Zbrodnie UPA: Pogrom Dominopola. Opowiada Petronela Władyga

(…) Pamiętam pierwszą ogromną rzeź, jaka była w naszych stronach w dniu 11 lipca 1943 roku we wsi Dominopol, odległej tylko 4 km od Swojczowa. Nocą i przy pełnym zaskoczeniu, stosując najbardziej makabryczne metody, wybito tam ponad 150 rodzin polskich, był to pierwszy masowy mord na terenie naszej parafii. Zginął  tam mój wujek Lipina Franciszek z całą rodziną, która składała się z 6-ciu osób. Ukraińcy opowiadali, że po zabiciu ojca, matki i starszego rodzeństwa, żył jeszcze najmłodszy ich syn, liczył zaledwie dwa latka. Dziecina nie rozumiała co się stało, zrozpaczona, głodna i wyziębiona szarpała zwłoki matki, ojca, brata i siostry, krzyczała przy tym przeraźliwie. Tymczasem ukraińscy zbrodniarze (dziś na Ukrainie – bohaterzy UPA), naśmiewali się z dziecka, tak przez cały dzień, potem to biedne dziecko zabili.

POGROM DOMINOPOLA

Ukrainki opowiadały, że nie mogły przez dłuższy czas domyć podłogi z której wychodziła żywa krew, mówiły, że to kara Boża za znęcanie się nad „detyną” . W tej wiosce ocalała przypadkiem, tylko jedna osoba. [w rzeczywistości ocalało więcej, nawet kilkanaście osób, dod. Sławomir Tomasz Roch] Była nią szesnastoletnia Antonina Uleryk córka, siostry mojej babci, która szczęśliwie zdołała przedostać się do Swojczowa, szukając schronienia. Gdy tylko przyszła do siebie, opowiedziała nam ze szczegółami przebieg masakry ludności polskiej w Dominopolu. Zdruzgotana i poraniona Antosia mówiła tak: „Napad miał miejsce w nocy z 10-go na 11-ty lipca. Około godziny pierwszej zagrały trąbki i do każdej polskiej chaty z krzykiem ‘ Otwieraj!’ zakołatano do drzwi kolbami karabinów. Przy oknach stali już przygotowani na mord, uzbrojeni Ukraińcy . W naszym domu wszyscy obudzili się od razu. Matka mając wtedy ponad pięćdziesiąt lat, otworzyła oprawcom drzwi. Do izby weszło dwóch uzbrojonych partyzantów ukraińskich, a czuć było od nich alkoholem. Pierwsze słowa to ‘Wy majecie broń, u was są polscy partyzanci!’. Matka ze strachem odpowiedziała: ‘Nikogo nie ma! Patrzcie jest tylko mój mąż sześćdziesięcioletni, a to moje dwie córki: Rózia i Antosia’. Ukraińcy byli z karabinami i z osadzonymi bagnetami. Widziałam, że nie interesowało ich wcale, co mówiła moja matka, w ogóle nie słuchali, tylko jeden z nich uderzył ją kolbą karabinu, a gdy w następstwie silnego ciosu przewróciła się na ziemię, brutalnie zabił. W tym czasie drugi banderowiec zabił ojca, jeszcze w łóżku. Ja sama także zostałam ciężko ranna, byłam uderzona bagnetem w bok tak, że bagnet przeszedł na drugą stronę. Gdy rezun uderzył mnie bagnetem po raz drugi, przekłuł mi rękę na wylot i wtedy straciłam przytomność. Po odzyskaniu przytomności, usłyszałam tylko rzężenie konającego ojca, który leżał we krwi przy łóżku.”

Tak opowiadała nam osobiście, co się działo dalej:

