Zbrodnie UPA: Wspomnienia Wiktorii Baumgart

Dodano 17 października 2013

BRZĘK SZYB, W OKNIE ZOBACZYLIŚMY WIDŁY I SIEKIERY

(…) Było na wsi w tym czasie spokojnie, zbliżały się żniwa, a pięknie obrodziły pola. Ojciec nasz nie chciał być dłużej w mieście, zdecydował że czas wrócić na Teresin i zabrał nas wszystkich ze sobą. Ja wracać nie chciałam i bardzo płakałam, miałam przeczucie, że coś się złego stanie. Ale wiadomo, jak to było kiedyś, rodzice jak coś powiedzieli, to było święte. Były piękne żniwa 1943 r., a w okolicy nic się specjalnego nie działo, cicho było. Ale były też różne pogłoski na temat Ukraińców. Nasz ojciec powiedział nam znacząco: „Dzieci jak chcecie, to się chowajcie, gdzie tylko chcecie. Ja stary, jak zginę to na swojej ziemi.”. I tak się potem miało stać, jak powiedział wtedy nam tatuś. Mieliśmy w domu schron i można tam było dobrze się ukryć, ale ojciec nie chciał. Mieliśmy granaty, bo Ruskie jak uciekali, to zostawili wszystko w Lesie w koszarach, koło Tartaku. Tam była broń, kto chciał to brał, najwięcej to Ukraińcy brali, bo wiedzieli że im się przyda do mordowania Polaków. Po żniwach 1943 r. było nadal cicho, ale krótko. Ja chodziłam spać do Buczków, spałam z córką Gienią Buczków. W dole była jama na podwórko, dobrze przykryta pniakami i my obie tam spały w tym dole, na noc obkładając się tymi pniakami. Pozostała rodzina Buczków spała w stodole i w domu.

Wspomnienia Wiktorii Baumgart

To była niedziela. Ja i rodzina Buczkowskich spaliśmy w domu, w tym matka Buczkowskich i trzy jej córki: Aleksandra, Genowefa i Leokadia. Małżeństwo spało w stodole. Był ranek piękny, spaliśmy spokojnie, wszyscy myśleli że będzie dobrze, nikt nawet nie przypuszczał, że stanie się straszne nieszczęście. Usłyszeliśmy rano naraz brzęk szyb w oknie. Ja i pozostali z rodziny Buczkowskich zerwaliśmy się z łóżek patrzymy, a w oknie są widły i siekiery. W sieni była drabina na strych, postawiliśmy drabinę i uciekamy po niej na górę, jedna drugą się pyta: „Co jest?”. Nikt nic nie mówi. Pytam babcię Buczków: „Co jest?”. Ale znów nie było odpowiedzi! Wszyscy byliśmy w szoku.

Na strychu było trochę snopków i plewa była, więc ja z młodszą córką Buczkowskich Leokadią, obie schowałyśmy się pod samą strzechą, jedna drugą przykrywała plewą. A matka Buczkowskich (babcia), córką Ola i Genowefa wyszły ze strychu same na zewnątrz, drugą drabiną i innym wyjściem i tam je dopadli rezuny i zabili. Gienia uciekała koło szkółki do lasu, ale dopadli ją i zaciągnęli na podwórko i zabili. Opowiadali nam to wszystko dokładnie rodzice, którzy byli w stodole i patrzyli przez szpary jak mordują dzieci i babcię. My obie z Lodzią w tych plewach, byłyśmy schowane, jak długo nie wiem, może z godzinę. Wlazł Ukrainiec na strych, chodził z toporem, słychać było jak stukał po podłodze. Pan Bóg dał że nas nie widział, bo oni bandyci byli pijani. Powiedział wtedy tak: „Chło je nechaj wyjde!”. Tyle pamiętam, Bóg dał że nas nie zobaczył i zszedł na dół. Poszli mordować dalej, tym razem do Krochmala. Słychać było jęki i rąbanie ludzi siekierami. Ile Ich zginęło nie wiem, a oni oprawcy szli dalej, od domu do domu. Poszli dalej, było już cicho, więc wyszłam z plewy i Lodzia też. Ja nawet nie wiedziałam, która ze mną się schowała. Dopiero jak otrzęsłyśmy się ze słomy, dopiero zobaczyłam, kto ocalał z rodziny Buczkowskich. Nie wiem co mnie przyszło do głowy, ale powiedziałam do Lodzi, żebyśmy zmówiły pacierz. Po modlitwie mówię: „Schodzimy ze strychu.”

