Zbrodnie UPA: Z pamiętnika Heleny Dziekońskiej

W roku 1943 dziewiątego kwietnia, o godzinie trzeciej po południu w Kostopolu, w szpitalu na Wołyniu urodziłam syna. Wtedy to już bardzo płakałam nad nim i nad sobą, co będzie. Wojna trwała, nie widać było końca. Synowi dałam na imię Bolesław-Zygmunt. Było to dziecko boleści, a miał przyznane imię Zygmunt. […]

I zaczęła się droga przez mękę, ukraińskie bandy grasowały. Zaczęły dochodzić słuchy że się piątkują, tzn. że będą napadać po pięciu na jedną rodzinę. W mieście to przerażało. Bałam się. Mój mąż piątego maja czterdziestym trzecim roku pojechał jak zwykle do naszego domu. Obok mieszkali moi rodzice. Oni nigdzie nie wyjeżdżali. Ojciec powtarzał, że nic nikomu nie jest winien, że mają go za co zamordować. Nie pomogły prośby. Powiedział zostaję. Mąż mój pojechał, aby pomóc przy sadzeniu ziemniaków. Z mężem moim pojechała mojej siostry córka, Halina Łoś 17-to letnia dziewczynka, żeby pomóc przy sadzeniu ziemniaków u dziadków. Zeszło do wieczora, a to było takie osiedle małe dziewięć domów, sami Polacy. Nazywali się to Lipniki Kostopolskie. […]

Teraz wracam do tego co zaszło po posadzeniu ziemniaków. Postanowili nie wracać do miasta bo to było niebezpieczne. Kawałek przez las. Postanowili przenocować w lesie. Zaszyć się gdzieś w krzakach. Na środku tego osiedla mieszkał taki nazwiskiem Łoś Stanisław. tam się schodzili starsi, a młodsi wartowali. I jak się wybierali iść do lasu, mój brat Adam i mój mąż i mego męża brat Władysław i ta moja siostrzenica Halina, i ona właśnie mówi pójdę po Helenkę Łosiów niech idzie z nami do lasu. Ta już była w łóżku, ale Halina ją uprosiła żeby wstała i poszła do lasu i dała się namówić poszła do lasu. A moi rodzice też tam przyszli bo tam chodziła warta, to tam u tych Łosiów gdzie się schodzili. I godzina jedenasta przed północą Ukraińcy dali znać. Zaczęli wychodzić z lasu część otoczyła dom, tam gdzie byli zebrani, a inni ruszyli po domach i ogrodach gdzie kogo napotkali to prowadzili do tego domu. Kazali się kłaść na podłodze, a gospodarzowi przynosić jedzenie, pocieszali że nie zabiją jak się nasycili to gospodarzowi kazali się położyć na łóżku, bo już nie było miejsca na podłodze. A jeden chłopak nazywał się Paweł Jucewicz, biegł by zawiadomić matkę że się zbliża banda. Nie wiem ile lat miał. Znałam go, może czternaście i jego rodziców też znałam. Ojciec jego wtedy już nie żył, złapali go na ulicy i też tam zaprowadzili. On leżał na podłodze obok łóżka, na którym leżał gospodarz, zaczęli strzelać z pojedynczych pistoletów czy karabinów tego ja już nie wiem. Chłopak się wsunął pod łóżko zauważyli strzelali ale nie trafili. Wyszli na podwórze, obleli budynek benzyną i zapalili. Chłopak miał na tyle przytomności i odwagi, wygramolił się z pod łóżka i zaczął uciekać w stronę rzeki. Zauważyli strzelali ale nie trafili. To była mała rzeczka porośnięta krzakami, chłopak przesiedział do rana jak ci co wyszli z lasu żeby zobaczyć co się dzieje. Chłopca matka też gdzieś przesiedziała w sadzie gdzie rosło dużo krzewów porzeczek i jego siostra Ania 16-to letnia uciekła przez okno do ogrodu i nie znaleźli jej tak że cała rodzina miała szczęście. Matka zrozpaczona, że synek zginął, a on jak posłyszał głosy znajome zaczął się zbliżać. Jak posłyszał płacz matki i jak to najczęściej bywa w takich wypadkach, że się znajdzie świadek wydarzenia.