„Wstałam resztkami sił, matka leżała nieżywa przy drzwiach, siostra nieżywa w łóżku. Z wielkim trudem wyszłam przed dom, chciałam wołać o pomoc. Z Bożej łaski zobaczyłam, jak dwie moje koleżanki, które uciekły z mordowanego domu, są właśnie okrutnie bite, pamiętam jeszcze, jak prosiły oprawców: ‘Zabijcie nas, a nie bijcie’. Tak pędzili je w stronę lasu. Wtenczas odzyskałam raptownie więcej sił, cofnęłam się do mieszkania. Przebrałam się, bo wciąż byłam tylko w bieliźnie, potem ukryłam się w konopiach i tam przebywałam ukryta, aż do rana. Przeżywałam tam nieopisane katusze, gdy wciąż słyszałam różne jęki, płacz i krzyki, wołania o pomoc i strzały. Jak zaczynało już świtać, usłyszałam trzykrotny głos trąbki, był to sygnał zakończenia mordowania Dominopola. Tłumnie, wszyscy zbrodniarze zaczęli się zbierać u sołtysa wsi. Słyszałam także, jak ci co mordowali, zaszli do naszego domu i jeden mówi: ‘Tu brakuje jednej osoby!’. Przestraszyłam się bardzo, że teraz będą mnie zawzięcie szukać i jeszcze głębiej zaszyłam się w konopie. Widocznie jednak, spieszyło się im bardzo na przerwaną biesiadę i nie szukali dalej. Słychać było pijackie okrzyki, toasty i śpiewy. Niewiele zrozumiałam z tych wrzasków, przesiedziałam cały dzień w konopiach, bez kropli wody w gorączce i okropnym strachu, a gdy przyszła druga noc, ukradkiem przedostałam się przez pola do Swojczowa. Po drodze napotkałam, jeszcze przed rzeką Turią, wykoszony łan zboża i wykopany ogromny dół widocznie, miał to być wspólny grób dla mieszkańców z naszej wioski. Odległość, która dzieliła Swojczów z Dominopolem 4-5 km, przeszłam z wielkim trudem. Już świtało, jak pół żywa zastukałam do cioci Karolki.”

Rzeczywiście nasza babcia Karolina Rusiecka z d. Bedychaj, to także jej ciocia. Babcia zamknęła ją w pokoju stryja Mariana Rusieckiego, który w tym samym dniu, uciekł już do Włodzimierza Wołyńskiego. Ciężko ranna Antosia przez pierwsze dwa dni miała silną gorączkę, a były rany zaczerwienione i mocno opuchnięte. Babcia przykładała do ran kompresy z wody, skrapiane octem i serwatką, po zsiadłym mleku. Pamiętam grozę tamtych godzin i dni, okna były zasłonięte w mieszkaniu, półmrok, strach ogromny. W każdej chwili mogli wpaść Ukraińcy, w poszukiwaniu stryja Mariana, który także dopiero co uciekł banderowcom z konwoju, przeznaczonego na śmierć. Tymczasem przy rannej Antosi, musiał ktoś czuwać, więc my wszyscy po kolei, pilnowaliśmy i czuwaliśmy przy niej.

I DZIEŃ PO RZEZI NA DOMINOPOLU

W kilka pierwszych dni po zagładzie Dominopola, w Swojczowie i całej okolicy ludzie po cichu z trwogą opowiadali sobie, o tym co się właśnie wydarzyło i co jeszcze może przyjść na wszystkich. Atmosferę tamtych dni można streścić w słowach: szok, konsternacja i gwałtowne poszukiwanie nadziei, wszędzie zadawano sobie to jedne pytanie: co robić dalej…? Dominopol i wieś Piński Most przecinała rzeka Turia. Skrzętnie wykorzystali to Ukraińcy, którzy od kilku miesięcy na moście wystawiali uzbrojone warty. I kto szedł do Dominopola puszczali, ale już nikt z tamtej strony nie mógł przyjść do nas, zdarzało się, że nawet Ci co tam poszli, już więcej nie wracali. Tak i tym razem było, gdy 10 lipca 1943 r. dwie kobiety z Wandowoli, poszły za rzekę na swoje łąki grabić siano i już nie powróciły do swojego domu. Zmartwiona ich siostra całą noc z niepokojem nadsłuchiwała i czekała na nie. Raniutko wstała, chciała iść zobaczyć, co się stało, że one nie wracają. Gdy już podeszła niedaleko rzeki zaczęła z niepokojem przyglądać się, co się dzieje na drugim brzegu. I cóż widzi, jakiś szum, ruch, coś tam się dzieje na całej wiosce. Ani z jednego komina nie widać dymu, psy wyją, krowy ryczą. Ogarnięta lękiem kobiecina, przytomnie biegnie prosto do kościoła w Swojczowie. Ksiądz Jaworski już odprawił pierwszą mszę świętą, a ona nie wytrzymuje strachu, kręci się, wierci przeszkadzając księdzu w odprawianiu mszy, coś tam mówiąc. Ksiądz skrócił i zakończył mszę i wziął ją na spytki. Kobieta ta zaraz opowiedziała ze szczegółami, co przeżyła i widziała.

