskich, uzbrojono ich i znowu ci po 2 tygodniach opuścili z bronią w ręku swe posterunki udając się do lasu. Wypadek taki miał miejsce w miejscowości Poryck na I piętrze pałacu hr. Czackiego. Tam mieściła się niemiecka żandarmeria, zaś na parterze była nowozorganizowana ukr. Milicja. Milicja ta zaraz po zachodzie słońca wyjeżdżała furami do lasu, a Niemcy stali w otwartych oknach i zupełnie na to nie reagowali.

W nocy z 24 na 25 maja b.r. na terenie pow. Włodzimierskiego ukraińskie bandy spaliły doszczętnie wszystkie dwory i folwarki, tłumacząc to tym, że dwory na Wołyniu od dawna były i są ostoja polskości, że tylko po dworach polskich wychowywali się patrioci polscy, dlatego też należy zniszczyć zupełnie te pamiątki polskości, by zatrzeć ślady Polaków na Wołyniu. /Nazwy spalonych dworów mogą być podane w razie potrzeby/.

Czerwiec też upłynął w masowych rabunkach i pożarach nawet mniejszych i biedniejszych zagród polskich. Charakterystycznym był fakt, że przed masowym morderstwem Polaków w pierwszych dniach lipca Niemcy opuścili swe posterunki po wsiach i miasteczkach. Obsadzili natomiast dworce kolejowe i miasta powiatowe, a wsie i miasteczka pozostawili na pastwę losu. Zaraz po tym fakcie już w biały dzień otwarcie milicja zwana ukraińskim wojskiem, robiła zebrania gromadnie pod gołym niebem lub w budynkach publicznych, nawołując ludność do mobilizacji i zbierania kontyngentów w postaci ubrań i żywności na rzecz partyzantów. Dnia 10 lipca milicjanci jeździli furmankami po wsiach i zbierali kontyngent w postaci tłuszczu, chleba, samogonu, uspokajając ludność polską i ukraińską, że oni już są tak silni, że się zupełnie Niemców nie boją.

Tegoż dnia wieczorem rozstawione były patrole po wszystkich drogach, każdego przytrzymywano i odsyłano do domu mówiąc, że nie wolno z domów się wydalać, bo będą strzelać. O godz. 9-tej wieczorem tegoż dnia byli rozesłani tajni gońcy do wszystkich ukraińskich domów, by wszyscy mężczyźni z wyjątkiem tych, którzy mają w rodzinie Polaków krewnych, stawili się o godzinie 12-tej w nocy kto ma broń to z bronią, a kto nie ma to z tępym narzędziem, siekierami, kosami, widłami itp. w omówionym miejscu. Było to zrobione pod pozorem, że ma to być próba mobilizacyjna albo napad na najbliższą stacje kolejową lub na graniczne posterunki niemieckie. Kobiety nic o tym nie miały wiedzieć, bo mogłyby zdradzić tajemnicę. Domy polskie i kolonie polskie były już strzeżone przez rozstawionych chłopów miejscowych i partyzantów, by nikt nigdzie nie wyruszał z domu przez całą noc. O godz. 11-tej w nocy przyjechali z lasów milicjanci, względnie partyzanci, uzbrojeni oni byli od stóp do głów, mieli ręczna broń. Po spożyciu kolacji w oznaczonych domach zrobili zebranie, na którym oświadczyli, że chcąc mieć wolną Ukrainę należy w pierwszym rzędzie wytępić wszystkich Polaków, bo ci stoją im na przeszkodzie i również muszą pomścić krew swoich braci, których Polacy mordują na Chełmszczyźnie. Ta rezolucja była uchwalona po wszystkich wsiach o jednej i tej samej porze. Zaraz po zebraniu udały się hordy chłopów wraz z bandytami do polskich domów i na polskie kolonie. Na dwie polskie kolonie Gurów i Wygrankę położone w południowej części pow. Włodzimierskiego szli chłop ze Żdzar, Iwaniec i Romanówki, z północy z Myszowa, z zachodu z Zabłociec i Bielicz.

