Zbrodnie UPA: Zagłada Abramowca

Tuż przed II wojną światową Abramowiec liczył 20 gospodarstw polskich i 5 ukraińskich. Wśród polskich było 100-hektarowe gospodarstwo Stanisława Freja. W 1939 r. zakupił on 100 ha, wykarczował 20 ha, zamieniając je w urodzajne pola. Najstarszy syn przed wojną studiował medycynę, młodszy uczył się w kowelskim gimnazjum, córka była nauczycielką w Kowlu, najmłodsza Marysia i Henryk byli przy rodzicach na gospodarstwie. Po wejściu Sowietów w 1939 r. Ukraińcy z sąsiednich wsi wywieźli Frejów do Turzyska, gdzie za mostem na Turii wyładowali ich do rowu. Frejowie zamieszkali w Różynie, gdzie przed wojną działał słynny Uniwersytet Ludowy, kierowany przez działacza ludowego Kazimierza Banacha. W 1943 r. Marysia i Heniek wstąpili do oddziału por. Władysława Czermińskiego „Jastrzębia” 27 WDP AK. W boju w Ośmiogłowiczach 16 lutego 1944 r. Henryk „Husarz” został ciężko ranny; zoperowany w dywizyjnym szpitalu w Kupiczowie przez lekarzy Zbigniewa Kostarskiego „Sępa” i Włodzimierza Zagórskiego „Osiemnastkę” w asyście felczera Mirona Niemoskalenki i sanitariuszki Moniki Śladewskiej – zmarł wkrótce po operacji. Nie sposób pominąć tutaj kilku zdań i o Marysi Frej „Klarze”, zamieszczonych w „Pożodze” (s. 327); „nie mogąc unieść rannego, pozostała z nim w zaroślach po wycofaniu się batalionu z pościgu za Niemcami. Na wypadek powrotu Niemców, jej i rannemu groziła niechybna śmierć. A jednak została przy rannym. Tak rozumiała swój obowiązek. Dopiero po stwierdzeniu braku sanitariuszki, porucznik „Jastrząb” z silnym patrolem wrócił na przedpole, odszukał ją przy rannym żołnierzu. Oboje płakali, oczekując najgorszego, a później z radości, że to najgorsze nie stało się i są znów wśród swoich”.

