Zbrodnie UPA: Mordy w Kutach – marzec 1944 [relacje]

Dodano 3 kwietnia 2014

Kuty

Mapa Taktyczna Polski – Wojskowy Instytut Geograficzny – Warszawa 1933

Mordy w Kutach w marcu 1944

Relacja Ireny Isakowicz:
Na wiosnę 1944 r.  znów zaczęły napływać informacje o potwornych rzeziach, dziejących się tym razem za Dniestrem, czyli w województwie tarnopolskim. Nikt inaczej o banderowcach nie mówił jak „rezuny”, czyli rzeźnicy, bo oni mordowali nie strzałem z karabinu, ale siekierą. Opowiadano straszne rzeczy, jak oni tymi siekierami rąbali biednych ludzi.

Relacja Romana Donigiewicza:
W okresie okupacji niemieckiej zostaliśmy wraz z bratem za¬brani na przymusowe roboty: ja do Lwowa, brat do Kołomyi. Gdy Niemcy zaczęli się wycofywać na początku 1944 r., uciekliśmy z robót i wróciliśmy do domu.
Zaczynał się okres narastania agresji Ukraińców. Pewnego dnia poszedłem z bratem do kina, w poczekalni kilku młodych Ukraińców zaczepiło nas. Doszłoby do bójki, ale nasz kolega Ukrainiec ostrzegł nas, że są to banderowcy i celowo nas prowokują. Powiedział nam również, żebyśmy nie nocowali w domu. Urządziliśmy sobie kryjówkę w stodole u wujka Norsesowicza. Pewnego dnia, na wiosnę 1944 r. przez miasto uciekała mała grupa żołnierzy niemieckich, których banderowcy rozbroili. Któregoś ranka w marcu wracaliśmy zmarznięci z bratem z „noclegu” w jakieś stodole, po drodze spotkaliśmy się z panią Drwotową, naszą sąsiadką. Była zapłakana, tej nocy banderowcy zabili jej męża. Poszliśmy do niej, mąż leżał nagi przed bramą swojej zagrody, śnieg przyprószył jego ciało, a całe plecy miał jak sito skłute nożami. Byliśmy przerażeni, jakie to bestialstwo masakrować nożami nieżyjącego człowieka. Zanieśliśmy zwłoki do mieszkania.
Tej samej nocy banderowcy zamordowali rodzinę Berezowskich. Był to szokujący mord. Ojcu i trzem synom oraz córce banderowcy poucinali głowy i położyli je na talerzach zastawionych do kolacji z mlekiem i mamałygą, i kazali matce na to wszystko patrzeć. Czy można się dziwić, że nieszczęśliwa kobieta postradała zmysły?
Kolejną ofiarą zbrodni była pani Buzat, lekarka, która leczyła wielu ludzi w pobliskich wsiach ukraińskich, często udzielając bezpłatnie pomocy biedniejszym wieśniakom. Zabito ją z mężem i z dwójką małych dzieci. W tym miesiącu zabito moją ciotkę Rypsymę Donigiewicz razem ze służącą Ukrainką. Obrabowali cały dom, ale nie spalili go, gdyż pożar mógłby zagrozić sąsiadom Ukraińcom.

Relacja Stanisława Ciołka:
Po ucieczce Niemców w drugiej połowie marca 1944 r. rozpoczął się horror ludności polskiej i ormiańskiej. W dniu 19 lub 20 marca byłem z ojcem i bratem u ks. W. Smala. Wracając do domu, na ul. Sniatyńskiej spotkaliśmy kilkunastu mężczyzn na koniach, chłopów w baranicach na głowie. Jechali od strony Tiudiowa, w kierunku Słobódki i Rybna. Po powrocie do domu zobaczyliśmy łuny pożarów za Czeremoszem na Bukowinie oraz łuny i ogień w okolicach wsi Rybno. Spalono wówczas chyba kościół polski w Rybnie i placówkę graniczną. Nad ranem zbudziło nas łomotanie do okna. Była to pani Drwotowa, która oznajmiła z płaczem, że w nocy został zamordowany jej mąż, Tadeusz Drwota. Poszliśmy tam z ojcem i jeszcze z paroma sąsiadami, m.in. z braćmi Stanisławem i Romanem Donigiewiczami. To, co zobaczyliśmy, przejęło nas zgrozą. Przed domem na oborniku, kolo płotu leżał pan Tadeusz Drwota, pokłuty nożami i z podciętym gardłem. Pokrwawione ciało Drwoty zostało przeniesione do naszego domu i w dużym pokoju położone na stole. Widok był przerażający. Jak się dowiedzieliśmy, tej nocy zamordowanych zostało w Kutach chyba 13 osób, przeważnie mężczyzn. Od tego czasu już w domu nie nocowaliśmy, chowaliśmy się w lęgach nad Czeremoszem, u znajomych Ukraińców — za ich wiedzą a najczęściej bez – pod gankami, w szopach, itd.

Relacja Grażyny Drobnickiej:
Miałam wtedy 13 lat, gdy rezuni z UPA zamordowali mego tatusia Stefana Broszkiewicza i jego brata Władysława Broszkiewicza. (…) Od strony podwórka banda wyłamała drzwi wejściowe do domu. (…) Strzelano do mojej cioci Malwiny Mecan. Dostała kulą rozrywającą w twarz. (…) Jednocześnie popychali mego tatusia do wyjścia z pokoju w kierunku przedpokoju i kuchni. Po drodze kłuli go nożami. Wyszarpał się z ich rąk i próbował uciekać. Dopadli go za szosą, zamordowali w rowie. Na śniegu w rowie było głębokie wgłębienie i bardzo dużo krwi. Po czym przeciągnęli go przez szosę i rzucili na podwórko koło studni. Wszędzie była krew, leżał na brzuchu. Wyszliśmy z piwniczki i natychmiast przypadliśmy do tatusia. Ja przytuliłam się do niego, zdawało się mi, że ciało jeszcze drgało. Pchnięcia nożem były wszędzie na rękach, nogach, na całym ciele. Naliczyłam 36 pchnięć nożem. (…) Wujka Władysława Broszkiewicza znaleźli i ściągnęli ze strychu. Pod wpływem zadanych ciosów upadł na plecy. Dźgali go nożami z taką pasją, że aby go ubrać, musieliśmy najpierw pozbierać jego wnętrzności i włożyć do brzucha.

Relacja Romana Donigiewicza:
Nastał taki czas, że i w dzień przestało być bezpiecznie. Ja z bratem ukrywaliśmy się na cmentarzu, ojciec w zaroślach nad Czeremoszem, matka z młodszą siostrą w klozecie. Tylko dorywczo wpadało się do ocalałego domu, aby zrobić coś do jedzenia. Cmentarz był położony na wzgórzu i stąd był doskonały widok na nasz dom. Byliśmy świadkami, jak do naszego domu za dnia podjechała furmanka, z której zeskoczyło kilku ludzi. Wyłamali oni drzwi, powynosili różne rzeczy, powybijali szyby w oknach, oblali naftą i podpalili dom. Ocalała tylko jedna ściana z kawałkiem kilimka i obrazem Matki Bożej. W wielkim niebezpieczeństwie były moja mama i siostra ukrywające się w klozecie. Coraz trudniej było znaleźć kryjówkę, więc mama z siostrą ukrywały się w stajni u sąsiada Ukraińca, bez jego wiedzy.
                                                                                                                                                                             CDN…

Relacje pochodzą z książki ks. Tadeusza Isakowicz-Zaleskiego pt. „Przemilczane ludobójstwo na Kresach”

Komentuj...