Zbrodnia UPA w Borownicy

20 kwietnia 1945 r. ukraińscy nacjonaliści brutalnie zamordowali około 70 Polaków, mieszkańców wsi Borownica. Ludobójstwo borowniczan jest jedną z wielu zbrodni band Ukraińskiej Powstańczej Armii dokonanych wówczas na terenach Polesia, Podkarpacia, Małopolski i Lubelszczyzny. Obecnie na Ukrainie mordercy z OUN-UPA uznawani są za narodowych bohaterów, zaś w Polsce temat ludobójstwa Kresowian nadal pozostaje niepoprawny politycznie.

Borownica to wieś położona w województwie podkarpackim, w powiecie przemyskim, w gminie Bircza. Niedawno, bo 20 kwietnia obchodzono tam rocznice ludobójstwa, jakiego dopuściły się w tej miejscowości bandy UPA napadając ją około 04.00 rano 20 kwietnia 1945r. i całkowicie niszcząc miejscowość.

Jak podkreśla dr Andrzej Zapałowski, historyk i wykładowca akademicki Borownica była szczególnym miejscem. Z tego względu, że była to wyspa polskość, tak jak sąsiednia Jasienica, Huta Brzuska, oraz przede wszystkim Bircza.

– Banderowcy podjęli decyzję, że na tym obszarze, na południe od Przemyśla stworzą można powiedzieć tak jakby banderowskie państwo. Aby osiągnąć ten cel postanowili całkowicie wyeliminować z tego obszaru polską administracje, wraz z całą ludnością polską. W związku z tym już wiosną 1945 roku dochodziło do napadów i mordów.[…] Miesiąc przed akcją na Borownicę z sąsiedniego Żohatyna wygoniono całą ludność polską – mówi historyk.

Ludność zamieszkała w Borownicy jak zaznacza historyk przeczuwała, do czego może wkrótce dojść. W związku z tym powstał tam bardzo duży oddział samoobrony liczący kilkudziesięciu „żołnierzy”, którym dowodził Jan Kotwicki ps. „Ślepy”, partyzant, który przeżył mordy na Wołyniu, widział skalę tych zbrodni i  postanowił bronić borowniczan.

– 20 kwietnia zgrupowanie liczące kilkuset banderowców otoczyło Borownicę. Doszło do dość niefortunnego zbiegu okoliczności dla polskich obrońców, że było wtedy bardzo zimno i lał ulewny deszcz. Część członków samoobrony zeszła z posterunku, żeby się ogrzać do swoich domów. Wtedy wioska została zaatakowana. W skutek godzinnej walki zginęło 60 kilka osób. Tak naprawdę do dzisiaj nie są znane prawdziwe straty. W niektórych meldunkach milicji pojawiają się straty nawet 100 kilkudziesięciu osób – zaznacza wykładowca akademicki.

Dr Andrzej Zapałowski podkreśla, że tak duże rozbieżności w liczbie ofiar tej masakry są spowodowane kilkoma czynnikami. Przede wszystkim wówczas w Borownicy przebywali uciekinierzy z Małopolski Wschodniej, uciekinierzy z sąsiednich wiosek, których nikt nie ewidencjonował.

– Borownica była oazą polskości to, jeżeli ktoś szedł z rejonu Dobromila czy Sambora, to uciekał przed bojówkami UPA. Jeżeli nie trafił do Birczy to trafiał do Borownicy i po prostu tam nocował. Zwłaszcza, że po tym mordzie zwłoki grzebano dopiero po kilku dniach. Niektóre nawet dopiero po dwóch, trzech latach. Zwierzęta rozszarpywały ciała i po prostu nie było możliwości wiele osób nigdy zidentyfikować–akcentuje rozmiary, do jakiej doszło w Birczy historyk.

Pani Zofia Salama, mieszkanka Birczy i jedna z nielicznych świadków tragedii, do jakiej doszło 20 kwietnia 1945 roku wspomina, że tamtej nocy, jej ojciec, który należał do samoobrony powrócił ze swojego dyżuru około 04.00 nad ranem. Oznajmił przebudzonym bliskim, że w okolicy panuje spokój.

– Położyliśmy się ponownie do spania, a oni ze wszystkich stron zaczęli strzelać. Nie było możliwości wyjść przez okna, bo szybko zostały wybite. Dopiero po jakimś czasie udało nam się przedostać do murowanej stajni. Tam dołączyło do nas dwóch miejscowych uciekających mężczyzn. Ostrzegli oni mojego tatę, żeby uciekał, bo Ukraińcy nie mają litości dla chłopów, a dzieciom i matce nie zrobią krzywdy. Mój ojciec nie chciał uciekać, ale matka mu kazała. Mówiła mu: „co ja zrobię sama z dziećmi bez Ciebie”. Nie wiedziała wtedy, że ona też za chwile starci życie – wspomina pani Zofia Salama.

Mieszkanka Borownicy mówi, że po jakimś czasie członkowie UPA podpalili stajnie i musiała razem z matką i bratem z niej uciekać. Wówczas została ranna w ramię, ale udało im się zbiec do lasu. Niestety również tam odnaleźli ich oprawcy, którzy do stłoczonych osób oddali serię z karabinu. Ona przeżyła, ale straciła matkę i brata. Z innymi dziećmi parę dni ukrywała się w lesie, a następnie  odnalazła schronienie w karczmie w piwnicy.

– Potem jeszcze jeden dzień w kościele przetrwałyśmy całą noc, a następnie przyjechało koło samego wieczora wojsko i zabrali tych zabitych. Złożyli ich koło kościoła. Na pochowali ich tylko przykryli szczeciną, bo nie było czym chować. Pamiętam wówczas, że wtedy jeszcze jeden gospodarz przyniósł tam swoich dwóch zabitych synów. Jeden z nich był cały porżnięty, a drugi miał przepchane uszy kolczastym drutem, z ucha do ucha. Jeden miał 17 lat, drugi 15– do dzisiaj z bólem wspomina o tej tragedii pani Zofia Salama z Borownicy.

