Zbrodnie UPA: Najazd banderowców na wieś Wiązownica

Najazd banderowców na wieś Wiązownica[…] Na akcję wyruszono z Boru Łapajówka ok. 4 rano. Sotnia dostała się w rejon rz. San przed 5 rano idąc gęsiego i w jak największej ciszy, tzw. Wielkim Rowem położonym między Wiązownicą i Nielepkowicami. Na czele szedł „Szum”, kolumnę zamykał „Zalizniak” wraz ze swoją ochroną. Będąc w okolicy folwarku pozostawiono czotę Tarabana ps. „Tuczą” z dowódcą sotni „Szumem”, a reszta pod osobistym dowództwem „Zalizniaka” rozstawiła się od strony Sanu, od folwarku do Cerkwi czyli mniej więcej do obecnej siedziby Urzędu Gminy. Gdy łącznik zakomunikował „Szumowi”, że grupa „Zalizniaka” gotowa jest do napadu tenże rozpoczął serią z karabinu maszynowego natarcie na folwark, a grupa „Zalizniaka” pociskami zapalającymi spowodowała wiele pożarów i strzelcy wtargnęli do śpiącej wsi. W folwarku, wówczas otoczonym murem, a ściślej mówiąc na górnej kondygnacji Spichlerza, kwaterowało 28 żołnierzy z 2. zapasowego pułku piechoty Wojska Polskiego. Grupa „Szuma”, mimo znacznej przewagi liczebnej w ludziach, nie zdołała wejść do środka dworzyska. Obrońcy stracili jednak czterech żołnierzy. Polegli – st. sierż. Stanisław Kulczyński, kpr. Władysław Adamowicz, kpr. Arkadiusz Downar i szer. Mikołaj Sawicz. Poległ tutaj też jeden z napastników. Mimo, że „Szum” nie zdobył folwarku to jednak skutecznie uniemożliwił przyjście żołnierzom z pomocą gorejącej wsi.

W sumie nie był to, tak naprawdę typowy napad do jakich przyzwyczajono nas później. Przede wszystkim wieś palono pociskami zapalającymi (fosforowymi), w mniejszym stopniu pożary wzniecali tzw. „zapalacze”, którzy wykorzystywali do palenia domostw np. snopki słomy. Ponieważ część upowców była ubrana w polskie szynele żołnierskie, niejednokrotnie Polacy zwracali się do nich o pomoc, a znajdowali śmierć. Ludność ginęła głównie wskutek uduszenia i od żaru, w większości w piwnicach, oraz postrzału. Dużo ofiar uciekało w stronę Sanu, który był obstawiony przez straże nacjonalistów i na jego przedpolu ginęli. W zasadzie nie było bezczeszczenia zwłok, przede wszystkim z tego powodu, że nie wystarczało na te praktyki czasu. We wsi panował wielki chaos i ulice zapełniały się uciekającymi w różne strony ludźmi i zwierzętami, które rycząc, kwicząc, piszcząc, szczekając potęgowały grozę. Nad wsią ulatywały kłęby dymu i sadzy, na niebie widoczna była wielka łuna. Musimy jednak dodać, że mimo tej grozy, niektórzy upowcy zachowali resztki człowieczeństwa. Po pierwszych strzałach i po wznieceniu pożarów do wsi weszła grupa cywilów ukraińskich, których jedynym zadaniem była grabież. W tej sytuacji zerwała się łączność za pomocą łączników między grupą „Szuma” i „Zalizniaka”.