Drabina podstawiona była z dworu, po niej właśnie bandyta wlazł na strych szukać pozostałych. Powiedziałam do niej: „Idziemy do mego domu zobaczyć, co z moimi rodzicami i rodzeństwem.”. Schodzimy po tej drabinie, a pod szczeblami była ziemia zmieszana z krwią. Musiała być płytka ziemia, bo słychać było charczenie pod drabiną, jeszcze konali ludzie, a my musiałyśmy deptać po Nich, żeby zejść na dół i uciekać. Przeszłyśmy koło Krakowiaka, bo chciałam zobaczyć, kto żyje, tym bardziej, że u nich był schowany mój brat Mieczysław i Jan Topolanek. Ale było pełno krwi na podwórzu, słychać charczenie było, bałam się więc uciekałyśmy dalej, koło mojej cioci Teresy Klimczak, siostry mojego ojca. Moja starsza siostra chodziła do niej spać, ale było wszystko otwarte, drzwi i okno otwarte, krew pod drzwiami, też słychać było charczenie. Wiedziałam, że nie żyją, mogą nas bandziory zobaczyć i zabić, więc uciekamy dalej do mego domu, aby zobaczyć, co się tam teraz dzieje. Wchodzimy na podwórko pełne krwi, drzwi otwarte, wołam: „Mamo! Mamo!”. W tym czasie mój rodzony brat Witol usłyszał moje wołanie i wyczołgał się spod łóżka, był cały umorusany we krwi. Pytam się go: „Gdzie są rodzice?!”. A on do mnie, że już nie ma nikogo, on sam wyszedł z tego ranny w głowę. Został uderzony siekierą, ile razy tego już nikt nie wie. Wzięłam go na podwórko i obmyłam mu głowę, porwałam prześcieradło na kawałki i zawiązałam mu głowę, wzięłam też bułki w koszyk. Poszłam do obory wypuścić zwierzęta, siekierą liny porąbałam, bo były powiązane krowy, cielaki i konie, wszystkie wypuściłam na wolność. Teraz powiedziałam do brata i Lodzi: „Idziemy do cioci Topolanek, zobaczyć kto żyje?!”. A wiedziałam, gdzie mogą być schowani w lochu. Wyszliśmy z mego domu, a idąc zobaczyliśmy koło naszego ogródka, że było tam pełno krwi, takie kałuże.

