Zbrodnie śniące się po nocach – Zagłada wsi Jankowce

zbrodnia-wolynskaLeżące w powiecie lubomelskim na Wołyniu Jankowce przestały istnieć 30 sierpnia 1943 roku. Licząca blisko 150 numerów i zamieszkana przez ponad 600 osób tętniąca życiem wieś to dziś zarośnięte chaszczami ustronie. Nie sposób dostać się tu suchą nogą, gdyż nieregulowana rzeczka w czasie opadów zmienia koryto i płynie nieuczęszczaną od blisko 70 lat, zarosłą krzakami drogą. Niewiele z 51 osób – w większości kobiet i dzieci – zamordowanych w bestialski sposób przez zbrodniarzy z Ukraińskiej Powstańczej Armii zostało pochowanych na pobliskim cmentarzu w Rymaczach. Ci, którzy doszczętnie nie spłonęli, leżą pogrzebani gdzieś w prowizorycznych mogiłach rozrzuconych na terenie wymarłej wsi.

Zbrodnie śniące się po nocach

Zbrodniczy atak na Jankowce rozpoczął się przed świtem w poniedziałek, 30 sierpnia 1943 roku. Z lasu od strony północnej wkroczyło do wsi około 200 Ukraińców po części uzbrojonych w broń palną, a po części w narzędzia gospodarskie, jak siekiery i widły. Napastnicy zaczęli systematycznie plądrować i palić gospodarstwa, zabijając każdego napotkanego mieszkańca. Zbudzeni ze snu ludzie rzucili się do panicznej ucieczki w kierunku linii kolejowej ochranianej przez Niemców oraz do pobliskich większych skupisk Polaków w Rymaczach oraz Jagodzinie. Ci, którzy mieszkali w dalszej części wsi, próbowali zaprzęgać jeszcze konie do wozów i uwalniać zwierzęta z obór i kurników, inni uciekali tak, jak stali. Zaskoczeni mieszkańcy północnej części wsi nie mieli szans na ucieczkę.

