Zbrodnie UPA: Krwawe Boże Narodzenie – Relacja Janiny Gruszka

„Janina Gruszka z domu Raczyńska, ur. w Radowiczach w 1927 r., parafia Turzysk, pow. Kowel, woj. wołyńskie, rodzice Zygmunt i Michalina z domu Dobrowolska. Miałam dwie siostry. Wanda była zamężna i młodsza Czesia. Radowicze to najwspanialsza miejscowość, o której nigdy nie mogę zapomnieć. Jest to miejsce mojego urodzenia, lat dziecięcych i młodości. Piękna okolica, żyzne pola i łąki, lasy o różnym drzewostanie. Wieś Radowicze zamieszkiwała w większości ludność polska, bardzo aktywnie działająca w środowisku. Młodzież zorganizowana była w Związku Strzelców „Orlęta”, bardzo aktywnie działał Związek Młodzieży Katolickiej. Organizacje te prowadzone były przez wspaniałych ludzi, patriotów polskich, a byli to: mój nauczyciel Jan Krantz, kierownik szkoły Jan Anioł, nauczycielka Tokarska. Komendantem Związku Strzelców był Adolf Bartoszewski i Antoni Leśniewski. Drużynę „Orląt” prowadziła Jadwiga Leśniewska. Nigdy nie zatrą się w mojej pamięci te ogniska, ćwiczenia przeciwgazowe w maskach na wypadek wojny i te mundurki, które nosiłyśmy z wielką dumą. Młodzież nasza brała udział we wszystkich uroczystościach lokalnych czy państwowych. Wielkim przeżyciem dla mnie było Święto Pułku w Kowlu, następnie w Turzysku. Wręczenie karabinu maszynowego ufundowanego ze składek społeczeństwa, defilada przed dowództwem przy Pomniku, następnie obiad żołnierski. Są to niezapomniane przeżycia.

Pierwszy września 1939 r., rozpoczęcie roku szkolnego, młodzież zebrana przed szkołą do apelu. Pada komenda „baczność”, zostaje wciągnięta na maszt biało-czerwona flaga. Mojego wychowawcy nie widzę, został zmobilizowany do wojska. Piękny, słoneczny wrześniowy poranek, lecz nie dane nam było już nigdy więcej zasiąść w ławkach naszej klasy. Krótkie przemówienie kierownika szkoły pana Jana Anioła o sytuacji w Polsce. Słowo „wojna” lotem błyskawicy obiegło dokoła. „Rozchodzimy się do domów” – oznajmia kierownik szkoły. Tak skończył się dla nas najwspanialszy okres naszego życia. Nastały dni grozy i gehenny dla narodu polskiego, a piękne dni zmieniły się w ponury zmierzch. Nad naszymi domami coraz częściej krążyły niemieckie samoloty, a wiadomości dochodzące z głębi kraju były równie ponure i straszne. Niebawem miejsce warkotu niemieckich samolotów zastąpiły wojska radzieckie wkraczające na tereny Wołynia. Rok 1940. Okupant sowiecki dokładnie realizuje swoje plany w stosunku do ludności polskiej. Następuje organizacja kołchozów i wywózka ludzi na Sybir. Rodzina nasza znalazła się również na „czarnej liście” Już w czerwcu ostrzeżono ojca, by przygotował się do podróży na Sybir. Był to wielki szok dla całej rodziny, pakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy. Mój mundurek, beret, orzełek, co z tym zrobić? „Zabrać z sobą tego nie możemy” – mówi ojciec, w razie rewizji wiedział dobrze, czym to groziło, ukryłam go więc w piwnicy naszego domu. Czekaliśmy na swoją kolej, a lista mieszkańców naszej wsi do wywiezienia na Sybir była długa. Na szczęście do naszej kolejki zabrakło kilku dni. Uratował nas atak Niemców na Rosję – tym oto sposobem zostaliśmy uratowani przed wywózką. Wraz z okupantem niemieckim do akcji wkraczają rozszalałe hordy band ukraińskich, dokładnie paląc, mordując i niszcząc wszystko co polskie. Latem 1943 r. wyjeżdżamy do Zasmyk. Tam organizuje się samoobrona ludności polskiej przez bandami UPA i Niemcami. Początkowo