Poszliśmy do Topolanków, zajrzałam do lochu i wołam: „Ciociu, ciociu!”. Posłyszała mój głos i wyszła z dziećmi z synami: Aleksandrem i Józefem. Mówię do niej: „Uciekamy do lasu, tam przy lesie jest proso, tam się schowamy, bo inaczej nas zobaczą i zabiją.”. Prosa na polanie było rzeczywiście dużo, a było dorodne i wysokie. Ciocia wzięła zatem trochę jedzenia i w tym prosie, przesiedzieliśmy cały dzień do nocy, a nie było wcale nas widać. Spotkaliśmy Kukułki, byli z dziećmi, ale ciocia powiedziała, żeby odeszli, bo gdy nas będzie dużo, łatwo będzie nas wykryć, a wtedy zabiją wszystkich. Józefa Kukułka zginęła, chodziła z Ukraińcem i ją zabili, a reszta dzieci ocalała. Całą niedzielę, bez picia byliśmy w prosie, brat był ranny i bardzo chciało mu się pić, baliśmy się, by nie płakał, bo by nas zaraz wytropili i zabili. A jeździli końmi po polanach i polach i szukali Polaków. Widziałam jak łapali naszego konia, a potem jeździli na nim i szukali takich niedobitków, jak my właśnie. Widzieliśmy jak Ukrainki szły z Useredka i wynosiły nasze rzeczy z naszych domów. Widzieliśmy gdyż wystawaliśmy na palcach z prosa, by móc lepiej zobaczyć, co się dzieje. Jakoś pod wielkim strachem wytrzymaliśmy jednak do wieczora, a z chwilą gdy zapadły ciemności, siedzieliśmy już w sianie. W stronę lasu były bowiem kopki skoszonego siana i tam się teraz ukrywaliśmy. Z samego rana, przez strumyk przeszliśmy do partyzantki. Nazwy miejscowości dokładnie nie pamiętam, może to była Kalinówka, tam mieszkał mój wujek i Topolankowej szwagier, wdowiec. Trafiliśmy zatem do wuja, tam była polska partyzantka i tam, kto zdołał uciec od oprawców to był. Tam było spotkanie nas niedobitków.

Spotkałam mego brata rodzonego Mieczysława, który ocalał z rzezi, gdyż był schowany u Krakowiaka. Mietek, Janek Topolanek i syn Krakowiaka, tak opowiadali mi, co się u nich, tego strasznego ranka wydarzyło: „Byliśmy ukryci w stodole Krakowiaka, schowaliśmy się w słomie, a drabinę wciągnęliśmy na górę na słomę. Ukraińcy szukali drugiej drabiny, zanim jednak znaleźli i weszli na górę, my głęboko wkopaliśmy się w słomę. Ukraińcy uzbrojeni w siekiery i widły zawzięcie szukali nas, ale jakoś nie znaleźli. Siedzieliśmy ukryci cały dzień, a nocą uciekliśmy, tu właśnie do Kalinówki.” W Kalinówce spotkałam też małżeństwo Buczkowskich, bardzo się ucieszyli że ze mną wyratowała się ich jedna córka. Buczkowscy mieszkali po wojnie koło Hrubieszowa na Zamojszczyźnie. W 1950 r. widziałam się także, raz jeden z rodziną polską Kukułków, ale potem nie miałam, już z nimi więcej kontaktu. Na Kalinówce u partyzantów byliśmy tylko jeden dzień. W pierwszą noc polscy partyzanci odwieźli nas wszystkich, którzy ocaleli do miasta Włodzimierz Wołyński. Z tą chwilą nasze drogi się rozeszły, każdy z ocalonych poszedł do rodziny lub do swoich znajomych. Ciężko ranny brat Witol, zaraz poszedł do szpitala, potem zabrała go rodzina, zaopiekował się nim Wacław Kisielewicz. Nasz kuzyn o nazwisku Klimiec, wziął na utrzymanie Mietka, a mnie oddano do znajomych Klimca, ponieważ miał swoją rodzinę i nie stać go było, pomagać nam wszystkim. Tak oto znalazłam schronienie, u zupełnie obcych ludzi, pomimo że mieli czworo swoich dorosłych dzieci. Ci ludzie nazywali się Józef i Helena Pyrko, mieszkali przy ul. Polnej we Włodzimierzu Wołyńskim. Rodzina ta miała gospodarstwo i ja pasłam dla nich krowy. Mieszkaliśmy koło koszar, tymczasem częste naloty samolotów sprawiały, że niemal każdej nocy, uciekaliśmy w popłochu do schronu.