O godz. 2 min. 30 po północy w dniu 11 lipca 1943 r. rozpoczęła się rzeź. Każdy dom polski okrążono nie mniej jak 30-50 chłopów z tępym narzędziem i dwóch z bronią palną. Kazali otworzyć drzwi, albo w razie odmowy rąbali drzwi, rzucali do wnętrza domów ręczne granaty, rąbali ludność siekierami, kłuli widłami, a kto uciekał strzelali doń z karabinów maszynowych. Niektórzy ranni męczyli się po 2 lub 3 dni zanim skonali, inni ranni zdołali resztkami sił dotrzeć do granicy powiatu sokalskiego. Od godz. 2 min. 30 w nocy do godz. 11-tej przed południem były doszczętnie wymordowane położone w pobliżu siebie następujące kolonie polskie: Nowiny, Gurów mały, Wygranka, Zygmuntówka i Witoldówka. Zginęło tam straszną śmiercią ponad 1000 osób. Po morderstwie zaraz po południu tegoz dnia nastąpił rabunek. Chłopi z sąsiednich wsi przychodzili i zabierali konie, wozy, ubrania, pościel, krowy, świnie, kury – inwentarz żywy i martwy. Jeden bogaty chłop ze wsi Zabłoćce mając 40 ha ziemi, zabudowania murowane zabrał 15 maszyn do szycia. Po rabunku jedli obiad na tejże kolonii. Po spożyciu obiadu przeszli drogą przez kolonię i spiewali, że lachów wymordowali. Do kilku domów pozwlekali z drogi i podwórzy trupy i zapalili całe zagrody.

We wsi Zabłoćce został zamordowany o godz. 9-tej rano ksiądz proboszcz ś.p. Józef Aleksandrowicz. Zginą on śmiercią męczeńską. Prócz niego zgineli służąca jego – staruszka, organista, około 30 osób służby folwarcznej, 8 osób rodziny Serwatowskich, rodziny Kalinowskich, Puszczałowskich, Sadowskich i in., razem około 35 osób. Kolonia Żdżary – w tym czasie zginęły rodziny Drozdów /8 osób/, Skrzypaczów /8 osób/, Bieleckich /5 osób/ i wiele pojedynczych – razem 30 osób. Kolonia Orzeszyn – licząca 367 osób, zamordowano 306, uciec zdołało 61 osób. W kolonii tej najpierw rano zabrano z łopatami pod pozorem kopania rowów 15 mężczyzn /przeważnie b. wojskowych/ i w lesie rozstrzelano. O godz. 8-mej uprowadzono do pobliskiego lasu wszystkich ludzi, tłumacząc im, by się nie bali, ponieważ w kolonii ma się rozpocząć bój z Niemcami, dlatego też w lesie będzie im bezpieczniej. Kiedy spędzili do lasu wszystkich ludzi, wpędzono ich do sowieckich okopów i tam masowo zabijano. Najbardziej mordowali ich chłopi z Gurowa i Samowoli, a kierownikiem tej akcji był niejaki Karawan z przedmieścia Sokala z „Zabuna” /wysoki brunet, b. ukraiński milicjant/.

W miasteczku Poryck o godz. zebrały się na nabożeństwo w kościele parafialnym przeważnie kobiety i dzieci z Porycka z okolic, gdzie akcji jeszcze nie było. Mężczyzn było bardzo mało, bo już obawiali się pokazywać na ulicach. Po godz. 10-tej rozpoczęła się msza św. Po odśpiewaniu suplikacyj bandyci okrążyli kościół i część z nich stanęła w głównych drzwiach, a inni w drzwiach do zakrystii. Nagle posypały się strzały w stronę ołtarza. Ksiądz proboszcz Szawłowski został ranny w lewą rękę, a jeden z ministrantów zabity na miejscu. W kościele zrobił się popłoch, ludność nagromadziła się u wyjścia. Bandyci zaczęli rzucać ręczne granaty między tłum zgromadzony w kościele. Padło wielu zabitych, zaś rannym ksiądz udzielił rozgrzeszenia. Kto został żywy krył się po kątach, na chór, do podziemi kościelnych. Bandyci strzelali do kościoła z karabinów maszynowych. Ksiądz proboszcz po raz drugi został ranny i padł. Jedna z kobiet nie tracąc przytomności umysłu pomogła księdzu wydobyć się z pod trupów i wysunąć z kościoła. Bandyci widząc meczącego się księdza śmiali się, zaś jeden z nich mieszkaniec Starego Porycka podszedł do rannego i dobił go.