zamieszkaliśmy w kolonii Stanisławówka, a później w kolonii Radomle, w jednym domu sześć rodzin. Dzień 25 grudnia 1943 r. zapisał się czarną kartą mojego życia i całej mojej rodziny. Boże Narodzenie, najpiękniejsze święto dla każdego Polaka, katolika – dla mnie był to dzień straszliwego przerażenia, ogromnego smutku na całe życie. Wigilia – podczas dzielenia się opłatkiem z rodziną i sąsiadami nikt nie przypuszczał, co czeka nas nazajutrz. Życzyliśmy sobie nawzajem szybkiego końca wojny i powrotu do naszych domów. Rano przygotowanie do śniadania, krzątanie, mieliśmy iść do kościoła do Zasmyk, ja jeszcze nie zdążyłam się ubrać do wyjścia. Wtem wpada wujek Wałęga i krzyczy: „Boże, burki idą!” Dopadamy okien, ogarnia nas przerażenie. Wiemy, co nam grozi, tyle ludzi, dzieci, co robić? Pan Świderski zaryglował drzwi, wziął widły i mówi: „Żywy żaden do domu nie wejdzie.” Po chwili uchylił drzwi, by zobaczyć co się dzieje na zewnątrz. W tym momencie pada strzał. Siostra Wanda stała oparta o drzwi, strasznie płakała, przyjechała bowiem z Kowla wraz z mężem do nas na święta. Strzał trafia w nią, pada na twarz. Ojciec mój ze szwagrem odwracają ją, zdążyła tylko wymówić „tato” i kończy życie. Boże, jakie przerażenie ogarnęło wszystkich, co się działo w tym domu, lament, płacz, krzyk dzieci, jedni modlą się na kolanach, rozpacz ogarnia wszystkich. Wiedzieliśmy, że nadchodzi nasz koniec, koniec naszego życia na tej ziemi, jaki cud nas uratuje? Banderowcy trzymali się w pewnej bezpiecznej odległości od domu, jak przypuszczał pan Świderski, nie byli pewni, czy nie mamy broni. Po chwili jeden ze sprawców przemknął pod oknem i podpalił przybudówkę. Pali się dom pełen ludzi. Ojciec mój miał doświadczenie wojskowe, był 4 lata w niewoli u Niemców, wpada po schodach na strych myśląc, że może uda się ratować, ale cała górna część domu była już w płomieniach. Kiedy schodził na dół, moja 12-letnia siostra Czesia objęła ojca za nogi, płacząc prosiła: „Ratuj nas tato”. Widziałam bladą z bólu twarz ojca, jest bezradny, nie może nic zrobić by nas ratować. Jaki to bolesny moment, szwagier siedzi nad zamordowaną żoną i płacze. Co zrobić? Ojciec podejmuje decyzję: „Musimy uciekać, ktoś się uratuje, a w ogniu zginiemy wszyscy.” Zaczęliśmy wyskakiwać jednym oknem, wypychając się nawzajem w puszysty i głęboki śnieg. Widzę, jak między drzewami znika moja siostra Czesia, a ja po prostu idę, nogi odmawiają mi posłuszeństwa, jestem półprzytomna z przerażenia. Naraz słyszę głos mamy, woła do mnie, oprzytomniałam na chwilę. Patrzę, mama leży na śniegu, jest ranna w rękę. Podbiegam do niej, zdejmuję chustkę, ale w pośpiechu źle zaciskam ranę. Musimy szybko iść, podnoszę mamę, prowadzę pod rękę. Cała kolonia w ogniu. Nikogo już nie widać, tylko my obie biegniemy w kierunku lasu, na północ. Pomyślałam – udało nam się wyjść z płonącego piekła, jesteśmy już bezpieczne. Naraz słyszę tętent konia i krzyk: „Styj polacza mordo”, puszczam rękę mamy, mama osuwa się pod drzewem, a ja uciekam. Jak daleko odbiegłam, nie wiem. Kucnęłam w bezlistnych krzewach i czekam, co będzie dalej. Słyszę głos bandyty upowca, a potem mamy. Cisza. Strzału nie słyszę. Nie wiem, jak długo to trwało. Modliłam się: „Matko Boża zasłoń mnie, by mnie nie zobaczył bandyta.” Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało, to był cud, gdybym nie opuściła mamy, nie wiem, czy obie byśmy przeżyły. Bandyta podjechał do mamy, zdjął karabin, mama nie prosiła o darowanie życia, chyba zemdlała. Odjechał. Ja bałam się powrócić do mamy, bo nie wiedziałam, co się wydarzyło, postanowiłam odczekać. W pobliżu były opuszczone domy, chciałam się ukryć w tych zabudowaniach. Ledwie zrobiłam kilka kroków, wtem – „Stój!” – zatrzymuje mnie dwóch młodych uzbrojonych mężczyzn w cywilnych ubraniach. Byłam pewna, że to są Ukraińcy. To już koniec – pomyślałam – ale niczego się ode mnie nie dowiedzą – o tym pamiętałam, tego nas uczono na szkoleniach. Na żadne pytanie nie odpowiadałam, postanowili mnie zlikwidować. Jeden uderza mnie pistoletem w tył głowy i mówi: „Trzy kroki do przodu”. Krew odpływa mi od serca do nóg, dziwne uczucie, niezapomniane. Czekam. Żyję. Zmieniają decyzję. Każą mi iść przed sobą. Przyszliśmy znowu w środek kolonii. Zanim zdołałam zdać sobie sprawę, gdzie jestem, zobaczyłam znajome twarze, koleżankę Zosię Kowalewską oraz mieszkańca Radowicz Władysława Ostrowskiego. Wprost nie do wiary, jestem miedzy swoimi, radość z tego, że żyję, uściski, trwa to chwilę, jestem oszołomiona. Wciągają mnie do pobliskiego rowu. W rowie jest już kilka osób – to samoobrona, kilku żołnierzy i nas dwie, miałam wówczas 16 lat. Z rowu nikt nie może się wychylić, gdyż jesteśmy pod obstrzałem, bandyci kryjąc się za drzewami mają nas na celu. Ktoś powiedział: „Nie możemy czekać na śmierć”, jeden ryzykuje, wychyla się, dostaje w sam środek czoła – młody chłopak. Po pewnym czasie drugi z automatem w ręku tuż obok mnie za bardzo się wychylił, dostaje w samo serce, pada przy mnie. Po raz pierwszy widzę, jak umiera młody żołnierz. Zosia, bardziej przytomna, dopada do niego by ratować, ale na próżno, chłopak umiera. Czasami myślę dzisiaj, że może jego matka nigdy się nie dowiedziała o tym, że jej syn jest pochowany na cmentarzu w Zasmykach. Pan Ostrowski przejął dowództwo nad naszą grupą samoobrony, kazał zabrać broń od nieżyjących, zabrałam więc automat, który upuścił umierający chłopak. Nie wiem, jak długo to wszystko trwało, zaczynamy zdawać sobie sprawę, że nie wyjdziemy stąd żywi. Decyzja dowódcy jest bronić się do ostatka i nie poddać żywymi, a bandyci są coraz bliżej. „Boże, ratuj nas – pomyślałam – już dzisiaj czwarty raz jestem w obliczu śmierci, czy nie ma żadnego ratunku, nadziei na przeżycie?” Naraz słyszę krzyk: „Hurra!” – odbija się echem od lasu, powtarza coraz głośniej. Leżymy, cisza, nie strzelają do nas, któryś z żołnierzy wychyla się – krzyczy: „Boże, jesteśmy uratowani”, idą nam na pomoc nasi, rozciągnięci tyralierą, bandyci zostawili nas i uciekają. Prawie w ostatniej chwili zostajemy ocaleni, wstajemy zmarznięci. Po tylu godzinach w śniegu poczułam dreszcze. Weszłyśmy z Zosią do ocalałego domu, ale nikogo tu nie ma. Nadjechała furmanka z rannymi udająca się do Kowla. Pojechałam razem z nimi, mieliśmy tam bowiem rodzinę, która się mną zajęła. Po dwóch dniach stryj odwiózł mnie do rodziców i tu poznałam dalszy ciąg przeżyć mojej rodziny. Ojciec nie mógł uciekać, gdyż będąc wysokiego wzrostu był bardzo widoczny z daleka, postanowił, żeby ci, co nie mogą uciekać, udawali, że nie żyją, by leżeli w bezruchu. Obok mojego ojca leżały dwie córki wujka Wałęgi, Zosia i Gienia, które cudem ocalały niezauważone przez bandytów. Leżały bowiem pod krzakiem bzu, przysypane pyłem z płonącego domu. Żyją do dzisiejszego dnia. Razem z moim ojcem patrzyły, jak giną zastrzelone w tył głowy matka i rodzeństwo. Józia ciężko ranna w głowę i nogi