Zagłada Abramowca

Wróćmy  do Abramowca. W 1941 r. 10 lutego, nocą w siarczysty mróz dwie rodziny braci Kolasów zostały wywiezione na Sybir. Jeden z braci, zarządca majątku hr. Stefana Szumowskiego (również wywiezionego z rodziną na Sybir) w sąsiednim Litynie, zostaje wywieziony z żoną i dwoma niepełnoletnimi synami. Jego brat był policjantem w Rożyszczach. Po wejściu Sowietów zamieszkał z rodziną u brata – z żoną, ośmioletnim synkiem i kilkunastoletnią sparaliżowaną córką. Opuszczone gospodarstwo zajął Ukrainiec, co było powszechna normą w przypadku deportowanych na wschód Polaków. Dodam, że z Radowicz tamtej mroźnej nocy wywieziono również żonę, Ukrainkę i dwie córki policjanta Lasaka. On z synem uniknął wywózki, służył w 27 WDP AK. Schwytany przez Niemców przeżył, z moim ojcem, ciężki obóz koncentracyjny. Przez niemal 3 lata mieszkańcy Abramowca, wtulonego w duży kompleks lasu Lityńskiego, wiedli siermiężny, trwożliwy, okupacyjny żywot, przymierając często głodem. Niemcy, a zwłaszcza ukraińscy policjanci , bezwzględnie i brutalnie ściągali niewspółmiernie wysokie kontyngenty, grożąc rozstrzelaniem i spaleniem zabudowań. Głęboki niepokój przyniosła eksterminacja w sierpniu 1942 r. ludności żydowskiej, tym bardziej, że Ukraińcy zaczęli przebąkiwać, ze wkrótce taki sam los spotka Polaków. Wiosną następnego roku rozeszły się groźne wieści o mordach ludności polskiej gdzieś na wschodnim Wołyniu, dokonywane – jak wówczas mówiono – przez bulbowców, czyli bandy ukraińskich nacjonalistów. Wkrótce zbrodnie OUN-UPA dosięgły Radowicz; z 10 na 11 kwietnia 1943 roku ukraińscy policjanci, którzy uciekli do UPA, zamordowali Marcelego Leśniewskiego i jego dorosłych synów – synów – Antoniego i Edwarda. Zbrodnia poważnie zaniepokoiła ludność polską również sąsiednich miejscowości. Kolejny mord dokonany 28 czerwca na pięcioosobowej rodzinie Daszkiewiczów w sąsiedztwie Abramowca wzmógł dotkliwy niepokój i obawy o życie, prawdopodobnie na całym Wołyniu. Polacy liczyli się już z najgorszym, wielu traciło nadzieję na przetrwanie. W drugiej połowie lipca dotarły do Radowicz, a więc i Abramowca przerażające, hiobowe wprost wieści o masowych rzeziach ludności polskiej, dokonywanych przez OUN – UPA i miejscową czerń w co najmniej 150 miejscowościach sąsiednich powiatów – włodzimierskiego, horochowskiego, łuckiego. Ludność polską ogarniał przygniatający niepokój, lęk, który słabszych psychicznie paraliżował, pogrążał w beznadziejnej apatii, bo znikąd nie można było liczyć na pomoc, ratunek, a ucieczkę trudno było sobie wyobrazić ze względu na wszechobecność UPA i otoczenie ukraińskie. Noce spędzano w różnych kryjówkach, zbożu, krzewach, pobliskim lesie. Promyk nadziei na ocalenie wzbudziła samoobrona w sąsiednich Zasmykach, polskiej wsi, utworzona 13 lipca przez jedenastu młodych desperatów z Radowicz. Samoobrona pod dowództwem legendarnego „Jastrzębia” z dnia na dzień zwiększała swoją liczebność i zdolność obronną. Optymiści liczyli, że w razie bezpośredniego zagrożenia, samoobrona przyjdzie z pomocą. Większość jednak w rozterce i z żalem przygotowywała się do ucieczki, opuszczenia swoich gospodarstw, dorobku życia, nieraz wielu pokoleń. Ale zagładę Abramowca, części Radowicz, przyniosła pacyfikacja niemiecka w upalną sobotę 24 lipca 1943 roku. Przyczyną bezpośrednią była jednak prowokacja ze strony OUN – UPA. Tego dnia w godzinach porannych traktem przez Abramowiec przejechała z Kowla do Tuliczowa kolumna około 20 ciężarówek niemieckiej  żandarmerii. Niebawem od strony Tuliczowa, następnie Litynia rozległy się strzały. Godzinę później pod Abramowiec podeszła gęsta tyraliera żandarmów, którzy zaczęli strzelać do uciekających, zapalając pociskami zabudowania. Zaskoczeni, przerażeni mieszkańcy szukali ukrycia w zabudowaniach, ogrodach, krzewach, bruzdach, łanach zbóż. Niestety, szczelna tyraliera wyszukiwała ukrytych, mordując każdego. Niektórzy, ukryci w budynkach, spłonęli żywcem. Słupy czarnego dymu złowieszczo wzbijały się w błękitne niebo. Samolot krążył nad pacyfikowanymi