W kościele pozostali pobici i ranni. Wtedy bandyci nanieśli przed wielki ołtarz słomy, pozostali z zakrystii krzesła i szafy, złożyli na jeden stos, a do środka wstawili dwa pociski artyleryjskie i podpalili. Jeden z pocisków eksplodował, a od wybuchu tynk i okna z ramami wylatywały padając na ciała pobitych. Dużo rannych spaliło się przy tym, konając w strasznych męczarniach.

Później zbrodniarze wykopali duży dół obok dzwonnicy i zakopali tam przeszło 120 osób. Zaś około 30 osób, którym udało się ukryć w podziemiach kościelnych po skończonej akcji, kiedy bandyci oddalili się, wyszli by poznać swoich krewnych. Widzieli tylko zwał trupów zbroczonych krwią i obsypanych tynkiem, częściowo popalonych.

Powyższe fakty dotyczą przeważnie tylko południowych części pow. Włodzimierskiego. Podobnie działo się w tym czasie i w północnej części tego powiatu. Gdy ktoś zdążył uciec za Bug do pow. Hrubieszowskiego, Niemcy przyłapywali i odsyłali albo do robót w Rzeszy, konfiskując im resztę mienia, które ze sobą zabrali, lub też odsyłano z powrotem na Wołyń, by do reszty wymordowano ich. W ten sposób tępiono ludność polską przez ukraińców.

Pozostały jednak po wsiach nieliczne jednostki lub rodziny, którzy byli spokrewnieni z Ukraińcami. Tym oświadczyli bandyci, że muszą przyjąć wiarę prawosławną, to bić ich nie będą. Niektórzy z nielicznych już tam Polaków ze względów rodzinnych nie mając żadnego wyjścia z tej strasznej sytuacji zmuszeni byli pozostać i przyjąć wiarę prawosławną, ratując życie sobie i rodzinie, choć nie mieli żadnych wewnętrznych przekonań do wiary prawosławnej, wielu też z nich siedziało nie przyjmując prawosławnej wiary. Do września ludność ta siedziała spokojnie, zbierała żniwa i znowu na kilka dni przed morderstwem byli u nich bandyci z lasu i uspokajali ludność, żeby nie bała, bo im nic złego nie stanie się, zastraszali, że ci co zdążyli do Lwowa lub do zachodniej Polski to i tak zginą z głodu, bo przecież ten kto dostaje 1 kg. chleba na tydzień na osobę nie może odstąpić drugiemu, więc panuje już tutaj straszny głód. 17 września przybyli ci sami bandyci z lasu do wiosek, obstąpili przy pomocy miejscowych Ukraińców polskie domy i wymordowali doszczętnie tak, że już nikt żywy nie zdołał ujść np. we wsi Zdżary, Zabłotce było jeszcze 117 osób Polaków, to zaledwie 1 osoba uciekła zaś 116 osób zginęło w ten sposób, że mężczyzn, kobiet i dzieci pomordowano na miejscu, zaś młode dziewczęta uprowadzono na poniewierkę i barbarzyństwo do lasu.