patrzyła, jak płacze 9-cio miesięczne dziecko leżąc obok nieżyjącej już matki. Bandyta uderzając je kolbą karabinu dodał: „Ty naszewo brata muczysz.” Leżenie w bezruchu też nie okazało się idealnym rozwiązaniem, nie wszystkich to uratowało, albowiem ukraińskie zbiry biegały od osoby do osoby leżącej na śniegu i strzelały w tył głowy. W taki oto sposób zginęli najbliżsi: siostra mojej mamy i jej troje dzieci, babcia i sąsiadka. Moja siostra Czesia dostała serię w głowę, uciekając w kierunku lasu, jak długo żyła, nie wiadomo, na drugi dzień znaleziono ją martwą. Do mojego ojca podchodzili trzy razy i za trzecim razem strzelili do niego. Pocisk trafił w kołnierz i ramię. Po pewnym czasie dostał dreszczy z zimna i upływu krwi. Leżąc tak na śniegu myślał, że jak przyjdą czwarty raz, to rozpoznają, że żyje, ale na szczęście nie zdążyli. Nadeszła pomoc z odsieczą i kto żył, podnosił się ze śniegu, drętwy z zimna i przerażenia. Rannych partyzanci zabrali na furmanki i odwieźli do szpitala w Zasmykach, było tam bowiem duże zgrupowanie samoobrony oraz szpital polowy – tam też szwagier odwiózł mojego rannego ojca. O mnie i siostrze Czesi nikt wówczas nic nie wiedział. Mama tam pod tym drzewem w lesie straciła przytomność, kiedy oprzytomniała, stwierdziła, że jest sama, podczołgała się do sterty słomy przy zabudowaniach i tam ukryła. Odnalazł ją wujek Wałęga, a przy niej śpiące dziecko sąsiadów w samej koszulce i boso. Została odwieziona do szpitala, stan jej był krytyczny i nikt nie myślał, że przeżyje. To okrutne spustoszenie, jakie zrobili banderowcy w naszej rodzinie, było nie do przeżycia. Siedem trumien, chorzy, ranni, straciliśmy wszystko. Zostaliśmy w tym, co było na nas. Od kul ocalał jedynie szwagier Piotr Szewczyk, no i ja. Pogrzeb – dwie córki moich rodziców, Wanda Raczyńska-Szewczyk z 1922 r., 21 lat, Czesława Raczyńska z 1930 r., 12 lat, Wiktoria Raczyńska, 74 lata, Helena Wałęga, 40 lat, Józefa Wałęga, 16 lat, Antoni Wałęga, 7 lat, Stefania Wałęga, 9 lat oraz Krystyna Dobrowolska, moja druga babcia. To są ofiary z mojej rodziny, pozbawione życia przez rozszalałe bandy upowców w dniu 25 grudnia 1943 r., dzień Bożego Narodzenia w Radomlu na Wołyniu. Po pogrzebie wraz z rodzicami pojechaliśmy do Zasmyk, tam codziennie chodziłam do szpitala, gdyż stan zdrowia rodziców był krytyczny. W styczniu 1944 r. Niemcy napadli na Zasmyki. Boże, ile ja znowu przeżyłam, było to następne piekło. Niemieckie samoloty nadleciały nad wioskę, pociski rozrywały się na podwórzu, nasze konie spłoszone uciekły, zostaliśmy bez transportu, sami, słabi, bezbronni. Szwagier opiekował się ojcem, a ja mamą. Uciekamy w kierunku Kupiczowa. Zasmyki płoną, strzały, wybuchy, samoloty krążą nad naszymi głowami, panika, przerażenie wśród ludzi, istne piekło. Z wielkim trudem docieramy do Kupiczowa. Tam odnaleźli nas bracia mojego szwagra i zabrali do siebie. Rodziców niezwłocznie trzeba było oddać do szpitala, byli bowiem bardzo słabi i bezradni jak małe dzieci. Moje codzienne wizyty w nim były niezbędne, musiałam ich ubierać, karmić, obsługiwać. W Kupiczowie zastała nas wczesna wiosna, ochłonęliśmy już nieco, rodzice doszli do zdrowia, lecz nie na długo dano nam żyć w spokoju. Niemieckie samoloty rozpoczęły systematyczne naloty na miasto, bombardując je z kilkugodzinnymi przerwami. Ewakuujemy się do Rożyszcz, potem powrót do Zasmyk i dalsze życie w chłodzie, głodzie i niepewności, co wydarzy się za