To był okropny czas, Ukraińcy palili polskie wioski i kolonie dookoła miasta, jak okiem sięgnąć, wszędzie się paliło. Chyba nie trzeba dodawać, co my polskie dzieci czułyśmy, o czym myśleliśmy i co przeżywaliśmy w naszych młodych sercach. To był horror, którego nigdy nie zapomnę, tego nie może wymazać czas, ani wiek, można wybaczyć, ale obrazu tamtego piekła, zamazać niepodobna, to jest po ludzku niemożliwe. Był strach że Ukraińcy napadną także na miasto Włodzimierz Wołyński i pomordują jeszcze tych, którzy dotychczas ocaleli. Zaczęli ludzie uciekać do lasu do polskiej partyzantki, taką decyzję podjął także Józef Pyrko. Jego dorosłe dzieci pieszo przeszły na tereny, kontrolowane przez polską partyzantkę. Natomiast mnie, swoją żonę Helenę i jedną córkę, gospodarz zabrał na sanie, bo była ostra zima. W lesie było już ciemno, na dodatek na polanie przed lasem sanie się zepsuły. Józef Pyrko posadził żonę na konia, a mi i swojej córce nakazał, byśmy cierpliwie czekały, aż wróci po nas wraz z partyzantami i odeszli w ciemny las. Zostałyśmy same, strasznie było zimno i okropne myśli przychodziły do głowy. Ale musiałyśmy trwać, gdyż innego wyjścia nie było. Na szczęście po pewnym czasie przyjechali polscy partyzanci i zabrali nas do swojej bazy. Jak byliśmy w lesie, to może było dwa tygodnie i z powrotem wróciliśmy do miasta Włodzimierz Wołyński. Już moich braci nie było. Niemcy pognali ich z całymi rodzinami, gdzieś w stronę Lublina, w którym roku nie pamiętam, może to był już rok 1944. Ukraińcy na miasto nie napadli. Przychodzili niemieccy oficerowie do mojej opiekunki po samogon, a miała bowiem pędziła bimber, dawali jej za ten bimber broń, którą to broń ona wysyłała przez starsze dzieci do polskiej partyzantki. Kiedy Ruskie zaczęli atakować miasto i koszary wojskowe, zaczęły się także łapanki po domach. Niemcy brali przemocą wszystkich zdolnych do kopania okopów i umocnień ziemnych i wozili nas gdzieś za miasto. Wyznaczali nam ile mamy wykopać, dawali chleb i margarynę oraz czarną kawę, za tę ciężką pracę. Pewnego razu przy tej pracy dopadli nas Ruskie i z samolotów zaczęli nas bombardować, wtedy uciekał każdy gdzie tylko mógł.

TUŁACZY LOS WOŁYŃSKICH RODZIN

Jak już były pogłoski, że Ruski ma przyjść, Niemcy wyszukiwali wszystkich cywilów po domach i zmuszali do ewakuacji. Każdy brał ze sobą, co tylko mógł zabrać na wóz, także Józef Pyrko zabrał wszystko, co się dało zabrać i ruszyliśmy na zachód. My dzieci pędziliśmy krowy, dużo polskich rodzin Niemcy gnali w tych dniach przed sobą w stronę rzeki Bug. Nad samą rzeką Ruskie znowu zaatakowali wszystkich i Niemców i niewinną ludność polską, ostro bombardując z samolotów. Jednak szczęśliwie udało nam się przekroczyć rzekę Bug i zaraz uciekliśmy od Niemców na wieś. Niemcy nie próbowali nas wstrzymywać, byli zajęci sobą, panicznie uciekali na zachód. Trafiliśmy do jakiejś pustej wioski, były tam też wojskowe umocnienia i okopy i jakiś niemiecki oddział wojskowy, który nami jednak się wcale nie interesował. Uciekaliśmy więc dalej na polanę, już koło lasu. Były tam pola, a na nich żyto i pszenica. Tylko ponad naszymi głowami przelatywały armatnie kule i bomby.