A teraz parę słów o tym jak ja uszedłem z rodziną. Nadmieniam, iż urodziłem i wychowałem się na Wołyniu w powiecie włodzimierskim. Przez 26 lat pracowałem na niwie kulturalno-oświatowej w tymże powiecie, cieszyłem się wśród miejscowej ludności najlepszym zaufaniem, byłem dla tych ludzi ojcem, nauczycielem, doktorem, sędzią, wójtem na każdym kroku pomagałem dobrą radą, to też miałem prawie w każdej wsi znajomych przyjaciół, kumów, dobrych sąsiadów, którzy wierzyli mi i zawsze zwracali się do mnie o poradę i o wszystkich wypadkach mi donieśli , ja zaś starałem się przekonywać ludność, kto jest winien w tych wypadkach i jakie mogą w przyszłości być z tego konsekwencje. Ludność zawsze mnie zabezpieczała, że nic złego bez ich wiedzy stać mi się nie może. Wszyscy jednogłośnie potępiali rabunki, morderstwa i palenie zagród. Jednak mimo wszystko w tragicznym dniu 11 lipca b.r. wszyscy wiedzieli o tym co się działo w około mnie, jednak nikt z najbliższych i najlepszych przyjaciół-sąsiadów nie chciał mnie ostrzec. Od 4-ch miesięcy w domu nie nocowałem, tylko po polach w krzakach i tragicznej nocy też nie spałem w domu. Kiedy 11 lipca o godz. 2.30 usłyszałem na pobliskich koloniach strzały, sam udałem się do sąsiednich domów i pytałem co się dzieje, odpowiedź brzmiała jednogłośnie: „nic nie wiemy”. Ale na pół godziny przed napadem na mój dom, człowiek który był złodziejem, był szereg razy karany za różne przestępstwa, w ostatniej chwili przybiegł do mojego domu, płacząc jak małe dziecko i o wszystkim mi opowiedział co było w nocy postanowione na zebraniu i co się dookoła dzieje – prosił mnie, że o ile się uda z rodziną ujść żywym, bym kiedyś w życiu i o nim wspomniał, wspomniał też że był pewny, że najbliżsi sąsiedzi i przyjaciele mnie powiadomili, jednak nic mi do ostatniej chwili nie mówią, a widząc zbliżającą się śmierć moją wraz z rodziną spieszył, by ostrzec. I tylko zawdzięczając jemu, uszedłem z rodziną żywym. Zaraz po przyjściu granicy GG., położonej zaledwie o 400m. od mego domu udałem się na posterunek do niemieckiej straży granicznej i powiadomiłem o wszystkim znajomemu mi komendantowi i prosiłem go by dał żołnierzy do pomocy, dla uratowania trochę żywności i odzieży. Komendant odpowiedziała, że jest to za późno , że należało 8 dni wcześniej uciekać. Kiedy odpowiedziałem, że skąd mogłem przypuszczać, że coś podobnego może się dziać, on mi powiedział, że jemu było wiadome o tym dawniej, jednak oficjalnie nie wolno było mu nic mówić. Zostawiłem sparaliżowanego brata w domu, którego nie mogłem ze sobą zabrać. Zostawiłem tym ludziom krowy, świnie, jałownik, indyki, kury, inwentarz martwy jak młocarnię, kieraty, sieczkarnię, pługi, brony itd. 5q. pszenicy , 3 q. żyta, umeblowanie, pasiekę, sad, ogród duży, 25 morgów obsianego pola, odchodząc powiedziałem: bierzcie wszystko, tylko dajcie jeść memu choremu bratu, którego zabrać ze sobą nie mogę, doglądnijcie go a za to macie wszystko – jednak przez dwa tygodnie mój brat zmarł głodową śmiercią, bo wszystko było doszczętnie obrabowane, a choremu nikt nie chciał dać jeść. Tak mi zapłacili Ukraińcy za 26-letnią pracę nad podniesieniem kultury, za bezinteresowną żmudną pracę społeczną, a w końcu pytanie, które zawsze sobie stawiam: Czy można im wierzyć?