chwilę. W styczniu 1945 r. postanawiamy przeprawić się przez Bug na wyzwolone tereny Polski. W drodze przeżywamy następną tragedię, koło Włodzimierza giną na minach moja koleżanka Zosia Żołnik i jej wujeczni bracia Kwiatkowscy z Janówki. Osiedlamy się na gospodarstwie w Brodnicy koło Hrubieszowa, ale i tutaj nękają nas bandy ukraińskie. W maju 1946 r. bandy UPA napadają na wieś, w której mieszkamy. Palą całą. Nasz dom ocalał. Mojego ojca bandyci mieli w swych rękach, ale go puścili wolno, do mnie i do mamy strzelali, ale i tym razem ominęły nas bandyckie kule. Po tułaczce po ziemi zamojskiej i hrubieszowskiej rodzice osiedlają się we wsi Brodzica. Wieś bardzo bogata, należała do Towarzystwa Staszycowskiego, młodzież ukraińska wykształcona. Po wysiedleniu Ukraińców za Bug osiedlili się tu w większości mieszkańcy Włodzimierza Wołyńskiego. Mieszkaliśmy na uboczu wsi w takim budynku gospodarczym. 20 maja 1946 r. na pamiątkę tego wydarzenia postawiliśmy krzyż pośrodku wsi. Przyszli wieczorem w polskich mundurach. Nikt nie zorientował się, że to bulbowcy. Dobrze po polsku rozmawiali, zachodzili do domów. Pytali np. naszej sąsiadki, czy wie, kim oni są. „Polskie wojsko” – odpowiada. – „Nie, jesteśmy Ukraińcami”. Na dane hasło zaczęli palić i strzelać do ludzi, kto uciekał, a najbardziej, kiedy w płonących zabudowaniach zaczęła wybuchać amunicja, której nie zdążyli zabrać wcześniej. Pozostawili zgliszcza, jak zapowiadali, nic nie zostawić Polakom. Trudno mi określić datę, wieczorem, byłam sama z dzieckiem, ktoś wszedł do mieszkania, obejrzałam się, „Edek?” – zawołałam – myślałam, że to mój brat cioteczny. „Nie Edek, jesteśmy Ukraińcami” – przestraszyłam się bardzo, zaczęli mnie uspokajać, bym się nie bała, bo oni wszystko wiedzą o naszej rodzinie. Istotnie wszystko wiedzieli. Był to dawny mieszkaniec Brodzicy Eugeniusz Bielaniec z kolegą, tamten nic się nie odzywał. Zanim ochłonęłam, bo posługiwali się piękną polszczyzną, weszli moi rodzice. Poprosili moją mamę, by im przygotowała coś do jedzenia. Przynieśli od swoich, jak się wyrazili, bo wiedzą, że my nic nie mamy. Bardzo dużo mówił Bielaniec, użalał się, że niepotrzebnie tyle ludzi niewinnych zginęło, ja nie wytrzymałam i mówię: „I dzisiaj giną.” Przyszła mi bowiem na myśl kolumna samochodowa jadąca z Hrubieszowa na południe, która została zaskoczona przez bandę ukraińską. Wszyscy zamordowani oraz spaleni w samochodach leżą na cmentarzu w Hrubieszowie. Ale oni jeszcze butni, jeszcze liczą na „Samostijną”, z Wołynia przybyli tu, żeby jeszcze mordować. W końcu przyszła akcja „Wisła”, tak to się dzisiaj mówi. My, niedobitki z Wołynia, bardzo się z tego cieszyliśmy. Mówiliśmy, że w końcu się uspokoi, przestaną ginąć ludzie niewinni. Odwiedzając „swoich” – jak się wyraził Bielaniec – przyszli do nas po drodze odpocząć. Którejś nocy ojciec powiedział, że nie otworzy. „My nie żartujemy panie Raczyński, mamy rozkaz jechać razem z Ukraińcami na Ziemie Zachodnie.” Powiedzieli „do widzenia” i pojechali. Na jakiś czas uspokoiło się. Pamiętam, któregoś roku przyszli znowu, ale był to inny kolega, tamten odszedł. Bielaniec znowu zaczął opowiadać, jak to ich oszukano, że on osobiście nikogo nie zamordował, tak się oczyszczał, przepraszał, że można mu było nawet uwierzyć. Za każdym razem, kiedy groziło nam jakieś niebezpieczeństwo, to z obu stron, ze strony UB i UPA. Kiedy tak dzisiaj myślę o tym wszystkim, to mieliśmy dużo szczęścia, że