W tym stanie rzeczy nie było sposobu ani żadnej siły, która by zapobiegła tragedii. Pierwszym, który próbował coś zaradzić i powstrzymać napastników, był ksiądz Proboszcz Józef Miś. On to pod koniec napadu, gdy upowcy niemalże byli tuż przy plebanii zorganizował obronę tej części wsi, czyli środkowej. Gdy usłyszał on zbliżające się strzały pośpiesznie udał się na posterunek milicji (jak wiemy będący poza zasięgiem napadu), który był niezamknięty i bez milicjantów. Natomiast było w nim 15 karabinów i amunicja. Wg jego zeznań z 1959 r. „zorganizował” więc kilku chłopów (w tym 3 milicjantów), dał im broń z posterunku i zasadził się na upowców w rowie koło byłej mleczarni . Tę wersję w zasadzie potwierdza Władysław Broda, który zbudzony przez żonę wziął karabin i szybko wybiegł ze swojego domu położonego prawie na przeciwko posterunku. Dalej wspomina on, że w okolicy kuźni Andrzeja Kruka spotkał ks. Misia, który krzyknął do niego: „Władek, patrz na podwórzu plebanii są już banderowcy” i następnie rozkazał: „Władek strzelaj”. Wkrótce zjawił się kierownik szkoły Józef Ochęduszko, który razem z ks. Misiem komenderowali strzelającymi i wskazywali uciekinierom drogę do ucieczki . Z biegiem czasu, w rejonie dzisiejszego połączenia drogi spod szkoły i głównej – do Szówska przybywało obrońców. Jednymi z pierwszych byli: Andrzej Naspiński i Franciszek Jarosz. Następnie dołączyli do nich: Stanisław Babiarz; Jan Broda; dwaj bracia Gliniakowie (nie był to Bronisław, jednym z nich mógł być Stanisław), mieszkający nieopodal Tadeusz Kasia; Stanisław Socha; Michał Orzechowski; Kazimierz Stempak z karabinem maszynowym; Piotr Skrzypek; Stanisław Płachetko; Jan Puka i Józef Wójcik – były mieszkaniec Mołodycza. Była to już 17 osobowa grupa, która dysponowała znaczną siłą ognia. Będąc poza bezpośrednią strefą napadu upowców swoim ogniem, wg późniejszych przekazów, z pozytywnym skutkiem udaremniła zniszczenie części „wschodniej” wsi. Byli oni ostrzeliwani z dwóch kierunków: od strony cerkwi przez część grupy „Zalizniaka” i od strony Łapajówki przez granatnik stojący na Skotniku i część bojówki „Rama”, która przebywała obok figurki św. Jana.
Po ok. 1,5 godziny od początku napadu, wg przekazów ukraińskich, gdy cel został osiągnięty tj. zniszczono i obrabowano dolną część wsi, przy kończącej się amunicji i coraz wyraźniejszej kanonady Polaków ze strony kościoła „ Zalizniak”, jako wytrawny strateg dał: „ (…) rozkaz wycofania się przez umocnienia i bunkry wroga do niedalekiego lasu”. Z uwagi na brak łączność z grupą „Szuma” atakującą ciągle Spichlerz, ten rozkaz nie dotarł do nich. Odwrót komplikowali Ukraińcy z kuszczy, którzy drogą na Łapajówkę gnali zrabowane zwierzęta domowe i na wozach konnych wieźli skradziony dobytek Wiązowniczan.

Dopiero w chwili rozpoczęcia się wycofywania grupy „Zalizniaka” do ks. Misia przybiegł Michał Kasia z informacją o nadciągającej pomocy z Piwody. Był to 30 osobowy oddział Narodowego Zjednoczenia Wojskowego Bronisława Gliniaka ps. Radwan. Prawdopodobnie, mniej więcej w tym samym czasie, od strony Szówska dołączali do ks. Misia pojedynczy ludzie z b. plutonu i placówki nr 5 byłej AK z Szówska. Większą grupkę przyprowadził Tadeusz Zarzecki, przybyli Walenty Petryna, a także sam Ludwik Reichel (powiadomił go Władysław Socha zresztą mieszkaniec Wiązownicy) i Józef Foryś. W tym czasie na podwórkach swoich domów zginęli z rąk marudera upowskiego Michał Kasia i Michał Orzechowski. Upowiec ten został zastrzelony przez grupę ks. Misia wracającej spod Wyczawy.