Wypadki masowych morderstw zupełnie nie wstrząsnęły żołnierzy niemieckich – widząc wystraszonych uciekinierów, pytają się tylko, czy dużo zostało po nich świń, krów, koni, kur, bo oni na to zawsze są gotowi pójść i zabrać, to też bardzo często udają się oni do polskich zagród i nie przeraża ich widok zwałów trupów zmasakrowanych, ani widok zbryzganych krwią domów, ścian i sufitów, kałuże krwi na podłodze – tylko biorą świnie, krowy, kury, by skorzystać z okazji, a to że biją nic ich nie obchodzi. Po przybyciu szeregu uciekinierów do Sokala, z początku traktowano nas jak przestępców grożąc przy tym, że w razie gdy okaże się to (nie-) prawdą to będziemy surowo karani, tymczasem fale uchodźców coraz więcej przybywają i szpital w Sokalu zapełnił się rannymi uchodźcami z Wołynia. Następnego dnia udał się do najbliższych pogranicznych polskich wiosek na Wołyniu p. Landkomisarz z Sokala w asyście kilku niem. oficerów i kilkunastu żołnierzy. Zaraz w kol. Wygranka zobaczyli oni koło pierwszego domu 8 trupów, w drugim domu 5, w trzecim 7 itd., aż zatrzymali się koło domu w którym zobaczyli dziecko 2-letnie nasadzone na widły i wstawione w okno, drugiemu dziecku wsadzono w brzuch szpadel i podparto nim drzwi. Zaraza sfotografowali to, wyjęli szpadel i widły z ciał dzieci i oświadczyli tymi słowy: „nie – to jest droga kryminalna i dalej nią jechać nie będziemy”. Zwrócili do wsi Zabłoćće, tam pod pagórkiem, koło figury św. Jana zobaczyli przeszło 30 osób pomordowanych z folwarku Zabłoćce, ksiądz proboszcz, organista leżeli zmasakrowania na polu. Na widok wysuwających się band ukraińskich z lasu zabłoćcieckiego zawrócili konie i udali się w drogę powrotną do Sokala. Od tego czasu nic już uciekinierom nie mówili, litując się powierzchownie nad nimi /Landkomisarz w Sokalu jest Ukrainiec-Volksdeutsch ze Stryja, wróg Polaków/. Wiele osób twierdzi i jest zdania tego, że jest to robota Niemców, zaś wiele osób twierdzi, że jest to robota sowietów, ja zaś po zebraniu bardzo wielu faktów i dowodów, które w razie potrzeby mogą być bardziej szczegółowo podane, przekonałem się, że jest to robata i niemców i sowietów, a ukraińska ludność stała się w ich rękach narzędziem i wykonawcami. Za tym, że jest to robota Niemców przemawiają takie fakty: głównymi sprawcami morderstw i wytępienia Polaków była ukraińska milicja, którą Niemcy dostatecznie uzbroili i wrogo nastawili do ludności polskiej, zupełnie nie reagowali na wstępie wypadków na wybryki ukraińskich band, zasadą było u nich wyraźnie poróżniać oba narody, by się wzajemnie wyniszczały, a wtedy będzie ułatwione tzw. „Drang nach Osten”. Mając adresy rodzin milicjantów, którzy poszli w las zupełnie na to nie reagowali, a mogli pomścić się na ich rodzinach. Zaś, że jest to robota sowietów, to są także fakty: w ulotkach, jakie były rozrzucane po wsiach na początkach kampanii więcej podburzano ludność przeciw Niemcom niż przeciw Sowietom, np. niedawanie kontyngentów, niszczenie komunikacji, palenie folwarków, wytępianie volksdetschów itp. Zabrano na początku wszystkich sowieckich obywateli porozrzucanych po wsiach, przeważnie niewolników sow. i od razu uzbrojono ich, często zdarzało się że w bandach przewodnikami byli komandiry rekrutujące się z Ukraińców sowieckich. Manewr mordowania Polaków użyli oni na to, by w chęci zysku i rabunku zmusić chłopów wołyńskich masowo pójść do lasów, by zasilić kadry swe działające na zapleczu niemieckiego frontu. A że pełniąca służbę milicja ukraińska przez dwa lata dobrze miała sposobność poznać się z terenem, z każdym zakątkiem ziemi, z każdą zagroda polską, więc nic dziwnego, że łatwo oni zorganizowali sobie tę cała akcję i umieli zbuntować ukraińską ludność.

Na ogół ludność ukraińską na Wołyniu można by podzielić na trzy grupy: I-sza grupa najmniej liczna, to są ludzie, którzy sympatyzują z demokracją i chcieliby razem wspólnie z Polakami w zgodzie żyć, doceniając dobrodziejstwa, jakie mieli za czasów polskich. II-ga grupa, też mało liczna, to są ci co wierzą, że tylko za poparciem i przy pomocy Niemców mogą sobie wywalczyć Ukrainę. Wreszcie III-cia i najliczniejsza grupa to ci, którzy nikogo nie uznają tylko mordują, rabują, palą, zalewają się samogonem, mówią, że wszyscy oni należą do O.U.N. i nazywają się banderowcami. Zaś polska ludność, która zamieszkiwała na Wołyniu, żyła całe swe życie w większości wypadków na dorobku, kupowała sobie za ciężko zapracowany grosz kawałek ziemi, która obłożona długami bankowymi, budowała sobie niejakie zagrody i pragnęła żyć spokojnie, bo nieraz głód i chłód dokuczał im nawet w spokojnych czasach. To też dziś pozbawiony lud polski dachu nad głową i ciężko zapracowanego kawałka ziemi, niechętnie przywiązuje się do pracy, gdyż ciągle myśli o jednym: pomścić za krew niewinnych ojców, matek, braci, sióstr, dzieci i krewnych, by powrócić do swej ziemi zroszone krwią i łzami swoich najbliższych.