Po jakimś czasie zrobiło się cicho, poszliśmy więc dzieci na wieś po owoce, do obcych ogrodów poszliśmy. Naraz zobaczyliśmy jakieś wojsko, żołnierze ci byli brudni i zarośnięci. Bardzo się wystraszyliśmy i uciekliśmy z powrotem na polanę do naszych rodziców i rodzin. Powiedzieliśmy wszystkim, że chyba już Ruskie do nas przyszli. Krótko po tym słyszymy, że idzie jakieś wojsko, część z nich podeszła do nas i pytają się, czy my Niemców gdzieś nie widzieli? Starsi ludzie odpowiedzieli spokojnie, że Niemców już nie ma, że pouciekali w popłochu. Baliśmy się bardzo, bo ci frontowcy byli z karabinami gotowymi do strzału. Ale starsi zaczęli się im kłaniać w pas i przyjaźnie z nimi rozmawiali. Wszystko dobrze się skończyło i żołnierze ci odeszli dalej na zachód, za uciekającymi Niemcami. A my zaraz postanowiliśmy wrócić na nasz rodzinny Wołyń, przez linię frontu wracaliśmy do kochanego miasta Włodzimierza Wołyńskiego. Po drodze widziałam pełno trupów i zwierząt pobitych, w tym konie.

TWARZĄ W TWARZ ZE ZBRODNIARZEM

Przyszli Ruskie, już było po wojnie. W mieście spotkał mnie znajomy Ukrainiec Jan Grzybowski z Taratku Kohyleńskiego. Zaprosił mnie do swego domu we Włodzimierzu Wołyńskim. Z tego co mówił rozumiałam, że jego żona oślepła, córka Wierka pracowała w Werbie w gminie, a on sam uciekł do miasta z Teresina. Potem zaczął opowiadać, jak on sam, jego syn Mikołaj Grzybowski i inni Ukraińcy, których nazwisk jednak już nie pamiętam, jak mordowali moich rodziców, rodzeństwo i innych Polaków na Teresinie. Opowiadał mi to wszystko, młodej bardzo wówczas dziewczynie. Mówił mi twarzą w twarz tak: „Byliśmy pijani, mieliśmy broń oraz siekiery i widły, strzelaliśmy tylko jeśli ktoś uciekał. Gdy przyszliśmy pod dom Sobolewskich, pod twój dom stukaliśmy, by nam otworzono drzwi. Otworzył twój ojciec, miał na rękach twego małego braciszka. Z miejsca zaczęliśmy bić twego ojca i zmusiliśmy go, by szedł z nami do miejsca, gdzie była studnia Krakowiaka. Po drodze ojciec twój był bity, a potem żywcem jeszcze wrzucony do tej studni. Młodszą twoją siostrę wywlekli z domu za nogi i ręce w stronę ogródka, tam odrąbali jej ręce i nogi i tam właśnie skonała w wielkich mękach. Mamę twoją także bili i gnali również do ogródka, tam ją zamordowali, a strasznie krzyczała. Witola rąbnęli siekierą w głowę jeszcze w chacie.” Bandzior był bez skrupułów, jak mógł mnie tyle naopowiadać, jak miał sumienie, był przecież naszym sąsiadem. Mówił mi wtedy ponadto, że z innymi mordowali także Polaków na Tartaku Kohyleńskim. Dał mi nawet o dziwo zdjęcie mego stryja z Tartaku, może męczyło go sumienie. Może chciał coś dla mnie i dla naszej rodziny zrobić, jakoś zadośćuczynić, skoro Boża Opatrzność, taką możliwość jeszcze mu wyświadczyła. Nie wiem, tego się już zapewne nie dowiem. W każdym razie mam pamiątkę, bo stryj z całą rodziną zginęli i dzieci, wszyscy było ich razem siedem osób. Podobnie zresztą Polak o nazwisku Czamara z rodziną, wszyscy zginęli, tylko syn ocalał, bo był w tym czasie w Niemczech na przymusowych robotach. Pomordowani zostali także wszyscy z rodziny polskiej Wesołowskich, tylko matka z córką ocalały z tej rzezi.

Fragment pochodzi ze strony wolyn.org

1 Odpowiedź

  1. Ani napisał(a):

    Smutne i niewyobrażalne cierpienie. Znajomy opowiadał jak widział kobietę, której wyrwano małe dziecko, uderzono o dom i oddano martwe.

Komentuj...