wyszliśmy z tego cało. Nawet to „do widzenia”, to też: mają znowu rozkaz przedostać się na Wołyń, bo tutaj nie mają już nic do roboty, pierścień się zacisnął, zachód to obce strony. W roku 1975 roku byłam w sanatorium w Muszynie, widziałam te schrony, gdzie się ukrywali „bulbowcy”, a na noc wychodzili do swoich, którzy ich żywili. Bardzo dobrze, że ta akcja nastąpiła, bo jeszcze wielu nas Polaków by zginęło. Nigdy nie słyszałam w radio czy telewizji, dlaczego ta akcja „Wisła” nastąpiła i jaka krzywda stała się przez to Ukraińcom. Ukraińcy zabrali wszystko ze sobą, wyjeżdżali pod ochroną swoich, a teraz słyszy się, że Łemkom należy się odszkodowanie, bo ich władza ludowa skrzywdziła. Pytam zatem: „A co z nami Wołyniakami? Naszym kosztem będą spłacać? Co my jesteśmy winni, że podzielono Polskę, że zabrano nam majątki, życie, zdrowie i rozrzucone szczątki pomordowanych naszych bliskich”.  W roku 1991 pojechałam do Radowicz, ustaliłam miejsce, gdzie jest zakopana moja babcia: na podwórku pod płotem. Zaczęłam rozmowę tam z miejscowymi Ukraińcami, że chciałabym ją stąd zabrać na cmentarz do Zasmyk. Nikt się nie odezwał, unikali mego wzroku, nikt nie wyraził zgody na pomoc. Nie wiem, czy mi się kiedy uda przeprowadzić tę ekshumację, jestem ostatnią żyjącą wnuczką. Reszta leży na cmentarzu w Zasmykach dzięki tym „przyjaciołom.” Przywiozłam tylko ziemię w woreczku, tyle mi pozostało z dorobku całego pokolenia Raczyńskich, Dobrowolskich. Myślę, że znajdzie się wreszcie ktoś, co powie prawdę młodemu pokoleniu, bo moje pokolenie już wymiera. Jak bardzo boli to, że się dzisiaj manipuluje wydarzeniami, a my, najbardziej pokrzywdzeni, musimy słuchać tych bzdur, wypowiadanych przez ludzi, którzy nie mają najmniejszego pojęcia, co działo się na Wołyniu w latach 1943-1945, co to było UPA i ich akcje. Bardzo zawiedliśmy się na naszych władzach. Mieliśmy nadzieję, że teraz prawda zwycięży i będzie wyświetlona po tylu latach kłamstw i jej zacierania. Dzisiaj, z perspektywy lat, kiedy myślę o tym, co przeżyłam i w jaki sposób, to niejednokrotnie trudno to sobie wytłumaczyć i wierzyć w to. Miałam jakieś niezwykłe szczęście, coś mnie chroniło chyba – nie wiem. Przeżyłam może dlatego, by opiekować się rodzicami do końca ich życia, a może jeszcze i dlatego, by dzisiaj przekazać innym te okrucieństwa, jakich może dopuścić się człowiek w stosunku do drugiego człowieka, gotując mu straszny los. Pozostałam sama, bez rodzeństwa i teraz już w samotności ciągle przeżywam te straszne chwile mojego życia. Napisałam to wszystko w wielkim skrócie, bo gdyby tak szczegółowo, powstałaby wielostronicowa książka. Ilu bliskich zginęło z bliższej i dalszej rodziny? W sumie 30 osób. Szwagier zginął w okrążeniu gdzieś na bagnach i brat mojego ojca, Wiktor Raczyński. Myślę czasami, czy jest coś, czym można by było wynagrodzić tę straszliwą krzywdę, jaką wyrządzono wielu młodym ludziom, dzieciom, pozbawiając ich normalnego życia w rodzinie przez tę okrutną wojnę, jaka trwała na Wołyniu i nie tylko. Czy ktoś próbował zastanowić się, ile straciliśmy? Bliskich, zdrowia, majątku; kto za to zapłaci i kiedy? I czy w ogóle można zapłacić za taką straszliwą zbrodnię? Powiadają, historia to oceni, ale to my, jeszcze żyjący, jesteśmy tą żywą historią. Osieroceni, zniszczeni, domagamy się prawdy za nasze cierpienia, jeżeli nic więcej nam się nie należy.”

POWRACA W SNACH – Janina Gruszka z d. Raczyńska Dzieci Kresów III

Komentuj