Na koniec podaję nazwiska osób, które najbardziej brały czynny udział w morderstwach, względnie w ruchu organizacyjnym band:

Komendant posterunku milicji w Iwaniczach- Murdyniec, syn chłopa ze wsi Drewinie gm. Poryck, pouczał on chłopów, by mówili do Niemców, że mordują z za Bugu polskie bandy tych, którzy nie chcą do nich należeć. Milicjantami byli na tymże posterunku: Prociuk Władysław ze wsi Samowola, urodzony w Romszu pow. Sokal – zamordował on 20 Polaków będąc milicjantem, jeszcze przed główną akcją. Ze wsi Horodkowice pow. Sokal Fedaszko Arsenij i Gira też byli sprawcami wielu morderstw. Michał Woźniak ze wsi Baranie Porotoki pow. Sokal, Karawan W. główny dowódca ze wsi Zaburze przedm. Sokal, Rypałowski tajny bojówkarz milicji ukr. Syn chłopa z Przesławicz koło Porycka. Dmuchowski zastępca wójta z Lachowa. Kowalczuk Wołodka ze wsi Werchnów milicjant z post. Iwanicze. Policjanci Rak i Wawrecki, obaj z Iwanicza. Głównymi organizatorami band, którzy tajnie współpracowali z milicją ukr. byli ze wsi Samowola koło Porycka – Ostapiuk Semsen z ojcem swym Profilem i siostrą Anną Szkaradiuk, Makar z ojcem swym Charytonem, Zińczuk Iwan z synem swym jakóbem i Aleksandrem, Stepan Nowosad, Hryć Doroszczak, Jachym Liszczuk i Nikanor Liszczuk, wszyscy z Samowoli koło Porycka. Ze wsi Gruszów: Sergij Kuśmycz, Chawura Andrij, Szabada, Bobała i inni. Ze wsiZdżary: Iwan Hondorna, Aleksander Barbit, Chawrona Michał, Procyk Jakób, Dubski Piotr, Hreniuk Iwan, Sydor Sybira, Michałowski Iwan, Soroka Andrzej, Sybira Iwan, Skrobaka Iwan. Ze wsi Bielicze dwóch braci Romaszków. Ze wsi Zabłoćce: Leon Hołodzion, Poliszczuk Mikołaj, Szakuła Mikołaj i najgłówniejszy Okinczyc Mikołaj.

Wyżej podane fakty dotyczą przeważnie dwóch południowych gmina pow. Włodzimierskiego liczącego ponad 70 wsi. Z najbardziej wrogo nastawionych do ludności polskiej były następujące ukraińskie wioski tj. jak za czasów pobytu Sowietów tak i podczas okupacji niemieckiej: wieś Bielicze gm. Grzybowica, na czele której stał pop prawosławny Robotnicki, wieś Zabłoćce również na czele z popem Kwaśnyckim Teodorem, Samowola, Gruszów, Nolatyn, Kuczków, Trubki, Lachów, Radowicze, Drowinie, Myszów, Mrozowicze, Lisznia Stara, Poryck, Budiatycze, Szczeniutyn i Grzybowica.

Głównymi kierownikami O.U.N. w podanych miejscowościach byli powiatowi komisarze ukr. milicji – Tarasiewicz z Włodzimierza lat 23 i Kwaśnycki z Włodzimierza lat 35. Ze wsi Grzybowica – Sajuk, I. Chalimon i kierownik szkoły z Grzybowicy, którego nazwiska nie pamiętam. Pop prawosławny z Zabłociec Kwaśnycki Teodor i pop z Bielicz – Robotnicki. Bedryk – kasjer nadleśnictwa Poryck.

Wszystkie wyżej wymienione osoby pracowały przez cały okres czasu w głównym sztabie band w lesie i kierowały cała akcją.

        Dnia 21 września 1943 r., Wołyniak

Komentuj...