I właśnie wtedy zginęli moi rodzice. Rozpacz moja nie miała granic, bałam się o dzieci, które tak były małe że nie zdawały sobie sprawy z tego co może ich spotkać w najbliższych dniach. Postanowiliśmy gdzieś wyjechać. Ale gdzie? W mieście bomby, na wsi bandy ukraińskie tak mordowali Polaków w różny sposób nic do miasta nie przywiozły. Wyjechaliśmy do Równego, napływ ludności był straszny, ludność uciekała z wiosek do miasta. Koczowali jak cyganie, ale jeszcze gorzej pod szałasami. Było lato, widok okropny. Myśmy wyjechali z takim męża znajomym, nazwisko jego było Pogorzały. On tam miał w Równem rodzinę to i nas zabrał, trzy rodziny razem mieszkało w dwóch pokojach i mała kuchnia. To było wielkie szczęście. Później mąż znalazł jakiegoś znajomego pana, miał dwa pokoje i nas przyjął, to już było lepiej. Mąż zaczął pracować w magazynach żywnościowych u Niemców. To już było piąte miejsce zamieszkania jak wyszliśmy ze swego domu, w którym mieszkaliśmy zaledwie osiem miesięcy po wybudowaniu. Później ten emeryt wyjechał do córki, było już dobrze jak na te czasy, ale krótko. Niemiec już przegrywał. Bombardował Niemiec, bombardował ruski. Front się zbliżał, kazali miasto opuścić. Całą noc nie spaliśmy. Mąż zbił z desek sanki i mieliśmy taki duży kosz a może więcej, ze sześćdziesiąt centymetrów wysoki. Spakowaliśmy co było konieczne. Kazali nam iść na ulice Przemysłową, a stamtąd mieli nas gdzieś wywozić, niewiadomo gdzie i o godzinie czternastej wyszliśmy. Mąż ciągnął sanki, ja wózek, w którym leżało moje dziewięciomiesięczne dziecko, a trójka małych dzieci szła obok. Był mróz ponad 20 stopni. Na ulicy czekali ludzie z tobołami. Nie wiadomo było na co czekali, nikt się nie interesował tym. Był już wieczór, mąż zaczął szukać schronienia i jakaś pani nas przyjęła, odstąpiła nam pokój. Była już noc. Pościeliliśmy na podłodze, bo nie było łóżek.

Nie spaliśmy. Czekali co będzie dalej, a synek mały płakał. Rano miał temperaturę, wiedziałam że jest źle, postanowiłam szukać lekarza, ale gdzie?. Do śródmieścia było daleko, a wszędzie na ulicach pełno Niemców. Ale wzięłam dziecko i poszłam. Ale poszła ze mną moja siostrzenica Halina Łoś, która była akurat u mnie, bo poprzedniego dnia przyszła do miasta i już nie mogła wrócić do domu, więc została u nas. Biegłyśmy, a front się zbliżał, bez przerwy strzelanina. Lekarz tylko raz przyłożył słuchawki. Stwierdził krótko, zapalenie płuc. Co sobie postawiłam bańki, zrobiłam kompres, dałam ćwiartkie aspiryny, ale serduszko tak mocno pracowało. Byłam bezradna. W duchu błagałam Boga. Jedyna nadzieja. Rano poszłam szukać mleka żeby gdzieś kupić i ktoś mnie skierował, gdzie mogę kupić. Prosiłam, że mam chore dziecko. Sprzedała i poradziła, że jest w mieście taki stary aptekarz, że robi lekarstwa. Podała adres. Znalazłam, receptę miałam Powiedział, że dopiero będzie po południu na czwartą, ale proszki będą za godzinę, więc poczekałam na proszki, a tą miksturę to później. Przyniosłam proszki, a mój synek umierający. Szybko podałam proszki i usiadłam z wielką nadzieją. A była u mnie starsza siostra, która dowiedziała się, że jestem w takiej sytuacji. Przyjechała i została u mnie, a później już nie mogła wrócić, więc musiała czekać bo front był coraz bliżej. Mąż poszedł do pracy, więc ją zostawiłam pilnować synka. Zaczęła mi tłumaczyć żebym się pogodziła, on umrze. A przecież przyniosłam lekarstwo, pomyślałam sobie. Synek usnął, ja poszłam po drugie lekarstwo na czwartą tzn. na szesnastą, jeszcze czekałam, było już ciemno. Jak wyszłam na ulicę był straszny widok. Do miejsca gdzie mieszkałam było ponad dwa kilometry. Na ulicy pełno było Niemców. Jechali czołgami, motorami, jakimiś sankami, samochodami, krzyk wrzawa. Był mróz, pierwszy luty. Ja biegłam chodnikiem, niosłam lekarstwo. Nic mnie to nie obchodziło co się działo wokół mnie. W połowie drogi spotykam moją siostrzenicę Halinę Łoś. Biegła naprzeciw mnie i mówi ciociu wujek przyszedł z pracy i się bardzo denerwuje że nie ma Cioci, po co poszła może nie wrócić. Niemcy strzelają na wszystkie strony. Zabijają kto idzie ulicą. Biegliśmy już obie. Było raźniej, w bramie spotykamy męża. Czekał czy ja wrócę. Wróciłam, synek spał. Było już lepiej. Siostra mówiła że to cud, że on żyje. Mój synek żył, dziecko boleści.