– Tam właśnie mieszkała moja ciocia Karolina Solipiwko z mężem i piątką dzieci – mówi poruszony Zdzisław Koguciuk. Opowiada, jak czwórka dzieci schroniła się do piwnicy na kartofle. Najstarszy syn przykrył rodzeństwo swoim ciałem, i patrząc przez okienko, był świadkiem zabójstwa rodziców i 8-miesięcznego brata, którzy dostali się w ręce Ukraińców. – Jak zginęli, nie wiadomo, bo ich ciała nie zostały odnalezione, prawdopodobnie uległy spaleniu. Musiała to być potworna zbrodnia, gdyż młody człowiek, który to widział, dostał potem pomieszania zmysłów i spędził resztę życia w szpitalu psychiatrycznym – opowiada rodzinną historię pan Koguciuk. – Tragiczny był też los pozostałych osieroconych dzieci. Już po wojnie jeden z braci nie przeżył zapalenia płuc, drugi utopił się w Bugu, a siostra zmarła w wyniku zaczadzenia. Ponieważ w czasie napadu wieś nie została okrążona przez upowców, większość mieszkańców zdołała się jednak uratować. Czas na ucieczkę dała im również obrona zorganizowana w centrum wsi przez dyrektora szkoły i kilku mężczyzn. Seria z automatu na pewien czas ostudziła u bandytów chęć ataku. Tymczasem w zajętej przez Ukraińców części wsi działy się prawdziwie dantejskie sceny. Wspomina je Katarzyna Dyczko z domu Grabowska, uciekająca z 3-letnim bratankiem na ręku. „Wybiegając ze stodoły, widzieliśmy już palącą się wieś i słyszeliśmy straszny, przerażający krzyk „ratunku” – relacjonowała. „W czasie ucieczki koło nas świstały kule, lecz my ze strachu nie odwracaliśmy głów, dopiero zatrzymaliśmy się na stacji w Jagodzinie”. Jak się okazało, krzyczała sąsiadka Katarzyny Dyczko – Teresa Petruk, którą Ukraińcy zamordowali w okrutny sposób, odrąbawszy jej wcześniej siekierą ręce. Niektóre relacje znajdujące się w zbiorach Zdzisława Koguciuka posiadają dziś unikatową wartość, gdyż złożyli je ludzie, którzy już nie żyją. Dotyczy to m.in. wstrząsających wspomnień pani Heleny Stachniuk z Chełma. Jej ojca Ukraińcy zatłukli na śmierć drewnianym kołkiem. Jako mała dziewczynka była świadkiem zastrzelenia mamy i czteroletniego brata Franka. Tego dnia straciła też babcię i siostrę. „Zostałam sama, przytuliłam się do mamy, zaparłam dech, żeby oprawcy pomyśleli, że nie żyję” – pisze w relacji pani Helena. „Kiedy podpalili zabudowania, pobiegli dalej… płomienie rozprzestrzeniały się coraz dalej, aż dosięgły mamę i mnie… zaczęłam sama na sobie gasić ogień. Udało się, ale zostałam naga, bo to, co miałam na sobie, uległo spaleniu. Podeszłam do tłumoczka, wyciągnęłam jakąś rzecz ubraniową, przytuliłam do siebie z przodu i poszłam do drogi. Przy drodze widziałam babcię z rozrąbaną głową oraz najstarszą siostrę Marysię z rozerwaną od kuli nogą, a przy niej kałużę krwi. Usłyszałam przejeżdżający samochód, pomyślałam sobie: teraz już jadą po mnie. Położyłam się obok siostry na trawę i udawałam zabitą…”. Na szczęście dla dziecka nie byli to Ukraińcy, tylko obserwujący rozwój sytuacji Niemcy. Poparzona dziewczynka przeżyła, ale do końca życia nie mogła się pozbyć traumatycznych wspomnień. Tragicznego poniedziałku do dziś nie może zapomnieć Stanisława Grzywna, która w czasie napadu miała 14 lat. Zanim uciekła, słyszała rozdzierające krzyki dochodzące z oddalonego o blisko 150 metrów gospodarstwa przynależącego już do sąsiedniej wsi o nazwie Zamostecze, do której wtargnęli banderowcy. Mieszkała tam rodzina z dziesięciorgiem małych dzieci. – Te przeraźliwe krzyki to nie mogło być nic innego, jak mordowanie tych dzieci – uważa pani Stanisława, do dziś nie mogąc usunąć z pamięci koszmaru. – Gdy tylko słyszę słowo Ukraińcy, zaraz odzywa się to wspomnienie – dodaje. Jak wynika z relacji ocalałych mieszkańców, napastnicy raczej nie pochodzili z najbliższej okolicy. Prawdziwie krwiożerczy szał ogarnął jednego z Ukraińców mieszkających w samych Jankowcach – Iwana Szpaka. Po opanowaniu wsi przez oddział OUN-UPA wtargnął z siekierą do obejścia swoich sąsiadów Grabowskich, z którymi utrzymywał wcześniej bardzo dobre stosunki. Zamordował dwoje z nich, a trzeciej – Michalinie Grabowskiej – odrąbał rękę. Kobieta przeżyła…

Zagłada wsi Jankowce

Opuszczoną w popłochu wieś upowcy niemal doszczętnie spalili. Dla mieszkańców Jankowiec rozpoczęła się tułaczka po rodzinach, znajomych i obcych. Niektórzy przeprawili się na drugą stronę Bugu, by tam próbować przeżyć trudny czas. Inni ukradkiem wracali na ojcowiznę, by wykonać jakieś prace polowe. Takie przedsięwzięcie przypłacili życiem stryjeczni bracia: Stefan i Stanisław Szewczukowie. W początkach września posiali zboże na swoim polu w Jankowcach. Dostali się w ręce Ukraińców, gdy wracali po pracy do Jagodzina, gdzie nocowali z rodziną. „Stanisława zabili na miejscu, a Stefan zaczął uciekać, lecz złapali go, pokłuli bagnetami i obcięli język” – wspomina w swojej relacji krewna zamordowanych Anna Ryszkiewicz. „Zostali odnalezieni i pochowani na cmentarzu w Rymaczach” – dodaje.

źródło: www.naszdziennik.pl

Podobne wpisy:

Komentuj