Nasz proboszcz ksiądz Franciszek Jaworski, był to ksiądz kapelan ze stopniem wojskowym, zatem zorientował się prędko w groźnej sytuacji. Wiedział, że nie ma za wiele czasu, rozkazał swojej gospodyni, żeby sprawnie spakowała się i będą wyjeżdżać do Włodzimierza Wołyńskiego. Przyszedł także do mojego ojca i mówi „Andrzeju coś na Dominopolu się stało, ja wyjeżdżam, ale boję się, że mnie nie puszczą, zatrzymają. Zrobimy tak, że ja pojadę z tobą z hostią, niby do chorego z Panem Bogiem, a gosposia moja z rzeczami potrzebnymi, będzie jechała zaraz za nami. Pojedziemy razem do Włodzimierza Wołyńskiego i dowiemy się, co tam się w Dominopolu naprawdę stało.  A jeśli będzie taka potrzeba, zaraz wrócimy i zabierzesz swoją rodzinę.”. Ojciec nie odmówił księdzu Jaworskiemu, prędko zaprzągł konia do wozu, zabrał ze sobą swego siedmioletniego syna Piotrusia i pojechał razem z księdzem do miasta, jeszcze przed godziną siódmą rano. Ksiądz Franciszek Jaworski miał dobre wyczucie bowiem banderowcy nie poprzestali na wymordowaniu Dominopola, ale mieli plan likwiadacji Polaków w całej naszej parafii i jak sie później okazało, nawet na całym Wołyniu. Otóż już tego samego dnia 11 lipca 1943 r. , gdy nocą wymordowali Polaków na Dominopolu. Już z samego ranka, przyjechało na koniach kilku uzbrojonych Ukraińców do naszego sołtysa Cebuli i zarządzili, by zaraz zorganizował dla nich furmanki. Potem przeszli razem przez naszą wieś Swojczów, a sołtys Cebula wskazywał, gdzie mieszkają młodzi mężczyźni po wojsku. Przyszli także pod dom, gdzie mieszkał mój stryj Marian Rusiecki. Ukraińcy na koniach stali w pogotowiu na podwórku, a dwóch z sołtysem weszło do domu. Sołtys Cebula mówi: „Rusiecki biorą ciebie na przeszkolenie, chodź idziemy!”. Stryj coś przeczuwał i próbował tłumaczyć się, że jemu szkolenia nie potrzeba, że żona jest w ciąży i nie może ją samą zostawić, ot tak sobie przed żniwami. Wtedy do akcji włączają się banderowcy i grożą, że jak się sprzeciwi, mają rozkaz zabić. Wypędzają go zatem brutalnie z domu i każą siadać na furmankę, na której siedział także uzbrojony Ukrainiec. Wyjeżdżają, stryjenka Czesia biegnie za nimi, błaga i prosi, a była już w ósmym miesiącu ciąży. Czepia się nawet za wóz i biegnie za nimi, a oni tylko się śmieją i mówią: „Czekaj puścimy go, puścimy, a ty puść się wozu.” Zajeżdżają po Leona Mierzyjewskiego i w ten sam sposób, wyprowadzają go z domu.

Nabrali już pełne dwa wozy, młodych sprytnych mężczyzn i jadą zabierać dalej. Zatrzymali się przed młynem Umanowskiego, każą stać i czekać, a pięciu uzbrojonych Ukraińców na koniach pojechali do zabudowań polskich. Stryj Marian opowiadał nam potem wszystkim tak: „Jadę tak z innymi i widzę, że jak by coś się święci, mówi w końcu sam do siebie: „Myślę nie dobrze się dzieje, jak teraz nie ucieknę, będzie gorzej.” Zatem decyduję się na próbę ucieczki, po mału, bez pośpiechu zsuwam się z wozu. Ukrainiec siedzący na wozie krzyczy za mną: „A ty kuda!?”. Stryj na to do niego spokojnie: „Muszę, dłużej nie wytrzymam, zesram się”, tu odpinając pasek od spodni. Ukrainiec nie daje za wygraną i krzyczy: „Nie idi, nie wolno, budu strelać!”, stryj nie słucha, odchodzi i niby przysiada na kopę koniczyny i tym sposobem ostatecznie wymyka się dalej i z powodzeniem szczęśliwie ucieka.” Jak się później okazało, ratując sobie tym samym życie, gdyż wszyscy inni zostali brutalnie, wkrótce zamordowani przez eskortujących Ich właśnie banderowców. Owe rzekome ćwiczenia, były tylko pretekstem ze strony banderowców, by wywabić z domów najsilniejszych, młodych i przeszkolonych wojskowo chłopaków. Stryj kwitował postawę innych Polaków dość ostro: „Dziwię się tym chłopcom po wojsku widzą, że ja uciekam, mogliby rozpierzchnąć się w różne strony, zawsze ktoś by jeszcze uciekł, może i kogoś by zabili, ale nie wszystkich, a tak Ich wszystkich wymordowali.”

Fragment relacji pochodzi ze strony wolyn.org

Podobne wpisy:

Komentuj