Dr Andrzej Zapałowski podkreśla, że trauma po tych wydarzeniach była tak ogromna, że pierwsi ludzie zaczęli wracać do opuszczonej wioski dopiero po akcji „Wisła”, kiedy wysiedlono Ukraińców z tych terenów.

– Oczywiście większość tych mieszkańców, którzy uciekli, którzy przeżyli nie wróciła. Wielu przeniosło się do sąsiednich wiosek […]. Ta trauma po tym mordzie pozostała zwłaszcza, że na tych terenach jeszcze w 1948 roku działały kilkunastoosobowe grupy UPA, które dokonywały poszczególnych mniejszych napadów. Ostatni banderowcy na tym terenie ukrywali się do lat 50 – ocenia historyk.

Wykładowca akademicki tłumaczy też polskie akcje, o które pretensję mają nasi wschodni sąsiedzi. Twierdzą oni, że Polacy nie byli bez winy.

– Przede wszystkim to były akcję w wioskach, które były bazami UPA. Polacy starali się przede wszystkim eliminować tych ludzi, którzy byli bardzo głęboko zaangażowani w ruch nacjonalistyczny. Oczywiście wojna jest wojną i w takiej sytuacji też zdarza się, że wielu ludzi ponosiły emocję, nerwy. Zwłaszcza, że w polskich akcjach odwetowych w dużym stopniu brały udział osoby, które pochodziły z Małopolski Wschodniej. Tam na Wołyniu wymordowano ich rodziny. Jest mnóstwo takich przypadków – podkreśla historyk.

Dowódcy polskich oddziałów, które brały udział w akcjach odwetowych na ludności ukraińskiej -jak mówi dr Andrzej Zapałowski- to w większości właśnie ludzie, którzy przyszli z terenów, gdzie wcześniej UPA dokonywała mordów. Ci ludzie czasami nie wykonywali rozkazów, po prostu mszcząc się za swoją krzywdę, za swoje dzieci, za swoje rodziny.

– Borownica (dla Ukraińców) była jakby odwetem, ale przede wszystkim Borownica była czymś innym. Była elementem próby eliminacji polskiej administracji z obszarów kilkunastu gmin, nawet kilku powiatów, gdzie próbowano stworzyć administrację pod przywództwem organizacji ukraińskich nacjonalistów. W 1945 roku granica jeszcze nie była ustalona. Wstępnie została wprawdzie ustalona jesienią 1944 roku. Tak naprawdę jednak ostatecznie zatwierdzono ją w 1946r., a w terenie wyznaczono w 1948 roku. […] Zachodziła obawa, że jeżeli Ukraińcy opanują cały ten obszar to być może – tak jak zresztą Nikita Chruszczow chciał wcześniej – znacznie większe obszary Polski zostałyby włączone do Ukrainy Sowieckiej. Ta walka, która toczyła się na tym terenie to była z jednej strony walka obrony ludności, obrony ich życia, a z drugiej strony obrony państwa polskiego – zaznacza historyk.

Co roku 20 kwietnia w Borownicy uroczystości upamiętniające ofiary zbrodni ludobójstwa, do jakiej doszło w tej miejscowości organizuje proboszcz parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Borownicy – ks. Antoni Moskal. Miejscowy duszpasterz podkreśla, że nie można żywić obawy, jakoby mówienie o pewnych sprawach nie szło za daleko.

– Słowo ludobójstwo jest skrzętnie przemilczane, jest odsuwane, chociaż by sprawa ze śp. ks. Józefem Kopciem, który został przez UPA w tamtych dniach zamordowany. Na jego tablicy upamiętniającej użyłem tego słowa: „Zamordowany przez ludobójców z OUN-UPA”. Niestety też był o to bardzo wielki zgrzyt, że tego słowa nie należy używać. Pytam się, dlaczego? Dlaczego nie wolno użyć słowa, które oddaje rzeczywistość taka, jaką ona była – akcentuje ks. Antoni Moskal.

Proboszcz parafii w Borownicy przestrzega, przed narracją, jakoby te ofiary UPA m.in. z Borownicy, były ofiarami jakiegoś konfliktu polsko-ukraińskiego

– To jest nieprawda. Co trzymiesięczne dziecko miało do czynienia z myśleniem o jakimś konflikcie? O odgrywaniu się na jakimś tam Ukraińcu? To było przygotowane, zaplanowane, ludobójstwo. O czym świadczy „X przykazań dla OUN-UPA”, o czym świadczą karteczki podrzucane Polakom; „im wszystkim śmierć”.  O tym świadczy też to działanie samo w sobie. Jeżeli 11 lipca w 1943 roku ginie z powierzchni ziemi ponad 100 miejscowości, osad polskich i około 10 tys. ludzi to, o czym to świadczy? Niedawne zestrzelenie przez Rosjan samolotu nad Ukrainą zostało to w Holandii okrzyknięte, jako fakt ludobójstwa. Tutaj 200 tys. ludzi przestało istnieć na ziemi. Tak jak w tej Borownicy to jest jedna z takich wiosek, gdzie bardzo mało osób ma swoje groby. Ci ludzie kończyli swój żywot taki fizyczny w strasznych scenach.[…] Ludzie bali się tutaj wracać. To była straszna tragedia – podkreśla ks. Antoni Moskal.

Zbrodnia UPA w Borownicy

Źródło: Radio Maryja/TV Trwam

Skomentuj