Noc była straszna. Dookoła łuna. Wszędzie było słychać jeden huk. Niemcy uciekali. Rano było cicho. Ludzie zaczęli wychodzić z domów, kto żył. Mój mąż też wyszedł. A moja siostrzenica Halina też poszła i jak to młoda osoba, obleciała wszędzie. Niemców nie było ani śladu. Ruskie wojsko zaczęli zajmować miasto. Już było pełno wojska, ludzie się przyglądali. A ja się bałam, że może będą wywozić na sybir. Po kilku dniach doszły nas słuchy, że w Rosji jest Armia Polska, która idzie wraz z wojskiem ruskim. Nie wiedzieliśmy czy cieszyć się czy smucić. Minęło może dziesięć dni. To było trudno przewidzieć co to za wojsko, kto prawdę mówi. Szybko to robili. Najpierw zabrali mego brata Adama dwudziestego drugiego, a dwudziestego siódmego lutego moich dwóch siostrzeńców Stanisława i Józefa, braci Haliny Łoś o której to już pisałam.

Pierwsza zbiórka była w sali kina, w Równym. Pierwszy poszedł mój brat Adam. Odprowadziła siostra Stasia, jak wróciła, to mówiła do mnie – nie płacz, poszedł budować Polskie. Był tam polski oficer, w ruskiej czapce z polskim orłem na czapce i mówił – nie bójcie się, idziemy budować Polskie. Taka jaka była, taka będzie. I zaśpiewała „Jeszcze polska nie zginęła” a jak wyszli na ulice udając się na dworzec to śpiewali ”Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”. I sama śpiewała, a ja jej usta zamykałam ręką bo nie wierzyłam, wciąż myślałam że nas oszukują. Dziesiątego marca tegoż samego roku, a to było 1944, zabrali mego męża. Wyjechał zostawiając mnie i czworo małych dzieci. Już w następnym mieszkaniu, bo pierwszego marca został rozbity ten dom przez nalot i nic się jakoś nikomu nie stało, tylko jak szkło leciało z okien, a mój mały synek leżał na podłodze przy nim ojciec w kącie to zapato ich szkło, ale nie skaleczyło nikogo. Ja ze starszymi dziećmi i z siostrą Stasio zeszliśmy do piwnicy. Jak wyszłam z piwnicy to już nie można było mieszkać bez okien. Musieliśmy szukać mieszkania. Zamieszkaliśmy u mego wujka Polikowskiego i tam też mieszkała moja siostra Łosiowa. Przygarnęli mnie z małymi dziećmi bo za dwa dni mąż mój się cieszył, odjechał zadowolony, że zostałam przy rodzinie. Był ktoś bliski blisko mnie to tak trochę cieplej. Pieniędzy nie miałam ale i nie było co za nich kupić. Na wsiach zostali sami Ukraińcy to nic do miasta nie wywieźli „żeby polaczki wyzdechały”. Ja miałam worek mąki i z pół worka cukru, to było dużo jak na te czasy. Mąż pracował w takich magazynach niemieckich żywnościowych, to tam zawsze coś przyniósł do jedzenia ale mąki i cukru nie wolno było, ale jak już front się zbliżał to kazali brać wszystko, a że stała warta to Niemcy podwozili samochodami do domu. Jak była druga zmiana to było późno w nocy, to by warta nie przepuściła jakby się cos niosło. I takim sposobem miałam trochę tego zapasu. Niemcy kazali brać mąkę cukier i co komu odpowiadało. Margaryna w wiaderkach, marmolada i inne artykuły. Mąż się cieszył że coś miałam z tej żywności.  […]

Fragment z pamiętnika Heleny Dziekońskiej pochodzi ze strony wolyn.org

Podobne wpisy:

Komentuj