Nadciągający oddział „Radwana” najpierw ujrzeli bojówkarze „Ramy”, którzy pośpiesznie wycofali się w kierunku Łapajówki zabierając na koniu granatnik ze Skotnik. Ulokowali się oni na skraju lasu Łapajówka i ogniem ochraniali odwrót grupy „Zalizniaka”, bo tyły wycofującej się grupy „Zalizniaka” zaatakowała grupa ks. Misia. Byli oni w pogoni za „Zalizniakiem” aż do potoku Wyczawa nie wyrządzając im większej krzywdy. Jednak silny ostrzał z lasu w praktyce uniemożliwił dalszy pościg i dlatego grupa ks. Misia postanowiła wrócić do Wiązownicy, natomiast „Radwan” zdecydował sie rozpoznać rejon Lasu Sieniawskiego zwany „Garbem”. W międzyczasie grupie „Szuma” ciągle ostrzeliwującej spichlerz zaczęło brakować amunicji i „Szum” postanowił zaniechać dalszego ataku, tym bardziej, że na kierunku wschodnim ucichły strzały. Ponad 30 osobowa czota „Tuczy” ubrana jednolicie w polskie szynele wojskowe wyszła na drogę w rejonie cmentarza. Było to już gdy „Zalizniak” był w Łapajówce. Zauważyła ją grupa ks. Misia wracająca z pościgu za „Zalizniakiem”. Po zorientowaniu się, że to upowcy rozpoczęli ostrzał tej grupy i polami zaczęli się zbliżać do przysiółka Bednarowo. Upowcy odpowiedzieli też ogniem. W wyniku tej strzelaniny nacjonaliści stracili w rejonie cmentarza 19 letniego Myrosława Dmytrusia ps. Baran, którego ojciec pochodził z Szówska. W tej sytuacji upowcy zaniechali bezpośredniego dojścia do przeciwległego lasu i postanowili ponownie skorzystać z „Wielkiego Rowu. Ich odwrót osłaniał strzelec z karabinem maszynowym, wg niektórych – ulokowany na jednej z lip alei w Bednarowie. Był nim prawdopodobnie Mychajło Doda ps. Dub z Manasterza, (polskich przekazach jest nazywany Franciszkiem) W rejonie krzyża stojącego w alei prowadzącej do byłego SKR-u upowcy stracili kolejnych dwóch strzelców. Podczas dochodzenia Polaków do alej Bednarowa „Dub” trafił w lewą pierś Jana Brodę, a następnie w nogę jego sąsiada w szeregu – Andrzeja Naspińskiego. Polakom udało się zastrzelić „Duba”.

Po pewnym czasie ustaliły się następujące pozycje wyjściowe: grupa „Szuma” – na nasypie w krzakach, za niewielkim wzniesieniem wzdłuż „Wielkiego rowu”; grupa ks. Misia i Reichla wśród alej lipowych Bednarowa bliżej drogi na Nielepkowice, zaś oddział Radwana u szczytu alei Bednarowa, bliżej lasu. W tenże sposób zaistniała możliwość okrążenia upowców. Polacy ciągle przemieszczali się chcąc znaleźć jak najlepsze dla siebie pozycje do ostrzału. Natomiast upowcy pod ostrzałem konsekwentnie Wielkim Rowem zdążali do lasu. W tej walce od wybuchu granatu zginął na miejscu Stanisław Socha, a Józef Czukierda jego odłamkami był raniony w nogę i obie ręce. Zginął Józef Magdziak. W nogę i dłoń został ranny Ludwik Reichel. Ciężkoranni zostali: Tadeusz Kasia i Stanisław Płachetko. Obaj zmarli w szpitalu w Jarosławiu. Socha i Kasia zostali pochowani w Jarosławiu. To starcie zakończyło się przed 8 rano. […]

Fragment pochodzi z pracy Mieczysława Samborskiego pt. „Wiązownica (pow. Jarosław) 17 IV 1945 r.
Największy jednorazowy mord Polaków na terenie dzisiejszej Polski dokonany przez nacjonalistów ukraińskich”

Podobne wpisy:

2 komentarze

  1. Mariusz napisał(a):

    Teraz na cmentarzu powoli niszczeje grób pomordowanych w tym napadzie pomordowanych przez ukraińców obudzcie się mieszkańcy i odnówcie ten grób ale….bez polityki i przede wszystkim powiedzmy prawdę na tej mogile …

  2. Helena Jastrzebska napisał(a):

    Urodziłam się w Wiązownicy w tej malutkiej i pieknej wiosce. Mając 14 lat, rodzice moi sprzedali dom i wraz z całą rodziną zamieszkalismy w Jarosławiu.
    Mieszkam teraz w Kanadzie. Jako dziecko , czesto słuchałam opowiesci mojego Ojca Władysława Brody, który poświęcał swoje życie dla drugich, aby spokojnie mogli żyć. Czytając ten artykuł o walkach, ktore toczyły się na tych terenach, miałam łzy w oczach. Ksiądz Jozef Miś uczył mnie religii i mam go na zdjęciu Pierwszej Komunii Świetej. Jestem dumna z mojego ojca i wiem teraz jak ciężko było wówczas żyć. Ojciec mój już nie żyje, ale wspomnienia pozostaną na zawsze.

Komentuj