wsiami ostrzeliwując je z pokładowej broni. Artyleria pociągu pancernego spod Turzyska ostrzeliwała płonące wsie. Pociski z szumem przelatywały nad nami i wybuchały w płonących wsiach. Tę noc, jak i wiele poprzednich, spędziliśmy z rodzicami w ukryciu, tym razem w zbożu. Obudziła nas gwałtowna strzelanina i głośne wybuchy. W trwodze oczekiwaliśmy najgorszego. Abramowiec został starty z powierzchni ziemi. W kolonii zamordowano 25 osób, a 2 zostały ranne. Są to: Władysław Dulkowski, żona Władysława, córka Hanna i syn Krzysztof; Wincenty Dulkowski, żona Aleksandra, córka Aleksandra i córka Alfreda; Maria Gut; Antoni Łukaszewski, córka Teresa, synowie Antoni i Hipolit; Teofil Mindor; Bronisław Perski, córka Wanda, synowie Henryk i Eugeniusz; Bernard Różański, żona Teofila, matka Bernarda – Janina, syn Stanisław; Stanisław Sobótka, żona Maria, syn Stefan; Jan Żabik; ciężarna Maria Kurnicka. W pobliskich Piórkowiczach zamordowano pięcioosobowa rodzinę Małków, troje dzieci zostało wrzucone przez okno do płonącego domu. Ranni: Antonina Dulkowska i Stefan Gut, zamordowany przez upowców we wsi Peresieka niedaleko Zasmyk. Lista osób może być niepełna. Lista ofiar ukraińskich nie jest mi znana. Według niemieckiego raportu zamieszczonego w 6 tomie Litopysu UPA, zawierającego teksty w języku niemieckim, był to zwiad celem zorientowania się w postępie żniw na urodzajnych terenach, z których bogate plony 6 tygodni później Niemcy przejęli prawie w całości. Możliwe, że celem było również przepłoszenie band UPA, które terroryzowały ludność  uniemożliwiając jej odstawienie  kontyngentów do pobliskich garnizonów. Spacyfikowany obszar, położony miedzy dużymi kompleksami lasów był w tym czasie miejscem koncentracji band UPA, których zadaniem była likwidacja zasmyckiej samoobrony. Po wyrżnięciu ludności polskiej w kilku sąsiednich powiatach (10-13 VII) i likwidacji dużej samoobrony w Hucie Stefańskiej (16-18 VII) kolej przyszła na Zasmyki i wyrżnięcie ocalałej z rzezi i zbiegłej tam ludności polskiej. OUN – UPA była przekonana, że zasmycka samoobrona stanowiła poważną siłę obronną, o czym świadczą zeznania Jurija Stelmaszczuka „Rudego” odpowiedzialnego za eksterminację ludności polskiej na zachodnim Wołyniu, złożone przed sądem w Kijowie 6 VIII 1945 roku: zadanie (rzezi-F.B.) zostało wykonane we wszystkich rejonach prócz turzyskiego. „Sosenko” (Porfiryj Antoniuk – F.B.) polecił przeprowadzić „akcję” „Besketowi”, który bał się ruszać Polaków w sile 1500 ludzi gotowych do sprzeciwu (Wiktor Poliszczuk, Dowody zbrodni OUN – UPA, Toronto 2000, s. 444). Tymczasem samoobrona w Zasmykach liczyła w tym czasie mniej niż 100 ludzi, w dodatku słabo wyszkolonych i źle uzbrojonych. OUN – UPA przygotowując się do likwidacji Zasmyk nie zrezygnowała z nadarzającej się okazji, by zrobić to rękami  Niemców, a następnie wyrznąć Polaków również pozostałych jeszcze w okolicznych wsiach. W tym celu sprowokowała żandarmów ostrzeliwując ich od strony Abramowca. OUN nie pierwszy i nie ostatni raz posłużyła się prowokacją, by nastawić okupantów przeciwko ludności polskiej. Wielokrotnie domagała się nawet od Niemców, by po likwidacji Żydów ten sam los spotkał Polaków zamieszkałych na terenach, które uważała za etnicznie ukraińskie. Wróćmy jednak do Abramowca. Późnym popołudniem gdy odjechali Niemcy, pozostali przy życiu mieszkańcy wracali do swoich dymiących jeszcze zagród, znajdując zabitych i rannych czy zwęglone zwłoki swoich bliskich i sąsiadów. Wszystkie zabudowania spłonęły, z wyjątkiem zagrody Siedleckich, z których też nikt nie zginął. Większość ofiar została pochowana na parafialnym cmentarzu w Zasmykach. Tylko A. Dulkowska, która była Czeszką – na czeskim cmentarzu w Kupiczowie. Abramowiec zniknął z powierzchni ziemi, podobnie jak tysiące polskich miejscowości, spopielonych przez OUN – UPA na Wołyniu, południowym Polesiu, w Małopolsce Wschodniej i terenach południowo-wschodnich Polski w obecnych granicach, od Bieszczad do Podlasia.

Tekst pochodzi ze strony wolyn.org

Komentuj...